czwartek, 16 lipca 2015

Droga do kapitulacji. Cipras i Warufakis zdradzają kulisy negocjacji z wierzycielami





2015-07-15 środa

Po referendum, w którym Grecy odrzucili warunki pomocy wierzycieli, ówczesny minister finansów Grecji chciał zaryzykować Grexit, ale nie mógł dać gwarancji, że okazałby się on korzystniejszą alternatywą. Strach wziął górę. Kierownictwo Syrizy postanowiło zmienić front. Premier zgodził się niemal na wszystko, czego zażądali od niego Niemcy, którzy z Grekami nie chcieli nawet negocjować. Ich stanowisko było takie: albo podpisujecie, albo was nie ma.




Wczoraj w greckim parlamencie światła świeciły się do późna. Czyniono ostatnie gorączkowe przygotowania przed dzisiejszym, prawdopodobnie zwycięskim, głosowaniem nad porozumieniem, które premier Aleksis Cipras zawarł z wierzycielami. Porozumieniem, które jest dokładnym zaprzeczeniem haseł, z jakimi szedł do wyborów.

Jak to się stało, że walczący z polityką oszczędności skrajnie lewicowy polityk wrócił do Aten po kilku miesiącach negocjacji w europejskich stolicach z ortodoksyjnie neoliberalnym porozumieniem forsującym politykę już nie tyle zaciskania pasa, co brutalnego sznurowania duszącego gorsetu?

Rozdział I. Grimbo

Syriza wygrała wybory w końcu stycznia tego roku. Została wybrana, bo mówiła „nie" agresywnej polityce oszczędności, którą w zamian za dwa pakiety pomocowe narzuciła jej Trojka – Komisja Europejska (KE), Europejski Bank Centralny (EBC) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Premierem został Cipras, a ministrem finansów Janis Warufakis. Panowie zaraz po przejęciu władzy porzucili politykę cięć. W Europie wywołało to święte oburzenie. Wierzyciele przestrzegli, że wypłacą ostatnią transzę z drugiego pakietu pomocowego potrzebną rządowi Syrizy do spłaty potężnych pożyczek zaciągniętych przez poprzedników, ale tylko jeśli uzgodnione wcześniej reformy oszczędnościowe zostaną utrzymane. Ponieważ drugi bailout kończył się zaraz po wyborach, wierzyciele, czyli przede wszystkim strefa euro z Niemcami na czele, dali rządowi Syrizy czas na negocjacje. Pakiet został przedłużony do końca czerwca. Do tego czasu Grecja musiała dojść do porozumienia ze swoimi kredytodawcami. Kraj wszedł w kilkumiesięczny okres zawieszenia nazywany Grimbo od angielskiego słowa „limbo" oznaczającego stan niepewności.

To, jak przebiegały rozmowy, zarysował Warufakis w najnowszym wywiadzie dla brytyjskiego tygodnika „New Statesman". Według niego trudno w ogóle nazwać je negocjacjami. - Starałem się na spotkaniach Eurogrupy (19 ministrów finansów państw strefy euro – przyp. red.) rozmawiać o ekonomii. Nikt tam tego nie robi – wyznał. Warufakis przekonywał, że duszące gospodarkę oszczędności sprawiają, że grecki dług staje się jeszcze bardziej niespłacalny. - To nie chodzi o to, że źle poszło. Spotkałem się z kategoryczną odmową zaangażowania w dyskusje ekonomiczne. Kategoryczną. Przedstawiasz swój punkt widzenia, nad którym pracowałeś, aby był spójny logicznie, a spotykasz się z pustym spojrzeniem. To tak, jakbyś w ogóle nic nie powiedział. To, co mówisz, nie ma związku z tym, co mówią oni. Równie dobrze mógłbyś zaśpiewać im hymn szwedzki, dostałbyś tę samą odpowiedź – stwierdził były minister.

Na początku Syriza chciała dogadać trzy lub cztery reformy, które od razu mogłyby zostać przyjęte, w zamian za pewne ustępstwa w finansowaniu greckich banków. Jednak wierzyciele, chociaż skarżyli się mediom, że Syriza nic nie robi, naciskali na całościowe porozumienie. O niczym innym nie chcieli słyszeć. Nie chcieli też słyszeć o żadnych zmianach warunków pomocy. Według Warufakisa minister finansów Niemiec Wolfgang Schäuble wierzył, że nawet zmiana sytuacji politycznej i rządu nie daje prawa do zmiany zasad gry. - Wtedy zapytałem: może w ogóle nie powinno się organizować wyborów w zadłużonych krajach? Nie otrzymałem odpowiedzi, ale ich pogląd był taki: tak, to byłby dobry pomysł, ale trudny do realizacji. Więc albo podpisujecie, albo was nie ma – powiedział Warufakis.




Niekiedy dostawał wsparcie, ale głównie ze strony szefowej MFW Christine Lagarde. Kiedy zamykały się drzwi na spotkaniach Eurogrupy, Warufakis patrzył w oczy osobom, które sugerowały: masz rację w tym, co mówisz, ale i tak cię zmiażdżymy. Były minister zdradził, że te kraje, od których można by oczekiwać pewnej empatii, jak mające problemy finansowe Portugalia czy Hiszpania, okazywały się największymi wrogami. Sukces negocjacyjny Grecji byłby ich największym koszmarem. Kraje te zgodziły się bowiem zacisnąć pasa i nie chciały wyjść na frajerów. Tamtejsi politycy nie wiedzieliby, co odpowiedzieć swoim obywatelom, kiedy by ich zapytano, czemu oni też nie negocjowali tak jak Grecy.

Jednak to nieunurzane w kryzysie państwa trzęsły Eurogrupą. Według Warufakisa dyrygentem tej orkiestry jest Schäuble. Jedynie francuski minister finansów Michel Sapin w delikatny próbował wtrącać się w słowotok Niemców. Ale na koniec i tak to Schäuble decydował, jak będzie. Inaczej było z Angelą Merkel, która starała się pocieszać Greków i obiecywała, że nie pozwoli zrobić im krzywdy. W czasie finału negocjacji wypłynęły dokumenty wskazujące, że Schäuble chciał czasowego wyjścia Grecji ze strefy euro. Sam Cipras w najnowszym wywiadzie dla kanału telewizji publicznej ERT-1 przyznał, że o tym planie Schäublego dowiedział się już w kwietniu, jednak Angela Merkel zapewniła go, że chciałaby tego uniknąć.

Ostatecznie głos Merkel przeważył. Znamienne, że zawarte z Grecją porozumienie zostało przez Schäublego negatywnie ocenione. I jest to pierwszy raz, kiedy minister finansów publicznie dystansuje się od kanclerz.

