poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Niemiecki teolog o zjawisku kanonizacji papieży

Sytuacja zmieniła się zasadniczo od połowy XIX wieku. Od tamtej pory praktycznie co drugi papież jest albo już beatyfikowany lub kanonizowany, albo w jego sprawie toczy się proces beatyfikacyjny lub kanonizacyjny, albo się o tym myśli.

©2014®

Kanonizacja. Głos z ludu

Dla mnie kanonizacja to cyrk dla ludu. Myslacy czlowiek widzi religie jako otumanianie prostego i naiwnego ludu.
Wystarczy zastanowic sie nad tym ze Bog Ojciec skazal wlasnego syna na meczenstwo (jaki ludzki ojciec by to zrobil?) za grzechy ktore regularnie rzekomo sam odpuszcza podczas spowiedzi?

Przykladow takiego absurdu jest dziesiatki. Dlaczego ludzie w to wierza? To jest pytanie tysiacleci bo tak dlugo czlowiek wierzy w takie absurdy.
Jestem pewien ze JPII jesli byl czlowiekiem myslacym, a takim go uwazam, napewno doszedl do wniosku ze to wszystko jest bzdura i ze kosciol sluzy do panowania nad ludzmi tak jak kazdy system polityczny.

Przeszlosc to religia przyszlosc to racjonalne myslenie. Ludzoksc na szczescie podaza w dobrym kierunku.

©2014®

niedziela, 13 kwietnia 2014

Bayern - Borussia 0-3. SZOK (12 kwietnia 2014)

trener Bayernu J. Guardiola

Bayern przegrał u siebie 0-3 z Borussią. Lewandowski bramki nie zdobył.
Od 1 lipca 2014 zasili skład ekipy z Monachium.

Tydzień wcześniej (5 kwietnia) przegrał na wyjeździe 0-1 z drużyną z Augsburga.
Jednak najważniejszy mecz, (9 kwietnia) rozegrał na własnym stadionie z Manchesterem United. Po doskonale wyrównanej pierwszej połowie (0-0), pierwszą bramkę strzelił ManUtd.

Chwalebnie szybko Mandżukić wyrównał na 1-1. A potem już poszło z górki. 2-1 i 3-1.

W piątek 11 kwietnia Bayern poznał rywala w półfinale Ligi Mistrzów. Będzie to Real Madryt. W kwietniu 2013 Bayern w półfinale również odprawił hiszpański zespół - FC Barcelonę wygrywając w dwumeczu 7-0.

Mecze z Realem, 23 kwietnia 2014 w Madrycie.
Kursy na I mecz: 2,45-3,6-3,0 (PIN).

Na awans: 1,65 (Bayern), 2,40 (Real).

Turniej WTA w Spodku - porażka

W sobotę 12 kwietnia 2014 Radwańska odpadła z Cornet.
Kurs wynosił 1,15.
Nie obstawiałem na szczęście.

Radwańska A. - Cornet A.

Final result 1:2 (6:0, 2:6, 4:6)


USS Zumwalt

USS Zumwalt, najbardziej zaawansowany technologicznie okręt wojenny na świecie został wreszcie zwodowany. Jego kapitanem będzie James Kirk, choć nie ten, którego znamy ze Star Treka.

Okres przydatności sprzętu wojskowego, przy dobrej konserwacji i modernizacji, określa się na około 30-40 lat. Nic zatem dziwnego w tym, że ostatnio pojawia się coraz więcej informacji o nowoczesnych rozwiązaniach technologicznych w armii mających zastąpić rozwiązania z czasów zimnej wojny. Tym razem, 12 kwietnia, amerykańska marynarka wojenna ochrzciła zwodowany w październiku zeszłego roku najbardziej zaawansowany okręt na świecie - USS Zumwalt.


Zbudowany przez General Dynamics i Raytheon USS Zumwalt jest obecnie największym niszczycielem w amerykańskim arsenale - ma 183 metry długości i 24 metry szerokości. Wyposażony został w najnowocześniejsze systemy wykrywania łodzi podwodnych, pokonywania stref min morskich i niszczenia przybrzeżnych struktur obronnych za pomocą nisko latających rakiet.

Ogromny USS Zumwalt, dzięki specyficznemu kształtowi swojego kadłuba, jest niemal zupełnie niewidzialny dla radarów, na których będzie się pokazywał jako statek wielkości kutra rybackiego.

Oprócz tego niszczyciel wyposażony jest w wewnętrzną sieć zarządzającą każdym elementem okrętu. System nazwany został Total Ship Computing Enviroment (Środowisko Pełnej Komputeryzacji Okrętu) i dzięki niemu kapitan będzie mógł kontrolować co się dzieje na pokładzie z dowolnego miejsca na okręcie. Dodatkowo pełna komputeryzacja oznacza, że USS Zumwalt wymaga mniej licznej załogi, niż inne niszczyciele. Standardowy okręt klasy Arleigh-Burke potrzebuje 210 marynarzy by wypłynąć w morze. Zumwalt jedynie 130.


Niszczyciel miał początkowo kosztować niecałe 4 miliardy dolarów, ale w trakcie jego produkcji koszty wzrosły do 7 miliardów. Przez to marynarka ograniczyła swoje zamówienie z 32 okrętów do trzech.

USS Zumwalt został nazwany na cześć admirała Elmo Zumwalta, urodzonego w San Francisco weterana drugiej wojny światowej, wojny w Korei oraz wojny w Wietnamie.


Nowoczesnym USS Zumwalt dowodzić będzie kapitan James A. Kirk, doświadczony oficer amerykańskiej marynarki wojennej. Nie wiadomo, czy jest on fanem Star Treka, ale na pewno jego osoba jest znakomitym podsumowaniem tego najbardziej zaawansowanego technologicznie niszczyciela na świecie. W razie wątpliwości jak bardzo nowoczesny jest USS Zumwalt wystarczy wspomnieć kto jest jego kapitanem.

czwartek, 10 kwietnia 2014

List

Piszę do Ciebie tych parę linijek, żebyś wiedział, że do Ciebie piszę.Jak dostaniesz ten list, to znaczy, żedo Ciebie doszedł.Jak go nie dostaniesz, to daj mi znać, to napiszę jeszcze raz.Piszę do Ciebie wolno, bo wiem, że nie potrafisz szybko czytać.Niedawno tata przeczytał w Gazecie Wyborczej, że najwięcej wypadkówzdarza się kilometr od domu, więc przeprowadziliśmy się trochę dalej.Mieszkamy teraz w fajnej chałupce. Jest tu nawet pralka, choć nie jestem pewny czy się nie zepsuła.Wczoraj wrzuciłem do niej pranie, pociągnąłem za sznurek i pranie gdzieś wsiąkło.Ale przecież z tego powodu się nie powieszę....Pogoda nie jest najgorsza, w zeszłym tygodniu padało tylko dwa razy.Za pierwszym razem trzy dni, za drugim cztery.Co do kurtki którą chciałeś.Wujek Piotr powiedział, że jak Ci ją poślę z guzikami, to będzie kosztować drożej bo guziki są ciężkie.Dlatego poodrywałem wszystkie guziki i włożyłem je do kieszeni kurtki.Tata dostał pracę.Jest dumny jak paw, bo ma pod sobą jakieś pięćset osób.Wysiewa trawę na cmentarzu.Twoja siostra Julka, która wyszła za mąż, w końcu urodziła.Nie znamy jeszcze płci, więc Ci nie powiem, czy jesteś wujkiem czy ciotką.Gorzej jest z twoim bratem, Jankiem.Zamknął samochód i zostawił kluczyki w środku.Musiał iść do domu po drugi komplet, żeby nas wyciągnąć ze środka.Jak się będziesz widział z Gosią, pozdrów ją ode mnie, a jeśli nie, to jej nic nie mów.Pozdrawiam serdecznie.PS, Chciałem ci włożyć do listu parę złotych, ale już zakleiłem kopertę.

©2014®

czwartek, 3 kwietnia 2014

27 kwietnia dniem wolnym bo kanonizacja JP2

Goovno mnie obchodzi czarodziej Wojtyła i gusła wokół niego wyprawiane. Koleś jest definitywnie zimnym trupem w stanie rozkładu i zabobony w rodzaju nadawania mu magicznego statusu nijak nie wpływają na nieubłagane prawa termodynamiki i bezlitosną entropię przekształcającą go w kompost. W szczególności oznacza to, drogie katole, że magiczny status nie wpłynie w żaden sposób na pośmiertny magiczny potencjał króla Wojtyły i, poza przypadkami autosugestii, nie będzie z tego powodu żadnych cudów.

Debilny kult śniętych wywodzi się z wczesnego średniowiecza, kiedy to nominalnie ochrzczone plemiona Franków, Ostrogotów i Vizygotów pożeniły swoje wciąż żywe tradycje "pogańskie" z xiańskimi, bo nie chcieli się rozstawać z tradycją pomniejszych półbogów, którzy zostali wymyśleni na specyficzne okoliczności i intencje.

Watykański król Wojtyła będzie teraz półbogiem dla ciemnego ludu Wolski i miliony druniów będą się teraz upierać przy tym, że zawodzenia i zaklęcia wznoszone do śniętego I sekretarza KC Watykanu coś dla nich wskórały. Na przykład przyniosły pomór na świnie w zagrodzie sąsiada albo pryszcze na gębie zbyt ładnej sąsiadki.

Katole są jednak poważnie powaleni.

Cytat z internetu

©2014®

niedziela, 30 marca 2014

1/8 finałów LM

Wyniki rewanżowych spotkań 1/8 Velux EHF Champion.s League

THW Kiel - Motor Zaporoże 40:28 (20:13). Pierwszy mecz 31:28, awans THW Kiel.

KIF Kolding Kopenhaga - Metalurg Skopje 26:30 (13:15). Pierwszy mecz 17:23, awans KIF Kolding Kopenhaga.

HSV Hamburg - Vardar Skopje 29:30 (15:17). Pierwszy mecz 28:28, awans Vardaru.

Paris Saint Germain - Gorenje Velenje Pierwszy mecz 28:30, awans PSG.

MKB-MVM Veszprem - Orlen Wisła Płock 31:26 (16:11). Pierwszy mecz 33:34, awans MKB-MVM Veszprem.

FC Barcelona - Aalborg 31:20 (16:11). Pierwszy mecz 2922, awans FC Barcelona.

Flensburg-Handewitt - Celje Pivovarna Lasko 30:27 (15:14). Pierwszy mecz 25:26, awans Flensburg-Handewitt.

Rhein-Neckar Löwen - Vive Targi Kielce, mecz w poniedziałek 31 marca o godz. 19 w Mannheim. Pierwszy mecz 28:32.

czwartek, 27 marca 2014

Spotkanie Franciszek-Obama w Watykanie (27 marca 2014)

Barack Obama podarował Franciszkowi skórzaną szkatułkę z nasionami owoców i warzyw, pochodzącymi z ogródka w Białym Domu. - Część nasion jest dla Waszej Świątobliwości. Druga część zostanie podarowana w akcie dobroczynnym na cześć Waszej Świątobliwości" - wyjaśnił prezydent USA.

Następnie dodał, że kiedy papież będzie miał możliwość odwiedzenia Białego Domu, będzie mógł zobaczyć także tamtejszy ogródek warzywny. "Czemu nie?" - odpowiedział papież po hiszpańsku.

Obama poprosił Franciszka, by modlił się za niego i za jego rodzinę. Pożegnali się zaś długim, serdecznym uściskiem dłoni.

Następnie prezydent USA razem z szefem dyplomacji Johnem Kerrym udał się na rozmowę z watykańskim sekretarzem stanu kardynałem Pietro Parolinem.





Łukaszenka o Janukowyczu

- W swoim ostatnim przemówieniu Janukowycz twierdził, że jest żywy, zdrowy i jest przywódcą sił zbrojnych. Pozwólcie, że spytam: gdzie jest jego armia? Prezydent musi być ze swoim narodem, jak ciężkie by to nie było. Nawet jeśli mieliby Cię jutro zastrzelić, takie jest twoje przeznaczenie. Musisz być gotowy na poświęcenia, nie ma innej drogi. Jednego dnia siedzi w swojej rezydencji ciesząc się pełnią władzy, a gdy sprawy się komplikują, ucieka? Tak nie zachowuje się lider państwa - mówił Łukaszenko.

Prezydent Białorusi zaznaczył, że "krytykuje Janukowycza jako swojego przyjaciela". - Zrozumcie mnie jak chcecie, ale prezydent nie powinien się tak zachowywać. Jeśli nie masz armii, weź broń i idź sam. Możesz zostać zabity. No i co z tego? Wszyscy prędzej, czy później umrzemy. Ale ani twoi przyjaciele, ani twoi bliscy nie będą się za ciebie wstydzić. Takie jest moje zdanie - zakończył.


wtorek, 25 marca 2014

córka Kulczyka

Mówi ojciec do syna:
- Synu, znalazłem ci wspaniałą kandydatkę na żonę!
- Ale tato... sam potrafię znaleźć sobie dziewczynę... kto to jest?
- To córka Kulczyka!
- Suuuper! Trzeba było tak od razu!
Ojciec udaje się do Kulczyka na rozmowę:
- Dzień dobry Panu! Wydaje mi się, że znalazłem doskonałego kandydata na męża Pańskiej córki!
- Wie Pan... ale ja nie szukam męża dla mojej córki...
- Ależ to wiceprezes Orlenu.
- Cudownie! To zmienia postać rzeczy!
Następnie ojciec udaje się do prezesa Orlenu:
- Witam Pana Panie prezesie! Przychodzę z dobrą nowiną - mam idealnego kandydata na wiceprezesa w Pańskiej firmie.
- No tak.. Ale ja nie szukam nikogo na tę posadę.
- Jest Pan pewien?! To zięć Kulczyka!
- Ooo! Chyba, że tak!

niedziela, 16 marca 2014

Adamek przegrał na punkty z Głazkowem (15.III.2014)

Tomasz Adamek przegrał w Bethlehem (Pensylwania) jednogłośnie na punkty (110:117, 111:117, 112:116) walkę z Ukraińcem Wiaczesławem Głazkowem, co oznacza, że prawdopodobnie już nigdy nie otrzyma szansy boksowania o pas mistrza świata w wadze ciężkiej.

Pojedynek nie był - jak wskazuje wynik - jednostronny, bo Adamek jeszcze w ostatnich sekundach starał się znokautować rywala, ale zwycięstwo 29-letniego Głazkowa całkowicie zasłużone. To on będzie na drugim miejscu w rankingu IBF, za Bułgarem Kubratem Pulewem, i w niedalekiej przyszłości może liczyć na bój z czempionem tej federacji, swym rodakiem Władimirem Kliczką. Kariera Adamka stanęła pod znakiem zapytania, zresztą on sam zaraz po walce przyznał, że tak naprawdę nie wie, co będzie dalej. "Straciłem szansę na walkę mistrzowską. Nie wiem, co się dalej wydarzy" - stwierdził polski pięściarz, który był już czempionem kategorii półciężkiej i junior ciężkiej. Walczył też, lecz bezskutecznie, o pas (organizacji WBC) w wadze ciężkiej - 2,5 roku temu uległ przed czasem starszemu z braci Kliczków, Witalijowi.

Nieprzypadkowo hasłem przewodnim gali w Bethlehem było "Na rozstaju dróg". Adamek, który w tym roku skończy 38 lat, zdaje sobie sprawę, że przegrana z reprezentującym tę samą grupę Main Events osiem lat młodszym Głazkowem była niejako przekazaniem pałeczki lidera. Teraz to ukraiński zawodnik będzie mógł liczyć na "walkę życia", a szefowa teamu Kathy Duva z pewnością pomoże mu w realizacji marzeń. Sportowa przyszłość Adamka rysuje się nieciekawie, choć w boksie zawodowym wszystko jest możliwe. 

Polak nie boksował źle z Głazkowem, początek był nawet dla niego, ale nie był już tak skuteczny - jak przed laty - zarówno w ataku, jak i w obronie. "Zadawał mało ciosów na korpus, prawe proste były tylko pojedyncze. Zaś Ukrainiec kontrolował sytuację i robił to, co mu pasowało" - komentował w studiu telewizyjnym były mistrz Europy wagi ciężkiej Przemysław Saleta. Adamek często podkreślał w wywiadach, że najgroźniejszy jest wtedy, kiedy zostanie "zraniony".

W pojedynku z Głazkowem już od czwartego starcia na jego twarzy było widać ślady ringowej wojny - prawe oko było coraz bardziej zapuchnięte, a lekarz w każdej przerwie podchodzi i sprawdzał, czy Polak może kontynuować rywalizację. Bokser pochodzący z Gilowic, a od kilku lat mieszkający w Stanach Zjednoczonych, nie miał jednak sposobu na dobrze dysponowanego przeciwnika. Dopiero w ostatniej rundzie zdecydowanie zaatakował, był bardzo aktywny, jeszcze równo z gongiem wyprowadził mocny cios, jednak to było już za późno. 

Wcześniej to Głazkow był skuteczniejszy, zwłaszcza po uderzeniach prawą rękawicą (Polak często opuszczał lewą rękę). Kilka razy "Góral" Adamek był na skraju nokdaunu, chwiał się na nogach po "bombach" rywala, ale się nie przewrócił. To oczywiście zasługa jego umiejętności bokserskich, doświadczenia, ale też wielkiego serca do walki. Na pokonanie Głazkowa takie argumenty nie wystarczyły. "Głazkow był lepszy, a ja przegrałem walkę" - przyznał Adamek, który po raz trzeci musiał uznać wyższość rywala w profesjonalnej karierze.

Na koncie ma 49 zwycięstw. Głazkow, który zdobył mało prestiżowy pas IBF Ameryki Północnej (zdecydowanie ważniejszą nagrodą była druga lokata na liście tej federacji), jest niepokonany - 17 wygranych i remis. 