Rozdział II. Greferendum

Negocjacje niewiele dały. 25 czerwca wierzyciele zaproponowali finalną wersję swoich propozycji reform oszczędnościowych, które dla rządu Syrizy okazały się nie do przełknięcia. Cipras wobec tego rozpisał referendum, w którym zapytał obywateli, czy godzą się na warunki wierzycieli. W tym samym czasie, aby przerwać szturm zaniepokojonych Greków na banki, wszystkie placówki zamknięto i wprowadzono limit wypłat gotówki z bankomatów do 60 euro. Część banków otwarto chwilę potem, ale tylko dla emerytów – wielu z nich nie ma bowiem kart płatniczych. Seniorzy mogli wypłacić maksymalnie 120 euro tygodniowo. Równolegle wprowadzono ograniczenia w przepływie kapitału. Zaraz potem, 1 lipca, wobec niespłacenia raty kredytu do MFW Grecja stała się niewypłacalna. Mimo to EBC utrzymał awaryjne pożyczki, dzięki którym w szkatułach greckich banków były w ogóle jeszcze jakieś pieniądze. Bank czekał na jakieś przesilenie w negocjacjach. Nie wysłuchał jednak prośby Greków, aby zwiększyć to finansowanie, co by pozwoliło banki otworzyć.

Referendum odbyło się 5 lipca. 61,3 proc. Greków opowiedziało się przeciwko reformom. Na ulicach fetowano wielkie zwycięstwo. Tymczasem, jak wyznał Warufakis w wywiadzie dla australijskiego radia ABC, w siedzibie rządu panowała atmosfera żałoby. - W tym momencie powiedziałem premierowi: jeśli chcesz użyć siły demokracji poza tym budynkiem, możesz na mnie liczyć. Ale jeśli nie jesteś w stanie udźwignąć tego majestatycznego „nie" wobec irracjonalnej propozycji naszych europejskich partnerów, to się stąd wymknę – powiedział Warufakis. Minister finansów uważał, że tak silny mandat, jaki Syriza uzyskała w referendum, upoważnia ją do ostrej gry.



Warufakis szykował się do Grexitu. Z jego wywiadu dla „New Statesmana" wynika, że po tym, gdy EBC zagrał ostro, wywierając presję na greckich władzach poprzez zmuszenie ich do zamknięcia banków, Warufakis też chciał odpowiedzieć ostro. Planował mianowicie puścić w obieg tymczasową walutę w formie bonów albo chociaż to zapowiedzieć, obciąć zadłużenie wynikające z greckich obligacji będących własnością EBC lub to zapowiedzieć, a także przejąć kontrolę nad greckim bankiem centralnym. Rząd powołał nawet tajny pięcioosobowy zespół przygotowujący kraj na wyjście ze strefy euro. Początkowo mógłby to być blef w celu wynegocjowania lepszych warunków, ale mogłoby się też skończyć faktycznym Grexitem, którego Warufakis nie uważał za czarny scenariusz. Chociaż nie mógł dać gwarancji, że Grexit będzie lepszą alternatywą. - Nie jestem pewien, czy sobie z tym byśmy poradzili, bo zarządzanie upadkiem unii walutowej wymaga wielkiej wiedzy, nie jestem pewien, czy poradzilibyśmy sobie bez pomocy z zewnątrz – wyznał.

W referendalny wieczór ścisłe kierownictwo Syrizy, składające się z sześciu osób, głosowało nad tym pomysłem. Większością głosów cztery do dwóch plan Warufakisa odrzucono. Wobec braku gwarancji powodzenia Grexitu Cipras przestraszył się upadku państwa. - Tamtej nocy rząd zdecydował, że wola ludu, to zdecydowane „nie", nie wzmocni [mojego] energetycznego podejścia. Zamiast tego […] premier zaakceptował założenie, że cokolwiek zrobi druga strona, my nie zrobimy niczego, co by kwestionowało jej propozycje – wyznał Warufakis.

Następnego dnia odszedł z rządu. A Cipras zasiadł do stołu negocjacyjnego z wierzycielami. Zaproponował paczkę reform odrzuconych w referendum w zamian za trzeci pakiet pomocowy, uznając, że resztki z drugiego bailoutu już nie wystarczą dla ratowania kraju. W końcu do trzech razy sztuka.

Rozdział III. aGreekment

Po 17-godzinnym maratonie Cipras zawarł w poniedziałek z wierzycielami porozumienie nazwane przez przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska „aGreekment" (od ang. agreement). W zamian za pożyczkę, maksymalnie wynoszącą 86 mld euro, Cipras zgodził się wprowadzić reformy, które są jeszcze ostrzejsze od tych odrzuconych w referendum, przekazać 50 mld euro państwowych aktywów „w zastaw" do specjalnego funduszu powierniczego nadzorowanego przez instytucje europejskie, który je sprywatyzuje, a także pogodzić się z tym, że dług Grecji nie zostanie nominalnie zmniejszony. Brutalne potraktowanie Ciprasa przez europejskich przywódców porównuje się nawet do waterboardingu, czyli tortury polegającej na podtapianiu, a samo porozumienie do traktatu wersalskiego, upokarzającego dla Niemiec porozumienia kończącego I wojnę światową. Cipras zgodził się w zasadzie na wszystko, czego żądali wierzyciele.

Dzień przed głosowaniem w parlamencie Cipras sam zabrał głos. W wywiadzie dla ERT-1 potwierdził, że był zszokowany zachowaniem swoich europejskich partnerów w czasie negocjacji. Choć miał też wsparcie ze strony Francji, Cypru, Austrii i Włoch, które były największym obrońcą Aten.

Powiedział, że bierze odpowiedzialność za podpisanie dokumentu, w który jednak nie wierzy. - To złe porozumienie, ale nie było lepszej opcji, aby uratować Grecję – stwierdził. Zdradził, że spotykał się z przywódcami USA, Rosji oraz Chin. Żaden z nich nie zachęcał go do opuszczenia strefy euro i nie oferował pomocy. - Nigdy nie miałem planu B – wyznał Cipras i dodał, że powrót do drachmy miałby dewastujący wpływ na Grecję. Wspomniał też, że Warufakis jest wytrawnym ekonomistą i dobrym człowiekiem, ale już niekoniecznie dobrym politykiem.

Cipras wierzy, że porozumienie zakończy kryzys w Grecji. Warufakis wprost przeciwnie. Dobrzy politycy zawsze z jakichś powodów są większymi optymistami od dobrych ekonomistów.

wtorek, 14 lipca 2015

ROCCO Is it big enough for you?

Rocco Siffredi to bez dwóch zdań najjaśniejsza gwiazda porno ery internetu. Choć branża wypchnęła już kilka męskich postaci na olimp mainstreamu (choćby Ron

Rocco Siffredi to bez dwóch zdań najjaśniejsza gwiazda porno ery internetu. Choć branża wypchnęła już kilka męskich postaci na olimp mainstreamu (choćby Ron Jeremy), to jednak żadna nie doczekała się statusu kultowej - poza "włoskim ogrem". Również w Polsce cieszy się on niesłabnąca popularnością, a teksty, które wypowiada w szczególnie bliskim nam filmie "Rocco Invades Poland", weszły do obiegu ("Don't you worry, baby. I'm a professional" - czytać z włoskim akcentem).