©2014®

sobota, 15 marca 2014

Ale bzdury

Kwota wolna od podatku powinna być gwarantowanym minimum socjalnym umożliwiająca godne przeżycie (czyli musi wystarczyć na jedzenie ubranie i opłatę mieszkania). Wszelkie daniny dla Państwa dopiero powyżej tej kwoty. W normalnym kraju kwota wolna od podatku jest po to żeby obywatel miał minimum socjalne. Prawdziwa kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii 9440 funtów (47 000 zł) Fikcyjna kwota wolna od podatku W Polsce jest to 3091 zł czyli 15 razy mniej! W Izraelu kwota wolna od podatku wynosi 62 400 szekli (53 760 zł) rocznie! Skala podatku od dochodów osobistych jest skrajnie progresywna. Od 10 procent do 48 procent. Nowy 50-procentowy próg wprowadzono w 2013 roku od dochodów powyżej 811 572 szekli (prawie 700 tysięcy zł) rocznie. Nawet kraje tzw III Świata nie okradają tak swoich obywateli jak Polska, oto przykłady kwoty wolnej od podatku przeliczonej na złotówki: Kolumbia 47 512 zł , Ekwador 31 752 zł, Botswana 12 938 zł, Namibia 12 166 zł, Maroko 11 171zł, Indie 10 015 zł, POLSKA 3 091zł !!!!! ZUS w Polsce około 1000 złotych i jest przymus płacenia nawet jak nie masz dochodu.( przez pierwsze 3 lata jest mniejszy) Odpowiednik "ZUS" w UK to około 60 złotych i możesz zawiesić płacenie jak masz niskie dochody. Kwota wolna od podatku w Polsce za rok 2014 wynosi 3091 zł Możesz odliczyć od podatku kwotę 3091 zł pod warunkiem że zarobisz około 12 000 na ZUS 3091. Czyli jak chcesz sobie odliczyć kwotę wolną od podatku musisz zarobić ponad 15 000 złotych! Jeśli zarobisz mniej to kwota wolna od podatku ci nie przysługuje a te 12 000 (ZUS) masz zapłacić nieważne czy zarobiłeś i że masz rodzinę i dzieci na utrzymaniu. Założyłeś firmę w Polsce więc minimnum socjalne dla Ciebie i twojej rodziny mamy gdzieś. W Polsce należy domagać się i walczyć o zdecydowane podniesienie kwoty wolnej od podatku! To podstawa walki z biedą, bezrobociem i umowami śmieciowymi. Należy obciążyć podatkami korporacje, banki zachodnie sieci handlowe tak jak zrobili już to Węgrzy. Na Węgrzech została wprowadzona ulga prorodzinna, która pozwala rodzinie z trojgiem dzieci, odliczyć od podatku około 17 tys. zł rocznie (dla porównania ulga na troje dzieci w Polsce wynosi około 3400 zł), co oznacza, że otrzymujący średnie wynagrodzenia rodzice w tym kraju Węgrzech, nie płacą wcale podatku dochodowego od osób fizycznych. Od 2013 roku na Węgrzech stawka podatku dochodowego od firm wynosi tylko 10% (najniższa w UE, podobną ma tylko Cypr). Efektywna wielkość podatków wynosi 5 % dla firm osiągających całkowity przychód w wysokości do 1,95 miliona euro i 9,5 % dla mających wyższe przychody. Na dodatek na Węgrzech nie nałożono podatku od zysków z dywidend. Spójna i konsekwentna polityka rządu Victora Orbána w zakresie wsparcia przedsiębiorczości, zaczyna przynosić realne korzyści dla Węgier. Wyrastają one bowiem na swoisty raj podatkowy dla przedsiębiorców, na razie głównie z Czech i Słowacji, jednakże niewykluczone, że wkrótce i dla innych państw z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jak doniosła we wrześniu Czeska Agencja Kapitałowo-Informacyjna (ČEKIA) począwszy od połowy 2009 r. do połowy 2012 r. liczba czeskich przedsiębiorstw mających zarejestrowaną działalność na Węgrzech wzrosła o 41 % i sięga już blisko tysiąca. Słowackich podmiotów gospodarczych zarejestrowanych jest na Węgrzech blisko 10 tys., a wzrost w omawianym okresie szacowany jest na ponad 50 %. W Budapeszcie w ostatnim czasie swoje biura otworzyły między innymi Zeta, Speed Finance, United Green Energy czy Daro Koszyce. Było wprowadzone dodatkowe kryzysowe opodatkowanie banków na okres 3 lat od 2010 do 2012 roku w wysokości od 0,15 do 0,5% ich sumy bilansowej. Podobnie na 3 lata podatkiem kryzysowym od przychodów (czyli swoistym podatkiem obrotowym), zostały opodatkowane: handel wielkopowierzchniowy od 0,1 do 2,5%, telekomunikacja od 2,5 do 6,5% i energetyka 1,05%.

©2014®

sobota, 1 marca 2014

Putin z wnioskiem o użycie sił zbrojnych na Ukrainie (1 marca 2014)

Władimir Putin zaapelował do Rady Zgromadzenia Federalnego Federacji Rosyjskiej .

Pełny tekst dokumentu:

" Ze względu na nadzwyczajną sytuację na Ukrainie , zagrożone życie obywateli Federacji Rosyjskiej , naszych rodaków , personelu kontyngentu wojskowego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej znajduje się zgodnie z międzynarodową umową na terytorium Ukrainy ( Autonomicznej Republiki Krymu ) , na podstawie pkt " d " część 1 z artykułem 102 Konstytucji Federacji Rosyjskiej jestem przedkładanie Radzie Federacji Zgromadzenia Federalnego odwołania Federacji Rosyjskiej do użytku sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej na terytorium Ukrainy do normalizacji sytuacji politycznej w tym kraju . "

Źródło: http://kremlin.ru/news/20353#sel=1:1,3:71

piątek, 28 lutego 2014

Konferencja Janukowycza (28 lutego 2014)

podsumowanie Janukowycza

ja na zakonczenie chcialem zwrocic sie do tych kto mianuje sie legalna wladza na ukrainie
po raz kolejnych mowie - opamietajcie sie i zaprzestancie tych dzialan bo bedziecie
za to pociagnieci do odpowiedzialnosci

nigdy narod ukrainy nie zgodzi zeby z wami razem zyc w takim kraju dlatego chce powiedziec  chce sie zwrocic do calego narodu ukrainy:

po pierwsze:
chce poprosic o wybaczenie

po drugie:
wszystko co bedzie w moim stanie to bede robic do konca moich dni zeby byc z narodem
ukrainy, nie z narodowami i banderowcami, ale z narodem ukrainy

zawsze cenilem zycie tych co zgineli
jakbym byl teraz na ukrainie to bym sie spotkal z kazda rodzina, niezaleznie od strony barykady
obecnie dla tej wladzy nie istnieje narod ukrainski

obecne wladze uznaja za smieci ale prawda zwyciezy

czwartek, 27 lutego 2014

Humor

Pani w szkole opowiada dzieciom:- Ośmiornice żyją na dnie oceanów i mają takie małe odnóża. Nagle zaczynają się poruszać, najpierw bardzo powoli, potem coraz szybciej i szybciej. Wychodzą po dnie coraz wyżej, aż w końcu dochodzą na brzeg. Tam się rozpędzają i biegną na pagórki, równiny pustynne, aż w końcu dobiegają do gór. Wdrapują się na największą i odbijają się najmocniej jak tylko potrafią. I lecą, lecą... Dolatują do stratosfery, po czym są już w kosmosie...W tym momencie w pierwszej ławce zgłasza się dziewczynka:- Proszę pani, to co pani mówi to nieprawda.- Nieprawda? A jak ty się nazywasz???- Kowalska.- Dzieci, otwieramy zeszyty i piszemy: Kowalska jest pierdolnięta. 

©2014®

niedziela, 16 lutego 2014

Azja się zbroi. III wojna światowa może się zacząć od starcia o bezludne wysepki

16 lutego 2014, 18:11


Azja się zbroi. III wojna światowa może się zacząć od starcia o bezludne wysepki
Foto: tvn24.pl | Video: ReutersSiły najważniejszych państw spierających się w Azji. Dane, zwłaszcza te dotyczące Chin, nie są dokładne. Siły zbrojne Pekinu nie należą do transparentnych. Na dodatek znaczna część ich samolotów i śmigłowców to sprzęt całkowicie przestażały.

- Wschodnia Azja staje się najbardziej zmilitaryzowanym obszarem na świecie – przestrzega dowódca amerykańskiej Floty Pacyfiku, adm. Samuel Locklear. Praktycznie wszystkie państwa regionu intensywnie się zbroją, a jednocześnie rosną napięcia między nimi. Chodzi o surowce, historię i prestiż.

Sytuacja w dalekiej Azji ma wbrew pozorom istotne znaczenie dla każdego Polaka. Naprzeciw siebie stoją tam bowiem państwa, które razem stanowią "fabrykę świata". To tam produkowana jest większość elektroniki, zabawek czy ubrań, które kupujemy w sklepach. Jednocześnie to tam trafia znaczna część eksportu z UE. Państwa azjatyckie mają po prostu kluczowe znaczenie w globalnej gospodarce, więc gdyby obecne napięcia przerodziły się w otwarty konflikt, to cały zglobalizowany świat brutalnie by to odczuł.

Niebezpieczeństwo potęguje zaangażowanie w azjatyckie spory Stanów Zjednoczonych, które pozostają w ścisłym sojuszu z Koreą Południową oraz Japonią, obejmując je swoim "parasolem nuklearnym". Każdy szerzej zakrojony konflikt z udziałem tych państw prawdopodobnie doprowadziłby do zaangażowania w niego supermocarstwa i eskalacji na skalę globalną.

Źródło: EPAW Tajlandii trwają właśnie ćwiczenia Cobra Gold 2014. Biorą w nich udział żołnierze Korei Południowej, Japonii, Tajlandii, Malezji, Indonezji, Singapuru i USA. Obrazuje to jakich sojuszników Waszyngton zdołał zdobyć w regionie.

Zachwianie równowagi

Chiny nakręcają wyścig zbrojeń w Azji. Imponuje Rosja, Zachód zostaje w tyle

Wydatki na rozwój...
czytaj dalej »
Sytuacja w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej pozostawała od końca II wojny światowej pod kontrolą USA. Nie oznacza to bezpośredniego trzymania wszystkich tamtejszych państw na wodzy, ale Waszyngton gwarantował względną równowagę sił dzięki potężnej flocie i sieci sojuszy. Chiny przez pół wieku były skoncentrowane na sobie i za słabe, aby rzucić wyzwanie Amerykanom oraz ich regionalnym sojusznikom, czyli Korei Południowej, Japonii, Tajwanowi i Filipinom.