Powołanie

Siffredi to, oczywiście, przybrane nazwisko. Największy kochanek naszych czasów pożyczył je sobie od Alaina Delona, który w filmie Jacquesa Deraya pt. "Borsalino" (1970) występował jako Roch Siffredi. Mając 17 lat, wyemigrował z Włoch do bardziej pociągającego Paryża, w którym przebywał już jego starszy brat. Przez jakiś czas imał się różnych zajęć, pracując m.in. w restauracjach i dyskotekach. Aż pewnego wieczoru poznał w swingers klubie Gabriela Pontello, naczelnego pewnego seks -magazynu i reżysera porno. Tamten był z dwiema dziewczynami i kazał pokazać Rocco, co potrafi. "To było jak sen. Powołanie. Kochałem się z dwiema dziewczynami w towarzystwie 200 osób, a następnego ranka wystąpiłem w swoim debiutanckim filmie" - wspomina. Do dzisiaj nakręcił ich ponad 600.

Kariera jak erekcja

Kariera Rocco była równa i strzelista niczym jego erekcja. Szybko zdobył europejską sławę, a ta otworzyła mu drogę za ocean. I tutaj następuje zaskakujący zwrot akcji, który rzuca nieco światła na osobowość naszego bohatera. Otóż na początku lat 90. amerykańska branża pornograficzna była bardziej zainteresowana Rocco niż sam aktor nią. Wystąpił w kilku filmach w USA, jednak doszedł do wniosku, że są one dla niego zbyt plastikowe i nie dają mu satysfakcji. A on przecież kocha swoją pracę. Wrócił więc do macierzy i począł kręcić filmy w konwencji gonzo. Liczy się w nich męski bohater i jego przygody. Fabuły w zasadzie brak, podobnie jak profesjonalnego planu. Formuła pasowała mu jak ulał. Serie "Animal Trainer...", "Buttman..." (dodaj cyferki) czy "Rocco Invades..." i "Rocco Ravishes..." (dodaj nazwę kraju) przyniosły mu bogactwo i status supergwiazdy. Każdym swoim występem demonstrował pełne hard porno. Nie traktuje partnerek zbyt pieszczotliwe i najczęściej stosunek kończy się ostrym seksem analnym. Ponieważ zachowuje się jak trzystuprocentowy macho, spełnia fantazje męskiej części publiczności. W rzeczywistości jednak fani Rocco są dosyć równo podzieleni na obie płci. Na czym polega więc jego urok?

350 tysięcy penisów

Wbrew pozorom, nie jest posiadaczem największego przyrodzenia w branży (22 cm w porywach do 24, gdy czuje szczególny afekt), natomiast wydaje się być z niego niezwykle dumny. Za każdym razem, kiedy wymachuje penisem przed aktorkami, cieszy się jak dziecko, zadając pytania w stylu: "Is it big enough for you?". Warto dodać, że wibrator-replika jego członka sprzedał się w 350 tys. egzemplarzy. To nakład niezłej płyty z muzyką pop. Cała siła Rocco tkwi w przerysowaniu. Jest niemal jak postać komiksowa - gdyby nie istniał naprawdę, ktoś by go po prostu wymyślił. Jego wyczyny są tak niesamowite, że aż nierealne. Do tego to chodzący stereotyp Włocha, z fatalnym angielskim, południową opalenizną i żelem na włosach.

Mąż, ojciec, katolik

O dziwo, w rzeczywistości nie jest tylko seks maszyną. Mimo ogromnego sukcesu Rocco w dalszym ciągu pozostaje sobą, tj. Włochem, ojcem rodziny, a nawet katolikiem. Osobą skromną i przyjazną. Wobec aktorek na planie zachowuje się szarmancko. Ma żonę (Miss Węgier z 1992 roku) i dwóch synów, z których jest niezwykle dumny i ma nadzieję, że pójdą w ślady ojca. Trzy lata temu wycofał się nieco z aktorstwa i skupił na reżyserii. Powodem było wycieńczenie seksualne po pracy, uniemożliwiające mu normalne pożycie z małżonką. Część rodziny go kocha, część nienawidzi. Z pięciu braci trzech mocno go krytykuje, a pozostałych dwóch kompletnie zerwało z nim kontakt. Za to rodzice uwielbiają synusia, jest ukochanym dzieckiem matki, a ojciec mówi: "Fantastycznie, miałeś tyle kobiet, a będziesz miał jeszcze więcej! Całe tłumy ciągle chcą się z tobą kochać!". No właśnie - ile Rocco właściwie miał kobiet? Oto jego własna kalkulacja: "Trzeba 600 filmów pomnożyć przez trzy-cztery. Plus wszystkie foto sesje, podczas których miałem stosunki, a zrobiłem ich więcej niż filmów. Wydaje mi się, że miałem ok. 3000 kobiet. Nie liczę, oczywiście, dziewczyn poza planem". Ktoś go kiedyś zapytał, czy poza planem również kocha się z trzema dziewczynami na raz. "Nigdy" - opowiedział. "To zdecydowanie zbyt męczące".

W tej chwili grywa czasem w kinie ambitnym, tudzież usiłującym za takie uchodzić. Wystąpił w dwóch filmach Catherine Breillat - "Romans X" oraz "Anatomia piekła" czy też we włoskim thrillerze "Amore estremo". Taki kiepski art-house z aspiracjami. Jak wygląda przeniesienie umiejętności aktorskich z jednej branży do drugiej? "Zapytałem Catherine, jak mam zagrać. W moich filmach przecież nie ma zbyt wiele aktorstwa. Odparła: »Przecież kiedy występujesz w scenach seksu, też używasz duszy«. Dla mnie to ma sens - jeśli jest w tobie pasja do czegoś, wtedy to robisz najlepiej, jak potrafisz!". Howgh.


poniedziałek, 13 lipca 2015

niedziela, 12 lipca 2015

Czasem muszę dawać samej sobie z liścia



Michał Piasecki, dziennikarz i publicysta, interesują mnie kontrowersje 

- W życiu nie ma idealnych puzzli. Miałam wszystko i roztrwoniłam to. Teraz wracam - wyznaje Marika. W branży jest jednym z najbardziej gorących nazwisk. A kim jest na co dzień? Szczera rozmowa o własnych kompleksach, wierze, nieudanym małżeństwie, a także polskim show biznesie. Wszystko w tzw. "Strefie 18+", podczas festiwalu młodzieżowego Campo Bosco.


Co znaczy poszukująca?


Marika: Poszukuję drogi powrotnej. Bardziej niż poszukująca jestem więc „wracająca".


Skąd – dokąd?


Zazdroszczę tym, których przekonania, że Bóg kocha człowieka nic nie jest w stanie wzruszyć. Moje w pewnym momencie legło w gruzach. Przestałam w to wierzyć.


Czemu?


Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny. Jako dziewczynka jeździłam na oazy, pielgrzymki… W pewnym momencie obraziłam się na Boga. Pomyślałam, że z tymi systemami religijnymi i bogami jest tak, że sami budujemy sobie piekło i niebo na ziemi. Boga wymyślamy, gdy spotyka nas tragedia, np. śmierć kogoś bliskiego. W rzeczywistości Boga nie ma – wszystko jest tylko kwestią ludzkiej woli. Systemy religijne sprowadzają się do tego samego, a różnią się tylko otoczką kulturową. Uwierzyłam w to i zakwestionowałam wszystko, co mi przekazano w domu. Wyparłam moją dziecinną, oazową i pielgrzymkową wiarę.


Dlaczego?

Dlaczego?


Jako 25-latka wyszłam za mąż... Jestem rozwiedziona. Nie życzę tego nikomu. To najpoważniejsze doświadczenie życiowe, które wstrząsnęło moją wiarą. Przeszłam przez procedury w świetle prawa kanonicznego, które trwały cztery lata. Kościół nie uznaje rozwodów, ale w pewnych uzasadnionych przypadkach, które są wnikliwie badane, może zakwestionować w ogóle ważność sakramentu małżeństwa. Jestem przykładem takiej procedury. Dziś nie jestem żoną. Stoją za tym poważne przesłanki...


Za to obraziłaś się na Boga?


Nie jestem człowiekiem mocnej wiary. Miałam wszystko i roztrwoniłam to… (wyraźne wzruszenie). Bardzo często człowiek dorosły ma taką dziecięcą wiarę, że Matka Boska płaszczem zakryje i jest cud nad Wisłą, a wszystko jest takie magiczne. Potem przydarza się taka pustynia, jak mnie. Jeśli człowiek wraca, zyskuje wiarę zupełnie innego rodzaju. Trudną, ale chyba najważniejszą…


Jak ci idzie to „wracanie"?


Czasami się potykam. Ale nie ma co sobie wyrzucać, że człowiek wątpi. Nie ma sensu przed tym uciekać. Trzeba stawić czoła niepewności i wynikającym z niej lękom. Powiem więcej: uważam, że należy ze spokojem i radością pozwolić sobie na wątpienie – to jest ludzkie.


Marika w "Strefie 18+" Campo Bosco, fot. Campo Bosco Magazyn Marika w "Strefie 18+" Campo Bosco, fot. Campo Bosco Magazyn Przypnij na PinterestPodziel się

Jesteś niedowiarkiem?


Po długim kryzysie i załamaniu duchowym stwierdzam dziś, że bywam niedowiarkiem i muszę to zaakceptować. Siły i stabilności szukam w chwilach pewności i spokoju. Człowiek wątpi z natury ale nie powinien doprowadzać tych stanów do ekstremum. Jeśli pragniesz wiary – nie możesz się poddać tylko dlatego, że nie wszystko jest dla ciebie jasne. Dziś wiem, że wątpliwości wcale nie oznaczają, że wszystko w co wierzę jest jedynie moim wymysłem.


Był jakiś moment przełomowy od którego zaczęło się „wracanie"?


Ktoś wyciągnął mnie na rekolekcje z o. Adamem Szustakiem. Coś zaczęło się dziać… Był we mnie elementarny głód i cień nadziei, że jednak ktoś nade mną czuwa. Nietzsche powiedział, że jeżeli Boga nie ma, to moralność nie ma sensu i rzeczywiście miał rację. Dzięki Bogu, ktoś mnie przyciągnął za uszy na tę ścieżkę i padło na mnie znowu trochę światła. Ta tęsknota za niebem, które widziałam i widzę w oczach Jana - mojego ukochanego 94-letniego dziadka, sprawiły, że wracam. Jestem na początku tej drogi. Nie ma dnia, żebym sobie nie zadawała pytania: „Czy Ty jesteś?" I dzięki Bogu, jak do tej pory, cały czas odpowiadam sobie „Jesteś…" (wyraźne wzruszenie).


KOŚCIELNE FRAZESY


Jak słyszysz, że „Bóg kocha Marikę", to co czujesz?


Teraz? Ulgę. Spokój. Wydaję mi się, że to, co sprawiło, że zwątpiłam kiedyś w słuszność tego zdania to mózg, który wszystko chciałby obliczyć. Nawet rzeczy, które nie są przeliczalne z zasady. Wyparł więc i zanegował, by nie oszaleć to, czego nie rozumiał. Nie tylko zimna kalkulacja powinna nam porządkować świat. Jeśli posłucham głosu, który jest wewnątrz mnie, to w zdaniu „Bóg kocha Marikę" znajduję błogie ukojenie.


Zdarza Ci się zachodzić do kościoła?


Oczywiście. Czytam Pismo Święte ale nie potrafię znaleźć w nim sensów, które dostrzegają choćby bibliści, czytający je w oryginale, interpretujący fragmenty w ich kontekstach, np. historycznych. Chodzę do kościoła, by ktoś mądrzejszy naprowadził mnie na jakiś pomysł, jak zrozumieć Boże Słowo. Biblia często brzmi jak stara klechda czy zbiór legend z określonego kręgu kulturowego, jeśli czyta się ją bez tych kontekstów. A ja chcę zrozumieć więcej!


Uprawiasz tzw. churching?


Jak idę do kościoła to przyznaję, że jestem bardzo grymaśna i wymagająca jeżeli chodzi o głoszone słowo. Wiem czego szukam. Wybieram więc raczej msze dla dorosłych lub akademickie.


Dlaczego?


Mówi się w ich trakcie nieco innym językiem. Inaczej interpretuje się czytania, głębiej. Tego właśnie szukam. Na mszy przeznaczonej dla dzieciaków, młodzieży, dorosłych i seniorów, język jest uśredniony i pojawia się wiele okrągłych sformułowań, które mnie odrzucają. Jak słyszę, że tu „miłość bliźniego", tam „łaska zbawienia", a dalej znowu „boża opatrzność" to mnie skręca! Wiem, że to prawda ale dla mnie to są frazesy. Potrzebuję takiego prztyczka w nos i w mózg; żeby mi powiedziano interpretując jakąś biblijną przypowieść, coś, co odsłoni przede mną zupełnie nowe postrzeganie świata i własnego postępowania.


Więc chodzisz tam jak na jakieś seanse inspiracji?


Nie. Chodzę po to, by funkcjonować we wspólnocie. Po to samo ludzie chodzą na koncerty rockowe, jeżdżą na festiwale, przychodzą na stadiony i mecze. Chodzi o to, żeby pójść między ludzi, którzy dzielą te same rozterki, pragnienia, nadzieje i sposób myślenia. By poczuć się wśród nich bezpiecznie i silnie. Nie tylko ja mam wątpliwości, nie tylko ja tęsknie i chcę coś zrozumieć.