W ostatniej dekadzie XX wieku i początku XXI wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Dzięki reformom i gwałtownemu rozwojowi gospodarki Chiny zyskały potencjał, aby zacząć uprawiać mocarstwową politykę. Jednocześnie po zakończeniu zimnej wojny USA zredukowały swoje siły w regionie Azji i Pacyfiku. Zamknięto między innymi bazy na Filipinach, praktycznie kończąc relacje sojusznicze z tym państwem. Tajwan został "porzucony" jeszcze wcześniej, bowiem w latach 80-tych, gdy w imię zbliżenia z Chinami Waszyngton istotnie ograniczył relacje z Tajpej, które obecnie nie może już liczyć na specjalne traktowanie i zdecydowaną obronę Amerykanów. Pozycję USA w regionie osłabiła w dalszym stopniu "wojna z terrorem". Waszyngton na dekadę skupił się na interwencjach w Afganistanie i Iraku, irańskim programie atomowym i tropieniu terrorystów.

Wszystko to doprowadziło do zachwiania równowagi, która gwarantowała spokój w regionie. Chiny zaczęły coraz śmielej sobie poczynać, a mniejsi i słabsi sąsiedzi zaczęli się ich coraz bardziej obawiać. Niebezpieczeństwa płynące z takiego stanu rzeczy zaczęto coraz wyraźniej dostrzegać w Waszyngtonie podczas pierwszej kadencji Baracka Obamy. Druga przyniosła już oficjalny "zwrot na Pacyfik". Zarys nowej strategii przedstawiła w 2012 roku Hillary Clinton. W kolejnym roku "zwrot na Pacyfik" zagościł już na stałe w amerykańskiej polityce. Skupienie sił USA na Azji ma w Waszyngtonie szerokie grono wpływowych zwolenników - od Clinton, przez sekretarza obrony Chucka Hagela, wiceprezydenta Joe Bidena po dowództwo US Navy.

Źródło: US NavyBaza floty USA w filipińskiej Zatoce Subic w 1990 roku, niedługo przed zamknięciem. Była to wówczas największa zamorska baza USA.

Pacyfik głupcze

Kerry pokazuje, co się liczy dla USA. Piąta wyprawa do Azji

Sekretarz stanu...
czytaj dalej »

Kosztem Europy amerykańscy politycy zaczęli częściej objeżdżać państwa Azji - choćby teraz jest tam już po raz piąty sekretarz stanu John Kerry. Amerykanie starają się odbudować i wzmocnić sieć sojuszy, którym sami pozwolili osłabnąć po zimnej wojnie. Wszystko to w celu stworzenia regionalnej przeciwwagi dla Chin, które z racji na swoje rozmiary mają wystarczający potencjał, aby zdominować swoich sąsiadów i znacząco ograniczyć wpływy Waszyngtonu.

Pekin od dwóch dekad zwiększa nakłady na zbrojenia i w szybkim tempie buduje pełnomorską flotę, którą nie dysponował od ponad czterech wieków. Pozostałe państwa regionu czują się zagrożone wzrostem chińskiej potęgi. Zwłaszcza że Pekin w praktycznie wszystkich sporach poczyna sobie bardzo obcesowo i nie stroni od pokazów siły. Nieuchronnie prowadzi to do zacieśnienia współpracy mniejszych sąsiadów Chin i popycha ich w objęcia USA, które starają się być spoiwem bloku równoważącego siłę Pekinu. 

Doprowadziło to między innymi do tego, że teoretycznie komunistyczny Wietnam odłożył na bok domniemaną wspólnotę ideologiczną z Chinami i wojenną przeszłość z USA, by zbliżyć się do Waszyngtonu, wznowiono nawet współpracę wojskową. Filipiny są natomiast poważnie zainteresowane ponownym otwarciem amerykańskich baz, co jeszcze nie tak dawno zostałoby poczytane za zdradę.

Pozornie nic nie warte wysepki

Chiny i Japonia na kursie kolizyjnym?

Dyplomatyczna...
czytaj dalej »
Wszystkie wymienione wyżej kraje azjatyckie są silnie powiązane gospodarczo. Dzieli je jednak bolesna wzajemna historia, ambicje i surowce. Główna oś sporu to szereg praktycznie bezludnych skalistych wysepek, raf i płycizn na Morzu Wschodniochińskim i Południowochińskim oraz Morzu Japońskim. Bez wyjątku same w sobie nie stanowią żadnej wartości, a już na pewno nie takiej, aby ryzykować z ich powodu wojnę. Kontrola nad nimi pozwala jednak objąć w posiadanie okoliczne złoża surowców, które mogą być ukryte pod dnem morza. Pozwala też na choć częściowe rozliczenie zadawnionych sporów i wykazanie własnej siły.

Podziały pomiędzy azjatyckimi potęgami biegną wzdłuż trzech linii. Pierwsza dzieli dwóch najważniejszych sojuszników USA w regionie, Koreę Południową i Japonię. Tu największe znaczenie ma historia. Dla Koreańczyków Japończycy są brutalnymi okupantami, którzy od końca XIX wieku do 1945 roku sprawowali wyjątkowo bezwzględne rządy na Półwyspie Koreańskim, traktując jego mieszkańców jako podludzi. Z tego okresu pozostało wiele nie załagodzonych konfliktów. Unormowaniu relacji nie pomaga spór o grupę skalistych wysepek Takeshima (dla Japończyków; Dokdo dla Koreańczyków) leżących pomiędzy oboma krajami.

Źródło: Wikipedia (CC BY-SA 3.0) / UllengdontJedna z wysepek Dokdo/Takeshima. Żyją na nich tylko zwierzęta i obsada południowokoreańskiej Straży Wybrzeża, która obsługuje latarnię i ma być potwierdzeniem zwierzchności Seulu nad tymi skałami.


Kolejna linia podziału biegnie pomiędzy Chinami a Japonią. Tutaj również bardzo dużą rolę odgrywa historia, czyli japońska inwazja na Chiny trwająca od 1937 do 45 roku. Podobnie jak w Korei, na tym froncie Japończycy również poczynali sobie skrajnie brutalnie. Podczas wojny zginęło około 20 milionów chińskich cywili. Taka przeszłość daje pole do popisu politykom starającym się zdobyć popularność hasłami nacjonalistycznymi. Jak wynika z badania BBC, Chińczycy mają najgorsze zdanie o Japończykach spośród wszystkich narodów świata, a 74 procent obywateli Chin negatywnie postrzega japońskie wpływy. Nie pomaga postawa japońskiego premiera Shinzo Abe, który ma wizję odrodzenia Japonii w wymiarze politycznym i uczynienia z niej pełnoprawnego mocarstwa, także militarnie. Budzi to w Chinach i Korei strach przed nawrotem japońskiego imperializmu.

Źródło: tvn24.plObszary, gdzie dochodzi do tarć między azjatyckimi potęgami. Najdalej na północy koreańsko-japoński spór o wysepki Dokdo/Tangeshima, na południu wysepki Senkaku.


Relacje Chin i Japonii w ostatnich latach najbardziej zaognił spór o łańcuch wysepek Senkaku (dla Chińczyków Diaoyu) na Morzu Wschodniochińskim. Oba kraje roszczą sobie do nich prawo, przy czym kontrolują je Japończycy. W spór jest też zaangażowana również Korea Południowa. Wszystko przez ustanowioną jednostronnie przez Pekin strefę kontroli przestrzeni powietrznej, w której wszystkie samoloty mają meldować się Chińczykom. Według Tokio oraz Seulu strefa ta rozciąga się nad ich morzem, oba kraje bojkotują więc chińskie zarządzenia. Prowadzi to do niebezpiecznych spotkań w powietrzu samolotów sił zbrojnych wszystkich trzech państw. Na morzu nieustannie "potykają się" okręty Chin i Japonii. Do incydentów dochodzi kilka razy w miesiącu.

Źródło: National Land Image Information. Japan Ministry of Land, Infrastructure, Transport and TourismCzęść łańcucha wysepek Senkaku. Wszystkie wyglądają podobnie. Są bezludne i skaliste. Na stałe nie żyją tam nawet japońscy żołnierze czy strażnicy wybrzeża


Ostatnia linia sporu to walka o Morze Południowochińskie. Tutaj stoją naprzeciwko siebie Chiny, Filipiny, Malezja, Wietnam i w małym stopniu Tajwan. Wszystkie te kraje roszczą sobie prawa do części spośród setek małych wysepek, płycizn i raf, które dają prawo do kontroli okolicznych akwenów i potencjalnych złóż ropy oraz gazu pod nimi. Na wielu postawiono małe bazy wojskowe i posterunki. Niektóre są groteskowe, bowiem przybierają formę platform stojących na palach nad wodą, albo mieszczą się we wrakach statków celowo wyrzuconych na mieliznę.

Źródło: People's Liberation NavyJeden z chińskich posterunków na Morzu Południowochińskim. Tego rodzaju betonowe wyspy są budowane nad płyciznami i rafami, tak aby nie było żadnej wątpliwości, kto jest ich właścicielem.

Najostrzejsze spory prowadzą Chiny z Filipinami i Wietnamem. Pozostałe państwa spierają się między sobą raczej na drodze dyplomacji. Pewny swojej mocy Pekin stosuje natomiast często siłę, co prowadzi do fizycznych przepychanek okrętów i statków.

Źródło: tvn24.plMorze Południowochińskie. Spory dotyczą setek wysepek, raf i płycizn. Zaangażowane są praktycznie wszystkie państwa w okolicy.

Chińska renowacja floty

Jeszcze w latach 90. chińska flota była karłowata w porównaniu do kraju, którego interesów miała bronić. Większość okrętów była przestarzała i mała. Podczas zimnej wojny Chińczycy nie inwestowali we flotę, bowiem w otwartym starciu musiałby się mierzyć z potężną US Navy. Najambitniejszym celem była próba zamknięcia Cieśniny Tajwańskiej i umożliwienie desantu na "zbuntowaną wyspę". Chińską flotę określano zatem mianem "brązowej" (brown-water), czyli takiej, która może działać w obrębie wód przybrzeżnych.