Łączy Was to samo spoiwo?


Tak. Coś ci powiem o modlitwie: Mój ukochany człowiek na tym świecie, czyli dziadek Jan wstąpił kiedyś do zakonu franciszkanów. Musiał jednak wrócić na wieś i zająć się rodziną, gdy zmarł jego tata. Do dziś Jan modli się w taki sposób, że chciałabym chociaż raz w życiu się tak pomodlić jak on. Ma super żoneczkę – nazywa się Bola, ma 93 lata i w przeciwieństwie do dziadka nie chciała iść do zakonu (śmiech). Jan jest osobą bardzo prostolinijną. Skończył raptem 7 klas podstawówki. Ale jest najgłębszą osobą, z jaką miałam do czynienie. W jego oczach widzę Niebo.


ZWIĄZEK IDEALNY NIE ISTNIEJE


Skoro znów jesteśmy przy małżeństwie, na jakim gruncie chcesz budować nowy związek, rodzinę?


(po dłuższym milczeniu) Na przyjaźni, szacunku, wyrozumiałości. I na poświęceniu. Wiesz, niesamowite jest jakich odkryć dokonuje człowiek po pewnym czasie. Przez 30 lat nosiłam w głowie coś, co włożono mi tam łopatą, gdy miałam lat pięć ale dopiero teraz to zrozumiałam. Dotarło do mnie, że nie ma czegoś takiego jak doskonały związek, i nie ma ludzi, którzy idealnie do siebie pasują. W życiu nie ma idealnych puzzli.


Marika na okładce "CBM", fot. Campo Bosco Magazyn Marika na okładce "CBM", fot. Campo Bosco Magazyn Przypnij na PinterestPodziel się

Jak to rozumiesz?


Gdy spojrzysz na drugą osobę, zadasz sobie pytanie „Czy ty to ty?" i odpowiesz „Tak, to ty", przyjmując jednocześnie do wiadomości, że będą takie sytuacje, gdy stracisz co do tego pewność, możesz się na to przygotować. Dzisiaj wiem, że mężczyzna, którego kocham to on i nikt inny. Wiem też, że będę mieć wątpliwości i będziemy mieć kłopoty. Nastąpi moment, gdy będę słaba i będę chciała wszystko zepsuć. Tym razem jestem jednak na to gotowa psychicznie. Nie ugnę się pod ciężarem, bo wiem, że ta noc przeminie, że to chwilowe; bo wiem, że „ty to ty". Rozumiesz? Dziś myślę, że tylko z taką świadomością można zaczynać związek.


Czyli, gdzie zostały popełnione błędy?


Do tej pory wychodziłam z założenia, że jak się ludzie kochają, to wszystko będzie dobrze. Nie przyjmowałam do wiadomości, że może być kiepsko. Nie byłam na to gotowa. Potem, gdy przychodzi czarna noc ludzie się poddają i tracą piękną relację. Niektórzy wyrzucają pralkę i kupują nową, bo nie chce im się jej reperować. Lub nie wiedzą jak. Dziś wiem, że moja pralka może się zepsuć ale jestem gotowa ją reperować, bo wiem, że warto! Na tej myśli tworzyć związek.


A co na to „pralka"?


(śmiech) Mam o tyle utrudnione zadanie, że chciałabym budować związek na wspólnym pniu, którym jest Bóg. Nie mam łatwej ścieżki, bo człowiek którego kocham nie uważa się za osobę wierzącą. Twierdzę wprawdzie, że nie do końca ma rację (śmiech). To nie jest proste ale wydaje mi się, że nie jest też niemożliwe.


Chcesz mieć dzieci?


Marzę o tym. Jestem klasycznym dzieckiem z wielodzietnej rodziny, które samo chce mieć wielodzietną rodzinę.


PUSTOSTAN, TARCIE CHRZANU I SHOW BIZNES


Spełniasz się jako jeden z trybików show biznesu?


Pracując w show biznesie, mam od czasu do czasu wrażenie, że to wszystko jest pozorne, tak bardzo na niby i na pokaz. Czuję się w tym dyskomfortowo, ale taką mam specyfikę pracy. Jedyne, co mogę zrobić, to dawać sobie co jakiś czas z liścia i otrzeźwiać się, by nie przyklejać się do tego mentalnie.


Do czego?


Wiesz, w tej branży co jakiś czas trzeba stanąć na ściance, ale nie możesz zapominać, że ścianka to nie jest twoja praca. Każdy może stanąć na ściance. Kompletnie nic z tego nie wynika. Jesteś obdarzony talentem, którym masz się dzielić i nie wolno ci go zakopywać. Twoja obecność w show biznesie ma sens, gdy jesteś w stanie zrobić coś, co będzie darem pożytecznym dla drugiego człowieka. Jeśli nie – idź trzyj chrzan!


Marika podczas Campo Bosco, fot. Campo Bosco Magazyn Marika podczas Campo Bosco, fot. Campo Bosco Magazyn Przypnij na PinterestPodziel się

W mediach to wygląda jakbyście wszyscy chrzan tarli...


Budując swój wizerunek, np. poprzez zdjęcia na Instagramie, uzyskuje się pusty efekt. Jak ktoś zobaczy jedynie moje zdjęcia, stwierdzi, że laska ciągle zmienia stroje, jest na różnych scenach, więc podróżuje, chodzi biegać i na basen, więc dba o zdrowie. Tyle. Pustostan! Wynika z tego, że jestem – za przeproszeniem – tępą dzidą. Świat, który składa się z tego, co widzi się na Facebooku czy Instagramie – jest światem płaskim i ubogim. Food porn, czyli zdjęcia żarcia, informacje o tym, że idę tu, czy robię tamto... To nie sprawia, że ktoś się czegokolwiek o mnie dowie. Trzeba usiąść, porozmawiać i zajrzeć sobie w głąb duszy, by rzeczywiście nawzajem się poznać.


Dostrzegasz zagrożenie w tak ekspansywnym rozwoju nowych mediów?


Największym zagrożeniem dla człowieka nie są portale społecznościowe, ale jego własny mózg. Sama często potrzebuję totalnego detoksu od internetu, komputera i komórki. To są tylko narzędzia, ale czasem nas przytłaczają. Są jak smycz. Jeśli myślisz nad czymś twórczo, musisz się w pewnym stopniu wyabstrahować z rzeczywistości, skupić się. Tymczasem media sprawiają, że cały czas jesteśmy w zupie, gdzie bez przerwy coś do ciebie przypływa – a to ziemniak, a to marchewka – i rozprasza.


ZA MAŁE CYCKI, ZA DUŻY NOS


Czego brakuje młodemu człowiekowi, by był szczęśliwy? Co mu przeszkadza?


Strasznie trudne pytanie. W ogóle ten wywiad nie jest łatwy. Zadajesz trudne pytania.


Tylko takie mają sens…


To prawda…


A więc?


Chyba jestem słabym socjologiem. Powiem ci co mi przeszkadza być szczęśliwą. Ciągłe porównywanie się z innymi sprawia, że nie potrafię dostrzec tego co mam w sobie wyjątkowego. Zżera i truje nas zazdrość. Z drugiej strony jest „ambicja – twoja szalona religia", jak śpiewa Muniek. Ona sprawia, że chcemy być i mieć więcej niż jesteśmy w stanie. To, że nie jesteśmy dość mądrzy, piękni czy bogaci wprawia nas w frustrację.


To samo chyba dotyka nastolatków…


Wydaje mi się, że im w szczęściu przeszkadza popularna dziś postawa roszczeniowa. Nie tyle buntują się przeciwko zasadom rodziców, co uważają, że wszystko im się należy. I ten strach przed wychyleniem się wśród rówieśników. To się przeradza w kult unifikacji zachowań. Wszyscy chodzą w takich samych ciuchach, na Facebooku i Instagramie robią selfie z zestawem trzech identycznych min i powielają schematy ogólnie uznane za „cool". Najbardziej w szczęściu przeszkadza jednak poczucie, że jestem nic nie wart. Młodzi ludzie zachowują się często małostkowo i okrutnie, kiedy mają fatalne zdanie o sobie samych. Gdy ktoś w środku sobą gardzi, to gardzi też innymi na zewnątrz. By być szczęśliwym, trzeba spojrzeć na siebie w pełni prawdziwego – dostrzec nie tylko wady ale też tą iskrę bożą, którą mam. Jak ktoś tego nie widzi albo w to nie wierzy, epatuje nieszczęściem na całe otoczenie ale przede wszystkim na wszystko co robi.


Kompleksy. Gwiazda Marika ma kompleksy?


Powiem szczerze: to, że jestem rozpoznawalna jest dla mnie bardzo zaskakujące. Mam 165 cm wzrostu, trochę krzywe nogi, dużą głowę, duży nos… Nie jestem modelową postacią, jestem raczej dziwna. Weźmy ten nos. Przez długi czas miałam przez niego kompleksy. Nie mogłam znieść tego, że mam na twarzy taki kartofel. Z czasem jednak to właśnie mój nos nauczył mnie, że trzeba umieć akceptować w sobie rzeczy, na które nie ma się wpływu. Nawet z takiego nosa, którego w sobie nie lubisz, może wyniknąć dobro, on może stać się twoim atutem, jeżeli zrozumiesz, że właśnie takie niedoskonałości czynią cię wyjątkowym.


Maleo i Marika w Strefie 18 + podczas Campo Bosco, fot. Campo Bosco Magazyn Maleo i Marika w Strefie 18 + podczas Campo Bosco, fot. Campo Bosco Magazyn Przypnij na PinterestPodziel się

Wytłumacz to 15-latce dla której to dramat porównywalny z Hiroszimą!


W filmie „Druga Ziemia" jeden z bohaterów opowiada historię astronauty, który zamknięty w kapsule cały czas słyszał takie cichutkie, monotonne „pikania". W pewnym momencie ten dźwięk doprowadził go na skraj szaleństwa. Wtedy zrozumiał, że musi go pokochać, by nie zwariować. Gdy to zrobił, tortura się skończyła. W zasadzie przestał słyszeć ten dźwięk. Podobnie było z moim nosem (śmiech).


Nieźle...


Często sami stwarzamy sobie problemy, które potem interpretujemy jako najgorsze na świecie. Dziewczyny często tak mają. „Mam za małe cycki, za duży nos, nie umiem śpiewać albo mam kijowy akcent po angielsku". Rzecz, na którą nikt nie zwróciłby uwagi lub która wręcz dodaje uroku, jesteśmy w stanie rozdmuchać do rangi problemu, który złamie nam życie. Tymczasem to my nadajemy sens i znaczenie rzeczom. Jesteśmy w stanie odwrócić wektor! Nos, który mi się nie podoba, może stać się moim atutem!


Wiesz co, nie zgodzę się, że jesteś słabym socjologiem…


(śmiech) Dzięki.

sobota, 11 lipca 2015

OLGA BOŁĄDŹ: DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA

OLGA BOŁĄDŹ: DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA

Wtorek, 7 lipca

​Tak jak hollywoodzkieaktorkidla dobrej roli zrobi wszystko. Ale wielkie emocje Olga Bołądź chce przeżywać tylko na planie filmowym, na co dzień potrzebuje spokoju, a nawet nudy. "Dorosłam", mówi. A trudne życiowe sprawy układa tak samo starannie jak ubrania w szafie.



Spotykamy się kilka dni po wyborach prezydenckich. Niektórzy twoi koledzy aktorzy bardzo mocno zaangażowali się w kampanię wyborczą.

Olga Bołądź: -Nie mnie oceniać innych, ale to nie jest moja bajka. Dostawałam różne sugestie, że powinnam się określić. Nie zrobiłam tego, nigdy nikomu nie powiem, co powinien robić, nie mam takiej potrzeby ani też nie czuję się do tego upoważniona. Prywatnie oczywiście możemy sobie podyskutować na ten temat, ale jako aktorka chcę być transparentna. Jednak wciąż wiele filmów wywołuje ogromne emocje i jest głosem w sprawie. Choćby "Pokłosie" Pasikowskiego czy nagrodzona Oscarem "Ida" Pawlikowskiego albo filmy Smarzowskiego.

Ty ostatnio zagrałaś w kontrowersyjnych "Służbach specjalnych" Patryka Vegi.

-"Służby specjalne" to po prostu political fiction. Jeśli nawet przyjmiemy, że były głosem w sprawie, to reżyser opowiada historię, a ja jestem tylko niewielką częścią całego przedsięwzięcia. Mój osobisty pogląd na dany temat może się całkowicie różnić od poglądu granej przeze mnie postaci. Mogę grać komunistkę, morderczynię, osobę amoralną.

To czym się kierujesz, przyjmując propozycję zagrania w konkretnym filmie? Patrząc na twoje artystycznewybory, myślałam, że ważne jest dla ciebie, o czymfilmopowiada.

-Ważne, ale nie najważniejsze. Wydaje mi się, że zamykałabym sobie drogę, gdyby to było podstawowe kryterium. Przede wszystkim pociągają mnie role, a nie tematyka. Lubię brać udział w różnych, czasem ryzykownych, projektach.

Zagrałabyś w filmie o Smoleńsku?