Chińskie stocznie masowo budują okręty. Rośnie nowa morska potęga

Chińska flota...
czytaj dalej »
W latach 90., kiedy chińska gospodarka zaczęła się gwałtownie, a potencjalny konflikt z USA o Tajwan odsunął się na daleki plan, w Pekinie zarządzono rozwój floty dalekomorskiej. Nie by rzucić wyzwanie US Navy, ale by zdominować morza Azji i sąsiednich państw. Obecnie chińskie stocznie produkują okręty w tempie taśmowym - dziesiątki rocznie. Są one przy tym coraz nowocześniejsze.

Obecnie chińska flota posiada około 120 dużych okrętówmogących prowadzić działania z dala od wód przybrzeżnych. Do tego należy dodać kilkaset mniejszych okrętów patrolowych, kutrów rakietowych i jednostek desantowych. Na papierze jest to największa siła w regionie. 

Za imponującymi liczbami kryje się słaba "jakość". Chińskie systemy uzbrojenia, takie jak rakiety, czy radary i elektronika, mają zazwyczaj wyraźnie gorsze parametry od podobnych produktów największych światowych koncernów. Można więc z dużą pewnością przyjąć, że chiński niszczyciel amerykańskiemu czy japońskiemu nie jest równy. Ma też na pewno słabiej wyszkoloną załogę, bowiem Chińczycy dopiero teraz uczą się działania z dala od własnego brzegu.

Źródło: Wikipedia (CC BY-SA 2.0) / Took-ranchJeden z najnowszych chińskich niszczycieli, Lanzhou, typ 52C. Z zewnątrz przypomina najnowsze konstruckje zachodnie. Kluczowe znaczenie ma jednak jakość uzbrojenia i elektroniki, które niemal na pewno jest wyraźnie gorsza

Rywalizacja na morzach

Jedyni poważni rywale Chin w dążeniu do dominacji nad okolicznymi morzami to floty Japonii, Korei Południowej i Siódma Flota US Navy, odpowiadająca za Pacyfik oraz wody Azji Wschodniej. Ta ostatnia jest najsilniejszą formacją amerykańskiej floty. Zazwyczaj liczy 20-30 dużych okrętów, w tym na stałe jeden lotniskowiec atomowy, kilkanaście krążowników oraz niszczycieli, kilka dużych okrętów desantowych z piechotą morską na pokładach i kilka atomowych okrętów podwodnych. W zależności od sytuacji politycznej siły te Amerykanie mogą powiększyć nawet dwukrotnie.

Najpoważniejszym sojusznikiem USA i zarazem najgroźniejszym rywalem Chin jest Japonia. Japońska flota nazywana Morskimi Siłami Samoobrony (napisana przez Amerykanów konstytucja zabrania Japończykom posiadania "normalnego" wojska) to najnowocześniejsza i najbardziej wartościowa siła w regionie. Tokio dysponuje kilkudziesięcioma niszczycielami, kilkunastoma okrętami podwodnymi i dwoma dużymi śmigłowcowcami (mały lotniskowiec, ale dla helikopterów).

Chiński zwiad na wodach Japonii

Chińskie...
czytaj dalej »
Japońskie okręty są w wielu aspektach podobne do analogicznych jednostek amerykańskich i reprezentują podobny poziom techniczny.  Z racji na konieczność zachowania pozorów "pokojowego" charakteru państwa, Japończycy jednak celowo słabiej je uzbrajają. Obecne władze w Tokio dążą jednak do zerwania z taką "fałszywą skromnością", co być może przełoży się na modernizacje i dozbrajanie.

Ostatni istotny gracz w regionie to Korea Południowa. Flota tego państwa liczy po kilkanaście niszczycieli, fregat, okrętów podwodnych oraz jeden śmigłowcowiec. Praktycznie wszystkie te jednostki są nowoczesne. Budowano je w Korei, ale w oparciu o amerykańskie i europejskie wzorce. 

Trzej pomniejsi gracze to Filipiny, których siły zbrojne są dość symboliczne i skoncentrowane na walce z partyzantami; Tajwan, który jest skoncentrowany na obronie przed ewentualną chińską inwazją i nie przykłada wielkiej wagi do walki o kontrolę nad okolicznymi morzami; oraz Wietnam, który nieustannie wchodzi w zatargi z Pekinem, ale dysponuje niewielką flotą, choć modernizowaną przez zakupy za granicą.

Źródło: US NavyFlota Korei Południowej często ćwiczy z Amerykanami. Najnowsze południowokoreańskie niszczyciele typu Sejong the Great są bardzo podobne do amerykańskich typu Alreigh Burke

Niebezpieczna mieszanka

Zwaśnione państwa regionu nie znajdują się jeszcze na krawędzi wojny. Jej prawdopodobieństwo jest ciągle małe, jednak to jedno niewielu miejsc na świecie, gdzie nieustannie ono rośnie. Żadne z zaangażowanych państw nie przejawia chęci do złagodzenia swoich stanowisk i jednocześnie wszystkie inwestują w zbrojenia. W sytuacji gdy na morzach i w powietrzu nieustannie dochodzi do incydentów o potencjalną iskrę coraz łatwiej.

Jest możliwe, że problemy wewnętrzne wywołane wygasaniem gwałtownego rozwoju gospodarczego w Chinach ograniczą zainteresowanie tego kraju mocarstwową polityką. Może też być wręcz odwrotnie i Pekin będzie w niej szukał sposobu na odwrócenie uwagi mas od problemów kraju. Zagrożenie pozostaje i obecnie to Daleka Azja, a nie na przykład granica Polski i Białorusi, jest miejscem, gdzie może wybuchnąć kolejny poważny konflikt międzynarodowy, który potencjalnie może przerodzić się w kolejną wojnę światową.

Autor: Maciej Kucharczyk/mtom / Źródło: tvn24.p

poniedziałek, 10 lutego 2014

wtorek, 4 lutego 2014

O Tusku kolejna prawda

W 2007 Donald Tusk powiedział: Przysięgam Polakom, że każdy, kto w moim rządzie zaproponuje podwyżkę podatków zostanie przeze mnie osobiście wyrzucony. Tusk, jak ma to w swoim notorycznym zwyczaju, kłamał parę miesięcy temu, na spotkaniu w Krynicy, gdy oświadczył – kryzys się skończył!

Mimo, że znamy tego kłamczucha nie od dzisiaj, to zawsze swoim jakimś oświadczeniem potrafi nas zadziwić. Pamiętamy okrzyk, również w Krynicy – euro w Polsce w 2011 roku! Lecz nie zapominajmy, że Donald Tusk jest równocześnie hersztem rozbójników, jak w baśni o Ali Babie i jego jedynym celem jest grabież i rozbój. I praktycznie niczego innego nie potrafi.

Ostatnie dni przyniosły nam niesłychane nasilenie grabieży tej bandy rozbójników. Ale po kolei. I już bez przypominania sobie Baśni z 1001 nocy. Jeżeli kryzys gdziekolwiek się skończył, to na pewno nie w Polsce. I jest to bardzo zła wiadomość dla nas wszystkich. Gdyż jedyną metodę, jaką zna Tusk z ferajną na walkę z kryzysem, to grabież państwa i grabież narodu.

Wczoraj właśnie zakończyło się ograbianie emerytów i przyszłych emerytów. Komputerowymi operacjami przerzucono miliardy zgromadzone w OFE, które były bezsporną, prywatną własnością obywateli, do ZUSu, czarnej dziury polskiej gospodarki. Obywatele, mieszkańcy Polski stracili pieniądze, ale banda będąca u władzy wzbogaciła się i mogła odetchnąć, bo dziurę budżetową, takim prostym rabunkiem zmniejszyła o 8%.

Wygląda na to, że stare hasło – państwo to naród, nie obowiązuje w naszym kraju. Państwo, to coraz bardziej tych 40 rozbójników, z którymi walczył skromny Ali Baba. A naród? Cóż, to obiekt, który można nieustannie skubać. Gdyby to była tylko jedna grabież w ciągu ostatnich dni...

Niestety, jest gorzej, niż nam się wydaje i zdesperowani zbójcy dokonują szeregu dodatkowych rabunków. Zdecydowali na przykład zagrabić las, w którym się dotychczas skrywali. To był, jak dotychczas rekord szybkości dokonywania kradzieży. W przeciągu 30 godzin odbyło się pierwsze, drugie i trzecie czytanie ustawy o Lasach Państwowych, Senat już ją dawniej przyklepał i tak oto polskie lasy, około 30% terytorium naszego kraju, praktycznie nasz skarb narodowy, został zaatakowany przez ferajnę Tuska. Rozbestwiona do granic banda poważyła się dokonać czegoś, na co nie mieli odwagi podnieść ręki nawet poprzedni komunistyczni bandyci. Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że to dopiero pierwszy krok. Teraz ferajna zacznie polskie lasy prywatyzować. Tu leżą grube miliardy. Wzbogaci się też wytwórca płotów, bo po sprywatyzowaniu lasów i podzieleniu ich na kawałki, trzeba będzie te wszystkie tysiące hektarów ogrodzić. Prawdopodobnie będzie to ten sam gość, który w szczerym polu, wzdłuż dróg szybkiego ruchu stawiał ekrany, na co zamówienie złożyła hojna władza.

To nie koniec łupieskich pomysłów rządzącej kliki. Myślą oni twórczo bez ustanku. Herszt ustalił im zadanie – co tydzień nowy podatek. Ten najnowszy, bardzo oryginalny, to podatek od garaży. Jakby człowiek już raz nie zapłacił, gdy go budował. Nie, teraz będzie płacił, jakieś absurdalne pieniądze, za to, że jest szczęśliwym właścicielem tego luksusu, jakim jest garaż. A co będzie z tymi biednymi, którzy w garażach nie trzymają samochodów, tylko tam po prostu mieszkają? Osobiście znam paru takich. "Co by tu jeszcze, Panowie, co by tu jeszcze..." Ten refren piosenki Młynarskiego, choć on wyrażał się jeszcze bardziej dosadnie (co by tu jeszcze spieprzyć Panowie) bez przerwy pobrzmiewa w czaszkach urzędników obsługujących ferajnę Tuska. Herszt przecież rzucił hasło, a to rozkaz – grabić, grabić, grabić! Pracuje się więc nad podatkiem od czynności cywilnoprawnych.

Opodatkuje się umowy śmieciowe. Pomajstruje się znowu przy VAT. Dosłownie, nie będzie tygodnia, żeby nie zaprezentowano nam nowego podatku. To nic, że Polak już ledwo zipie. Obciążenia podatkowe są gdzieś w granicach 80 procentów. Koszty pracy są tak wysokie, że nikomu nie opłaca się tworzyć nowych miejsc pracy. Bezrobocie rośnie dramatycznie.

©2014®

czwartek, 23 stycznia 2014

Zasiłek dla Trynkiewicza

Jeżeli morderca i pedofil wyjdzie na wolność, zostanie solidnie wyposażony. Dostanie nowe ubrania, 40 złotych kieszonkowego, a jeśli nikt po niego nie przyjedzie, na koszt państwa będzie mógł pojechać autobusem lub pociągiem do dowolnego miejsca w Polsce. 

"Po wyjściu zza krat Trynkiewicz od razu może ubiegać się o pomoc społeczną. Bez żadnych dochodów niemal natychmiast dostanie zasiłek okresowy - 271 zł oraz zasiłek na wyżywienie 75 zł. Gdy zarejestruje się w urzędzie pracy, od razu ma ubezpieczenie zdrowotne, a pomoc społeczna pokryje koszty leków. Zdarza się, że to kilkaset złotych miesięcznie. Do tej chwili do magistratu w Piotrkowie nie wpłynął wniosek Trynkiewicza o przyznanie lokalu. Ale jeśli go złoży, ma na niego dużą szansę" 

©2014®

środa, 22 stycznia 2014

Prof. Lew-Starowicz: seks to przyjemność - wywiad

W moim małżeństwie zawsze był model partnerski. Ta sama ranga, tylko inny podział obowiązków. Na przykład ja do kuchni nie wchodzę. Nie wiem, w której szafce są talerze. Z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem rozmawia Paulina Reiter
Porozmawiajmy o panu. 

Nie lubię.

Wie pan, z czym mi się pan kojarzy? 

Z seksem.

Tak było, zanim przeczytałam pana autobiografię. A teraz już tylko komża i mundur. Jako dziecko był pan ministrantem, potem wojskowym. Kościół i wojsko. To kojarzy mi się z obowiązkiem, a seks przeciwnie - z przyjemnością. 

Ale czy obowiązki zawsze muszą być przykre? Na przykład obowiązek przychodzenia do pracy. A jeżeli praca nas cieszy, budzi nasze zainteresowanie? Pewnie pani nieraz klnie zimą, że musi pani odpalać samochód i jechać do redakcji, ale jakkolwiek by było, pani praca jest interesująca.

Ale "obowiązek małżeński" brzmi już dość paskudnie. 

Bo to złe słowo. Powinniśmy mówić o "powinności małżeńskiej". Ale sama koncepcja nie jest taka zła - jeśli jesteśmy w stałym związku, to powinno być między ludźmi współżycie seksualne. Trudno się z kimś wiązać i powiedzieć mu: seksu nie będzie. Albo: sprawy seksu zależą tylko od mojego widzimisię. Na ogół zakładamy, wchodząc w związek małżeński, że oprócz wspólnego gospodarstwa będziemy też mieć seks. Jeśli natomiast na początku związku seks był radosny, przyjemny, a potem stał się nudny i dla jednej osoby jest tylko powinnością, to mamy problem. Jeśli jeden z partnerów prze do seksu, jest namolny, to w drugiej osobie rodzi się opór. I nie chce tego obowiązku. To zrozumiałe.

Coś pani powiem, bardzo wiele takich nieporozumień wynika z okresu tańca godowego. To okres seksualnej otwartości, gotowości. Daje nam złudzenie, że taka sytuacja - że prawie nie wychodzimy z łóżka, ciągle mamy ochotę na seks, jesteśmy w tym łóżku pomysłowi - będzie trwać wiecznie.

Niestety, po okresie tańca godowego niknie dbałość o drugą osobę. Wychodzą nasze prawdziwe cechy charakteru. Może jesteśmy egocentryczni? Może uważamy, że druga osoba jest naszą własnością i ma wspomniany "obowiązek" albo że "łaskawie" dopuścimy ją do seksu za dobre sprawowanie?

Dlatego dobrze jest uprawiać seks przedmałżeński i się przekonać przed ślubem. 

Też tak uważam.

Naprawdę? Jak pan to łączy z nauką Kościoła? Przecież pan jest wierzący. 

Nauka Kościoła w zakresie zachowań seksualnych jest taka trochę... wyidealizowana. To model, można rzec, heroiczny. Praktyka się z tym rozmija. W zakresie zachowań seksualnych Kościół od stuleci nie jest w stanie wyegzekwować od wiernych stosowania się do swojej nauki. Poza tym pouczają osoby, które nie są ekspertami w tej dziedzinie.

Problem rodzi się, kiedy wierni nauki księży traktują serio i powoduje to u nich poczucie winy, które kładzie się cieniem na ich seksie. Spędzają wtedy czas między konfesjonałem a łóżkiem. Biegają się wyspowiadać.

Poza tym pamiętajmy, że mamy trochę skrzywioną perspektywę. Kościół katolicki jest jednym z wyznań chrześcijańskich. Prawosławie ma inne podejście do seksu. Również Kościoły protestanckie. Dlaczego mamy uważać, że nauka Kościoła katolickiego dotycząca seksu jest optymalna, a tamte Kościoły nie mają nic do powiedzenia?

Za to właśnie podpadłem z książką "Nowoczesne wychowanie seksualne" z 1995 roku - że zrównoważyłem różne wyznania chrześcijańskie, które mają inne podejście do seksu. Podniósł się krzyk i protest. Zapewniam panią, że jeszcze przez wiele lat żaden podręcznik edukacji seksualnej, który odbiega od katolickiego modelu, nie będzie zaakceptowany.

Dla mnie to szokujące. 

Dla mnie też. Przez wiele lat byłem ekspertem ONZ i WHO w zakresie edukacji seksualnej. Gdy zostały opracowane i przetłumaczone na język polski standardy edukacji seksualnej WHO, zostałem poproszony, żeby je przyswoić w Polsce. Badania były bardzo rzetelne, oparte na nowej wiedzy seksuologii rozwojowej, podzielone na grupy wiekowe. WHO zorganizowało konferencję w Pałacu Staszica, gdzie miałem przedstawić badania. Byli tam wszyscy specjaliści z Polski zajmujący się edukacją, ministrowie zdrowia, edukacji. I byli też nasi rodzimi talibowie. Od razu przeszli do ataku. Z talibami nie ma dyskusji, mają umysły umeblowane na swoich posiedzeniach. Są jak sekta. Powstał rwetes, że już w przedszkolu będzie się demoralizować dzieci, ucząc je seksu. Że to rozbicie właściwego wychowania, raj dla pedofilów i dziesiątki innych teorii wyssanych z palca. Zrobił się szum polityczny, zostałem zaatakowany. Krótko i węzłowato - decyzja władz zapadła, że nie będzie edukacji seksualnej w przedszkolach.

To przecież nauczanie o rozwoju człowieka. Dlaczego Kościół się tego boi? 

Kościół, działacze organizacji prokościelnych i talibowie mają takie widzenie, że trzeba powstrzymać falę seksu, która płynie z zepsutego Zachodu. Tę zgniliznę moralną. Że dzieci trzeba wychowywać w domu. Szkole wara od tego. Jeśli podręczniki, to tylko takie, które wychowują do życia w czystości, czyli tożsame z podręcznikami katechezy i nauczania religii. Młodzież od seksu trzeba powstrzymać, najlepiej, gdyby w ogóle nie było seksu przedmałżeńskiego. I koniecznie trzeba powstrzymać młodzież od antykoncepcji.

Straszy się młodych ludzi, że jak rozpoczną seks przed ślubem, to później nie będą szanowali swoich partnerów, wmawia się im, że dziewictwo jest darem dla ukochanej osoby, i to darem na całe życie. Każdy inny model wychowania seksualnego, który jest z tym rozbieżny, jest natychmiast oprotestowany. Jeden z tych talibów powiedział, że "nasze córki się wychowuje na prostytutki". Oni tak to widzą.

Kto popatrzy rozsądnie na standardy WHO, nigdy nie powiedziałby, że promujemy prostytucję. Ale hałas się robi ogromny. Poza tym talibowie są zorganizowani, od razu piszą listy, organizują marsz na Krakowskim Przedmieściu. Władza unika konfliktów z Kościołem, bo ma swoje kłopoty i nie zamierza tracić punktów przez seks. Kościół ma poczucie monopolu w tej dziedzinie, talibowie krzyczą coraz głośniej. A dzieci i tak się wychowują w internecie, czytając najgorsze bzdury.

Rzeczywiście nie lubi pan o sobie mówić. Ale zróbmy skok w przeszłość i wróćmy do pana dzieciństwa. Do tej komży ministranckiej. 