-Ja już wystąpiłam w filmie o Smoleńsku! To był offowy film "Prosto z nieba" w reżyserii Piotra Matwiejczyka, w którym wzięło udział sporo fajnych aktorów. Grałam tłumaczkę, która po kłótni z mężem jedzie na lotnisko. W tym czasie do jej męża (w tej roli Marcin Bosak - red.) przychodzi kochanka i kiedy on uprawia z nią seks, słyszy w radiu, że samolot, do którego wsiadła żona, miał wypadek. Ten film był kompletnie apolityczny. Opowiadał o tragedii wszystkich, którzy stracili tego dnia kogoś bliskiego.

Miałam na myśli film, który kręci Antoni Krauze. Wielu aktorów, na przykład Marian Opania, nie chciało w nim grać.

-Nie stałam przed takim wyborem, uważam jednak, że nie należy demonizować tematu, przecież to będzie film fabularny, mam taką nadzieję, a nie dokumentalny, a Krauze jest cenionym reżyserem. Ale nie znam scenariusza, mogę tylko zgadywać. Myślę, że aktorzy, którzy odrzucili propozycję, mieli obawy, że powstanie film propagandowy. Sama nigdy nie zgodziłabym się, żeby ktoś wykorzystał moją osobę do załatwienia jakichś interesów. Nie chcę być marionetką.

Masz 31 lat i w dorobku dwadzieścia kilka ról.

-Muszę uwierzyć ci na słowo, sama nigdy ich nie liczyłam. No to chyba fajnie, nie? Nie boję się wyzwań, ale mam też swój rozum. Jeśli widzę, że coś jest dla mnie nierozwojowe, to nie biorę w tym udziału.

Kiedy przygotowywałaś się do "Służb specjalnych", intensywnie trenowałaś, bardzo schudłaś, ogoliłaś głowę. To było tak wyjątkowe poświęcenie się dla roli w polskim kinie, że potem w każdym wywiadzie byłaś z tego odpytywana. Wielu aktorów tłumaczy, że nie może sobie pozwolić na radykalne zmiany wizerunku, bo żeby się utrzymać, muszą grać w kilku produkcjach równocześnie.

-To jest kwestia wyboru. Wiadomo, że mamy bardzo trudny rynek zawodowo, ale jeśli sama nie postawię sobie wysoko poprzeczki, to mogę nigdy nie osiągnąć satysfakcji ze swojej pracy. Minęło półtora roku od tego filmu, a ja wciąż muszę doczepiać włosy, czasem zakładać do filmu peruki. Ale takie "poświęcenie" naprawdę da się znieść. Jestem bardzo wdzięczna losowi, konkretnie Patrykowi, za tę rolę (śmiech).

Co ci dała?

- Propozycja pojawiła się dziewięć miesięcy po urodzeniu mojego syna. Siedziałam wtedy w domu, trochę rozleniwiona, i takie wyzwanie zmusiło mnie do intensywnej pracy. Musiałam zacząć ćwiczyć, chodziłam do siłowni. Ale nie tylko o to chodzi. Ja naprawdę poświęciłam dużo czasu, żeby swoją bohaterkę zrozumieć, nauczyć się jej. Wymagało to ode mnie dyscypliny, koncentracji. To nie jest tak, że wchodzi się na plan i wszystko samo się dzieje. Wiadomo, że nikt mi za te przygotowania dodatkowo nie zapłaci - taki kraj. Trudno, wybrałam taki zawód, chcę szlifować warsztat, rozwijać się. Liczę się też z tym, że może mi nie wyjść.

Co jest dla ciebie pociągającego w aktorstwie?

- Niewiadoma i ryzyko. Aktor musi być "głodny", bo jak nie jest ani "głodny", ani ciekawy, to trudno, żeby powstało coś wartościowego. Ten zawód to takie stałe kopanie się w d...ę, żeby się chciało. Gdy na planie spotykam aktorów, którym też się chce, to dostaję skrzydeł. Myślę też, że sama potrafię motywować innych, przynajmniej mam taką nadzieję. Aktorstwo w jakimś sensie dopełnia mnie jako człowieka. To jest takie trywialne, ale dzięki graniu mogę być kimś innym.

Aktorstwo jest rodzajem życia równoległego?

- Aż tak zdolna nie jestem (śmiech). Chodzi o to, że ja nie mam jakichś ekstremalnych hobby, nie skaczę ze spadochronem, na co dzień nie biegam z pistoletem. Uważam, że prywatnie nie jestem ciekawa, ja tylko mam ciekawy zawód. I to mi wystarcza. Na co dzień chcę być sobą. Trochę nudną, zwyczajną, spokojną dziewczyną.

Wydaje mi się, że twoje życie prywatne nie jest takie spokojne.

- Moje życie jest bardzo spokojne, tylko piszą, że jest inaczej. Coraz mniej mnie to obchodzi. Nie będę komentowała doniesień na swój temat.

Uodporniłaś się na to?

- Nie udzielę odpowiedzi na to pytanie, bo nie będę nikomu dawać satysfakcji.

Żałowałaś kiedyś, że wybrałaś ten zawód?

- Nie wybrałabym go drugi raz.

Dlaczego?

- Bo życie jest za ciekawe, żeby coś powtarzać. W drugim życiu chciałabym być w Lekarzach bez Granic. Jeśli kiedykolwiek mój syn zapyta mnie, kim ma zostać, odpowiem mu, że sam musi zdecydować, nie mogę tego zrobić za niego. Ale aktorstwa nie będę polecać, to strasznie ciężki kawałek chleba. Okrutny zawód, bardzo niesprawiedliwy, nie wiadomo, kiedy zostanie się docenionym, czy w ogóle to się stanie. Albo się mieścisz w wizji reżysera, albo się nie mieścisz, i to jego prawo. Albo cię kamera kocha, albo nie. No, ale jak siędzieckouprze, to z głowy mu tego nie będę wybijać, bo jeszcze bardziej będzie chciało.

Tobie ktoś próbował wybić aktorstwo z głowy?

- W mojej rodzinie nie było aktorów ani artystów. Rodzice mieli praktyczne zawody, moja starsza siostra Magda została radcą prawnym. Chodziłam do dobrego liceum, ale nie skupiałam się na nauce, więc rodzicom przede wszystkim zależało, żebym zdała maturę. Moja mama ma bardzo silny charakter i swoje zdanie na każdy temat, ja też, więc ciągle dochodziło między nami do spięć. Ona nie zawsze rozumiała moje wybory, ale mimo to zawsze mogłam liczyć na jej wsparcie, także finansowe. Dzięki temu spokojnie studiowałam w Krakowie, spędziłam sześć miesięcy na stypendium w Barcelonie.

Jakie macie relacje?

- Mama od lat mieszka we Włoszech, opiekuje się starszymi, chorymi ludźmi. Dla mnie to normalne, że nie mam jej na co dzień. Rozmawiamy głównie przez telefon i Skype'a. Ona ciągle myśli, że wie, co jest dla mnie dobre. Chyba cały czas ma wrażenie, że jestem małą dziewczynką.