Niech pani sobie wyobrazi małe miasteczko, jakim był wtedy Sieradz. W takim miasteczku ważna jest hierarchia. Jest Olimp w postaci lekarzy, adwokatów, proboszcza. Przedstawiciele władz i partii nie należą do Olimpu, traktowani są jako zakały. Taki mały chłopak jak ja, dorastając, widzi tę hierarchię, to, że jego koledzy, którzy są ministrantami, są wyżej od niego. Więc stara się wejść w te struktury. I już. Ale nasz dom, jeśli chodzi o religię, był refleksyjny. Poza tym nabożeństwa były bardzo ładne, pełna liturgia, kadzidła, chór. Było ekstra. I jeszcze mówili po łacinie, więc miało się poczucie przynależności do elity. Nie przeszkadzało to oczywiście wieczorami bić się z kolegami na podwórku.

I potem z tęsknoty za wyższymi szczeblami hierarchii wskoczył pan w żołnierski mundur. 

Tradycje żołnierskie były w rodzinie silne. Ojciec, jak wspominał wojsko, to miał oczy zamglone, pamiętał wojnę, Niemców, rok '20. Pradziadek walczył w powstaniu styczniowym. W domu było pełno oficerów, bo ich ojciec uczył. Przyjeżdżali po niego samochodem, wpadali na pogawędki, ojcu się przypochlebiali, więc dzieciom przynosili smakołyki, bo kantyny wojskowe były lepiej zaopatrzone niż sklep w rynku. Miałem same pozytywne skojarzenia z wojskiem. Więc gdy nadszedł wybór studiów, wybrałem medycynę na Wojskowej Akademii Medycznej. To była wtedy czołowa uczelnia medyczna, bo wojsko było świetnie wyposażone w sprzęt. Lekarze wojskowi cieszyli się prestiżem. Tyle że to były czasy, kiedy munduru i komży nie można było łączyć. Oficer w komży nie paradował. Chyba że kapelan.

Na tej wojskowej uczelni zainteresował się pan seksuologią? 

Tak. WAM był jedyną uczelnią, gdzie były wykłady z seksuologii. Co zaskakujące, należeliśmy do pionierów w Europie. Na Zachodzie długo jeszcze seksuologia nie była postrzegana jako nauka. Dobre tradycje seksuologii mieli też Czesi, dziś tacy niedoceniani, ale to oni właśnie stworzyli już przed II wojną Instytut Seksuologii na Uniwersytecie Karola. Coś niecoś robili Niemcy, ale w innych krajach - posucha. Byliśmy do przodu, i to dość długo.

Inny przykład polskich sukcesów to stworzony przeze mnie na Wydziale Rehabilitacji AWF-u przedmiot rehabilitacja seksualna, czyli seks niepełnosprawnych. Od początku w tej dziedzinie pracuje ze mną dr Alicja Długołęcka. To była jedyna w Europie uczelnia kształcąca rehabilitantów, także seksualnych. Inne szkoły europejskie przejęły to od nas.

Pan miał 22 lata, gdy zaczął przyjmować pacjentów. Młodo. 

Praktykę zacząłem w Towarzystwie Rozwoju Rodziny w poradni małżeńskiej i rodzinnej. Ktoś od nich usłyszał mój wykład o psychosomatycznym ujęciu zdrowia i choroby, poruszałem też tematykę seksualną. Zapytano mnie, czy nie zechciałbym pomagać pacjentom z tymi problemami. Chciałem, ale denerwowałem się okrutnie, ponieważ nie miałem doświadczenia terapeutycznego, jedynie przygotowanie teoretyczne. I wyglądałem bardzo młodo, niepoważnie. By dodać sobie powagi, zacząłem palić fajkę. Seksuologia wtedy nie była tak skomplikowana jak dziś. Uważano, że zaburzenia mają źródła psychogenne, a ja siedziałem głęboko w psychiatrii i psychoterapii. Leków prawie nie było.

Pacjenci mieli te same problemy co dziś? 

Owszem. Głównie przedwczesny wytrysk i kłopoty z orgazmem, zaburzenia erekcji i bóle podczas stosunków. To, co się zmieniło, to to, że ludzie nie potrafili tak jak dziś mówić o seksie, bo dyskusja na te tematy była prawie nieobecna w mediach - były może ze dwie rubryki porad sercowych w tygodnikach. Panowała większa wstydliwość i gorsza terminologia. Dziś więcej kobiet niż niegdyś ma kłopoty z libido - są przepracowane, do tego dochodzą problemy z zaburzeniami gospodarki hormonalnej, bo kobiety używają coraz częściej pigułek antykoncepcyjnych, a w latach 60. największym problemem dla kobiet był brak orgazmu, co wynikało z zahamowań i nieznajomości ars amandi.

Przeżył pan w swoim życiu ogromną zmianę w podejściu do tematu homoseksualizmu. 

Byłem uczony przez profesorów, że homoseksualizm, podobnie jak pedofilia, zoofilia i inne "filie", to patologia, choroba. I że trzeba leczyć. Nauki te potwierdzały naukowe pisma zagraniczne, które czytałem po angielsku. Homoseksualiści w Polsce byli traktowani jak obywatele drugiej kategorii - jeśli Milicja Obywatelska przyłapała homoseksualistę na próbach poszukiwania partnera, np. na placu Trzech Krzyży, który był ich miejscem spotkań, spuszczała łomot i wyzywała od pedałów. Przeświadczenie było takie, że to ludzie chorzy, to i sami zainteresowani zgłaszali się na leczenie i prosili o pomoc. Bo czuli się nieszczęśliwi. Myśleli: jestem chory, trzeba się leczyć. I były standardy postępowania - popęd hamowaliśmy psychotropami, były też próby zmiany orientacji poprzez elektrowstrząsy.

Straszne. 

To była inna epoka. Wyglądało to tak, że pokazywałem pacjentowi slajd lub świerszczyki, gdzie były treści homoseksualne, i jak go to podnieciło, to łup prądem.

Tak zwana metoda awersyjna. 

Oczywiście efekty były pozytywne, bo jak się mu potem pokazywało sceny homoseksualne, to rodziło to taki lęk, że nie był w stanie reagować podnieceniem. Bo lęk paraliżuje seks. Wynikały z tego dramaty. Pacjenci często pozorowali życie rodzinne albo w ogóle rezygnowali z seksu. I żyli w poczuciu że są chorzy, nienormalni. Wszystko zmieniło się w 1973 roku, kiedy Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne, a za nim WHO wykreśliły homoseksualizm z listy chorób i zaniechano leczenia go, również w Polsce.

Zaciekawiło mnie to, co pan mówi o politykach. Że u tych prawicowych rozdźwięk między tym, co deklarują, a tym, jak żyją, jest ogromny i jest źródłem frustracji seksualnych. I że jak się handryczą na mównicy sejmowej w sprawach związanych z seksem, to od razu widać, że sami mają jakiś problem. 

No bo generalnie jest tego typu zależność, że zajadłość w sprawach seksu musi mieć zawsze osobisty kontekst. Jeśli ktoś prowadzi krucjatę antyseksualną, jest taki rozsierdzony, to za tym stoi problem osobisty. Mężczyzna niesprawny w seksie często staje się antyfeministą. W impotencie rodzi się wrogość w stosunku do kobiet. Ci politycy, którzy mają takie ostre wystąpienia, to albo mają zaburzenia sprawności, albo niską pozycję w roli kochanka, są lekceważeni w tej sferze. Albo tłumią jakieś mroczne potrzeby seksualne. Jest taki jeden z tych prawicowych polityków napalony na seks, kompletny sadysta. Nie może się od tego problemu uwolnić.

Bo niech mi pani powie - jeżeli kobiety mają swój kongres albo swój marsz na 8 marca, to dla zdrowego seksualnie i psychicznie mężczyzny to jest normalne. Więc skąd ta zajadłość niektórych? To, że krzyczą, że te baby jakieś niedorobione, męskie, że lesbijki. Skąd ta wrogość? Ona musi mieć podłoże osobiste.

Może politycy powinni przymusowo do pana chodzić na terapię. Oszczędziłoby to nam wielu głupich ustaw. 

Można by złagodzić ich obyczaje. Natomiast pycha władzy to co innego! Pycha władzy ma inne powiązanie z seksem. Władza to afrodyzjak, uderza do mózgu, politycy, którzy byli nikim, gdy dostają władzę, czują się wielcy i zaczynają traktować kobiety jak zdobycze. U kobiet takiego afrodyzjaku władzy nie dostrzegam. Z wieloma polityczkami rozmawiałem, pamiętam takie, które bardzo awansowały i jakoś im to w tę stronę nie szło.

Przez pana gabinet przewinęło się też sporo duchownych. 

W latach 60. w Warszawie usługi seksuologiczne świadczyła tylko jedna placówka - Towarzystwo Rozwoju Rodziny. Miała tam gabinet Michalina Wisłocka, miałem i ja. Kiedyś odwiedzało mnie bardzo wielu duchownych, którzy mieli problemy w kwestii celibatu. Dziś kler ma swoich terapeutów, a i podejście Kościoła trochę się rozluźniło.

Masturbacja już nie jest grzeszna? 

Dziś masturbację księża traktują na szczęście jako fazę rozwoju seksualnego, w zasadzie jest to teraz taki grzech lekki, nie należy robić z tego problemu. A ileż to setek tysięcy, milionów głównie mężczyzn - bo nie interesowano się wtedy masturbacją kobiet - zostało wpędzonych w poczucie winy. Jeden z nieżyjących już marszałków Sejmu zerwał z Kościołem właśnie przez masturbację, bo go ksiądz uderzył w twarz za to, że się onanizował.

To była obłędna walka. Musieli walczyć z własnym ciałem, własną zmysłowością przez wiele lat. Dramat polega na tym, że mężczyzna został tak ewolucyjnie zaprogramowany, żeby się szybko rozmnożyć. Dlatego dojrzewający mężczyzna ma największe libido, największą produkcję plemników, ponieważ kiedyś mężczyźni nie żyli długo, to przez to mieli szanse na sukces reprodukcyjny. Bo później albo dostał maczugą w łeb, albo go jakieś dzikie zwierzę rozszarpało. Wtedy dojrzewający mężczyzna już był mężczyzną, przechodził rytuał inicjacji z chłopca w dorosłego. To już był wojownik, miał prawo posiadania żony, dzieci. A teraz 16-latek to kto to jest?

Chłopiec. Ale 30-latek to też nadal chłopiec. 

Bo dojrzewanie jest teraz rozciągnięte w czasie. I teraz mężczyźni mają duży popęd we wczesnych latach, bo to wynika z natury, ale później też mają duży popęd, bo to wynika z kultury - jest dużo stymulacji seksualnych, internet, telewizja. Więc masturbacja ma inne znaczenie, bo jest zachowaniem zastępczym.

Tutaj mam niedobrą wiadomość dla kobiet. Problem narasta i to zaczyna niszczyć wiele związków, bo mężczyźni się uwarunkowują, upodobali sobie zachowania masturbacyjne, które są związane z oglądaniem fajnej pornografii. On sobie wejdzie do internetu i tam ma filmiki, kobiety, dzieje się. To staje się jego świętem, czasem dla siebie. To tylko jego przyjemność. A jeśli uprawia seks z partnerką, to musi też skoncentrować się na niej. Trzeba ją przygotować, zainteresować seksem, zadbać, żeby była podniecona, doszła do satysfakcji.

Strasznie się trzeba narobić. 

Okropny wysiłek. Więc mężczyźni wolą się masturbować. Kobiety młode, zdrowe, potrzebujące seksu i tygodniami nic. Często mam w gabinecie dramatyczne sytuacje.

Przychodzi para z problemem "rzadki seks", czyli raz na kilka tygodni. Ona mówi, żeby go zbadać, bo chyba jest chory. Ja pytam taktownie: "Czy chcecie państwo rozmawiać razem?". "Tak, nie mamy przed sobą tajemnic". Na to ja: "Ale czy na pewno, bo będę wchodził w szczegóły". Oni - że naprawdę, oni zawsze razem. No to ja mu zadaję pytanie, czy się masturbuje. Owszem, kilka razy w tygodniu.

I zawsze to samo. U niej szok!

Chciałem oszczędzić im tej sytuacji, bo lepiej, żeby do niej nie doszło. No, ale doszło. I teraz ona mówi, że dla niej to jest zdrada. Że on ją zdradza z innymi kobietami. Bo jego podniecają te kobiety z obrazka. On baranieje. O jakiej tu zdradzie mowa? Przecież nie ma żadnej zdrady. On się tylko podniecał.

Atmosfera została zepsuta, bo nawet jeżeli seks wraca, to już ona ma w głowie, czy on sobie czasami nie wyobraża jej w innej roli albo że jest z inną kobietą w ogóle.

Więc zawsze ostrzegam, gdy mam spotkania z młodzieżą w szkołach - bo są jeszcze otwarci dyrektorzy, co mnie zapraszają - jeśli jest mowa o masturbacji, to żeby traktować onanizm jako zachowania zastępcze wynikające z dużego napięcia, dużego pobudzenia sytuacyjnego, żeby nie robić z tego nabożeństwa, rytuału, który może się potem odwrócić przeciw związkowi partnerskiemu.

Często ma pan takie wykłady w szkołach? 

Nie za często. Ostatnio zostałem zaproszony, talibowie się dowiedzieli, oprotestowali i odwołano.

Zabawne, ile razy został już pan uznany za wroga Kościoła. 

Zawsze mówię młodym seksuologom: "W Polsce można być specjalistą seksuologiem w gabinecie, można przyjmować pacjentów i nawet będziecie robić kasę. Ale jeśli ktoś ma potrzebę społecznego działania, zwłaszcza jeśli postanowi działać w tak śliskim temacie jak edukacja seksualna - to będzie jak na froncie".

Z pana książki wynika, że dziś główne problemy to kłopoty z erekcją i brak popędu. 

Jeśli chodzi o kobiety, to na pierwszym miejscu jest brak chęci na seks, zaburzenia popędu, zaburzenia pożądania - jak już wspomniałem, to rezultat stresu, przepracowania i zmian hormonalnych.

U mężczyzn dwa główne to zaburzenia erekcji i przedwczesne wytryski. Przedwczesne wytryski są na pierwszym miejscu, ale ja bym nie traktował tego jako wielkiego problemu - leczy się to teraz wdzięcznie, kilka tygodni. Natomiast zaburzenia erekcji były wielkim problemem w przeszłości. Mężczyźni mówili: "Jak nie ma erekcji, to nie ma już po co żyć, nie jestem mężczyzną". Mężczyzna z przerażeniem czekał na moment, kiedy już nie będzie mógł, bał się, że jego pozycja w oczach partnerki spadnie. I rzeczywiście często tak było. I nagle - alleluja! Viagra i inne leki. Teraz to on może mieć 90 lat, nadciśnienie, być po zawale, po wylewie, ale erekcję ma.

Ale dla kobiet nie ma pastylki na popęd. A problem dotyczy jednej trzeciej populacji. 

Te kobiety, w różnym wieku, przychodzą pogodzone: "Mogę żyć bez seksu' - mówią mi. A to jest dramat dla pary.

Kolejny problem to atrakcyjność seksu. Jak kobieta ma odbyć kolejny rutynowy stosunek, to nic dziwnego, że woli pójść do galerii handlowej, obejrzeć serial, poczytać kolorowe magazyny. One przynajmniej zawierają nowe treści.

Ojej, pani redaktor, bo teraz się zmartwiłem - czy rzeczywiście myśli pani, że czytelnik po przeczytaniu mojej książki będzie miał skojarzenie ze mną, że mundur i komża?

Raczej tak. Bo ten mundur dla pana widać strasznie ważny. 

Ja bym i teraz chętnie w mundurze chodził.

Bo za mundurem panny sznurem? 

Nie. Mam silne wczesne uwarunkowanie, w końcu byłem w tym wojsku 11 lat. Zresztą słyszałem od kobiet, że dobrze mi w mundurze. Więc pewnie próżność też jest.

Bardzo pan dyskretnie opowiada o rodzinie w tej autobiografii. Raczej jest o pracy niż o żonie i dzieciach. 

No bo nie widzę, czemu by to miało służyć.

Mogliby pana polscy mężczyźni naśladować. Na przykład w tym, że pan z córkami świętował pierwszą miesiączkę. 

Bo stawały się kobietami. Piękna sprawa! Święto. Może i nasz dom był tradycyjny, ale kobiety miały zawsze bardzo wysoką pozycję. Widząc swoich rodziców, nigdy bym nie powiedział, że ojciec tłamsił moją mamę. Był układ, rozdział ról, zajmowali się czym innym, ale pozycja mamy była wysoka. Ta sama ranga, tylko inny podział obowiązków. Ja moich rodziców widziałem jako partnerów. Tata był profesorem w szkole średniej, uczył rysunku i języka polskiego. Mama zajmowała się domem. Wychowała trójkę dzieci. Ojciec utrzymywał cały dom.

I pan też stworzył związek na tej zasadzie? 

W moim małżeństwie też jest ten model partnerski. Na przykład ja do kuchni nie wchodzę. Nie wiem, w której szafce są talerze. Ale pracuję od rana do 21. Cały dzień.

A żona nie pracuje? 

Teraz już nie. Ale jak była chirurgiem dziecięcym, czyli realizowała się zawodowo, to też był taki podział ról, co jest jej zakresem obowiązków, a co moim. Ona mówiła, żebym się do spraw domowych nie wtrącał, bo same nieszczęścia wtedy się działy. To była jej działka. Moją działką było zupełnie co innego.

A co? 

Organizowanie przyjęć. Albo wyjście do kina. Żona mówi mi: "Wybierz dobry film".

Dobra żona. Pan ma poczucie, że coś naprawdę zrobił, a pan tylko film wybrał. 

No tak, ale ona nie znosi filmów akcji. Więc wybieram film, który jej się spodoba.

A czy przychodzą do pana pary, których problemy wynikają z tego, że próbują wprowadzić nowy rodzaj związku partnerskiego? 

Masa tego jest. Wiele wariantów. Na przykład jedno chce, żeby związek był partnerski, a drugie narzuca styl patriarchalny lub matriarchalny, bo kobiety też lubią rządzić. Są tacy, którzy deklarują model partnerski, a to jest raczej wzajemna walka o władzę. I jeszcze inny, kiedy mówią, że chcą partnerstwa, ale nie w łóżku, bo w łóżku on się powinien nią zająć, bo ona chce się czuć kobietą. On tego często nie dostrzega, bo ona wszędzie przejęła obowiązki, ona wybierała wczasy, filmy, wszystko załatwiała, on nie musiał się o nic martwić, nawet mu marynareczkę kupiła. To on myśli, że w łóżku też będzie obsłużony. A ona mówi: "Choć tu niech będzie mężczyzną!".

Proszę mi na koniec powiedzieć, co to jest według pana udany seks? 

To taki, że czuje się, że to przedsmak raju. Coś niewyobrażalnego. Dla takiej chwili warto żyć. Uczucie duchowe i zmysłowe. To tak piękna chwila, że można tylko ubolewać, że tego nie można przedłużyć. Tylko proszę nie pomyśleć, że ja cierpię na jakieś przedwczesne sprawy. Nie. Poza tym seks to przyjemność demokratyczna, niepotrzebne do tego pieniądze, nic! Można to po prostu ot tak mieć. Czy to nie wspaniałe? bzd