Takie są mamy.

- No właśnie. Pamiętam, że kiedy pojawił się Bruno, powiedziała: "Wreszcie przekonasz się, jak to jest". I się przekonuję. Coraz trudniej jest się na nią wkurzać, zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno jest wychować dziecko na niezależnego człowieka, który nie boi się iść własną drogą. A mojej mamie to się przecież udało (śmiech).

- Nie widzę potrzeby opowiadania o swoim życiu prywatnym. Mam wspaniałego syna i wspaniałego faceta. To tyle - mówi Olga Bołądź /Aldona Kaczmarczyk /Pani
- Nie widzę potrzeby opowiadania o swoim życiu prywatnym. Mam wspaniałego syna i wspaniałego faceta. To tyle - mówi Olga Bołądź
/Aldona Kaczmarczyk /Pani

Jak wychowujesz swojego syna?

- Na razie ma dwa i pół roku, więc to jest przede wszystkim opieka: "Bruno, nie wchodź na okno", "Bruno, nie rób tego", "Bruno, kocham cię, ale nie możesz kierować autem" (śmiech). Mój syn uwielbia samochody. Staram się mu wszystko tłumaczyć, oczywiście na jego poziomie.

Sporo pracujesz. Nie masz wyrzutów sumienia, że spędzasz z synem za mało czasu?

- Kiedy jestem na planie, to całkowicie skupiam się na roli, ale jak wracam do domu, to jestem zwyczajną mamą. Gdy nie kręcę filmu, mam dużo więcej czasu niż przeciętny rodzic. Czasem wychodzę na trzy godzinki do teatru zagrać spektakl. Moim zdaniem macierzyństwo nie polega na tym, żeby zrezygnować z siebie i "wkleić się" w dziecko. Czasem, gdy wychodzę z domu, Bruno mówi: "Nie musisz iść do pracy", i serce mi się kraje, ale odpowiadam: "Synku, ja chcę iść do pracy. Kocham cię i niedługo wrócę".

Ma nianię?

- Ma fantastyczną nianię, ale ma też świetnego ojca, który się nim zajmuje. Nie jesteśmy razem, ale wspólnie wychowujemy naszego syna. To wymagało od nas obojga dużej dojrzałości. Mojedzieckojest moim największym skarbem i ten skarb jest nie tylko mój. To jest nasza podwójna radość. Mamy dobrą relację i wspólny plan wychowawczy. Uważam to za swój ogromny sukces, że tak to poukładaliśmy. To nie odbyło się bez wysiłku, trzeba było schować swoje ego.

Nie wszyscy to potrafią.

- Sprawię sobie komplement i powiem, że stałam się dojrzałą osobą. Kobieta w takiej sytuacji musi na siebie spojrzeć z dystansem. Bo nie chodzi o mnie, tylko o dziecko.

Jaki jest twój synek?

- Wszyscy go uwielbiają. Jest bardzo śmiałym, rezolutnym i radosnym chłopcem. Nigdy nie przeżył żadnej ekstremalnej sytuacji. Cieszy mnie to.

Zmieniłaś się, odkąd pojawił się na świecie?

- Musiałam wydorośleć.Ciążato stan takiej przymusowej psychoterapii, podczas której poznajesz siebie. Nigdy wcześniej nie myślałam tyle o sobie, swoim życiu, wyborach.

Ciąża zdarzyła się w dobrym momencie twojego życia?

- Na początku wydawało mi się, że nie jestem gotowa na zmiany. Szczerze? W pierwszej chwili się przeraziłam. Chyba każda kobieta, także ta, która bardzo pragnie zajść w ciążę, nagle zderza się z czymś kompletnie nowym. Przez całe życie byłam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, wolnym duchem, mogłam robić, co chciałam, i prawie z dnia na dzień to się skończyło. Tak jakby ten malec we mnie zaciągnął jakiś hamulec, pojawiły się inne priorytety, zaczęłam wić gniazdo. Odkąd jest Bruno, wszystko układam pod niego. To on teraz wyznacza mi, co jest właściwe, a co nie. I już zawsze tak będzie.

Jesteś lepszą aktorką, odkąd zostałaś mamą?

- Nie wiem, czy lepszą aktorką, na pewno wiek i doświadczenie wpływają na jakość mojego aktorstwa, dodają mi pewności siebie. Z drugiej strony, w swoim zawodzie ciągle czuję się jak gówniarz, przed każdą nową rolą ogromnie się stresuję, że sobie nie poradzę, że źle zagram. Za każdym razem się spinam i pierwsze sceny w filmie to dla mnie katorga, czy dobrze gram.

Brunona urodziłaś w swoim rodzinnym mieście, Toruniu.

- Chciałam, żeby mojedzieckomiało krzyżaka w akcie urodzenia, i ma.

CYTAT

"

A tak poważnie?

- Ale to było poważnie. Toruń jest dla mnie ważny. Tam jest mój dom rodzinny, w którym teraz mieszka moja siostra. Wszyscy się tam spotykamy - tata, który mieszka w pobliżu, i mama, która mieszka daleko. Tak wyszło, ale moja rodzina nie jest podzielona, wspieramy się. Kiedy moi bliscy są koło mnie, czuję się bezpiecznie. Pojechałam do Torunia miesiąc przed terminem, zaszyłam się tam, odcięłam. Urodziłam Bruna w szpitalu, w którym sama przyszłam na świat, opiekował się mną ginekolog, którego w Toruniu znają wszyscy - doktor Paluszyński. Jeśli będę miała kolejne dziecko, a wierzę, że tak się stanie, to ono też przyjdzie na świat w tym miejscu z pomocą tych samych ludzi i świetnych położnych.

Chciałabyś mieć drugie dziecko?

- Na razie nie planuję! Kocham dzieci, kocham być mamą, chociaż moim zdaniem za mało pisze się o tym, że macierzyństwo bywa też ciężkie, początki są trudne. Byłam kompletnie wycieńczona, bo Bruno potrafił się budzić dwadzieścia razy w ciągu nocy. Teraz jest w takim fajnym okresie, staram się tym nacieszyć na tyle, na ile się da, odpocząć i zebrać siły przed ewentualnym kolejnym potomstwem. Wtedy, gdy będę mieć spokój i pewność, że mnie zwyczajnie stać na to, żeby przez jakiś czas nie pracować, że będzie do czego wracać. Krążą legendy na temat zarobków aktorów, i niech krążą, ale to nie wygląda tak różowo. Jestem wolnym strzelcem, nie czeka na mnie roczny urlop macierzyński z comiesięczną pensją. Ale to jest mój wybór. Jeśli więc wszystko dobrze się ułoży, to kiedyś dlaczego nie? Między mną a moją siostrą jest pięć lat różnicy i uważam, że tak jest idealnie. Na początku bywało różnie, najpierw ona lała mnie, potem ja ją, ale w pewnym momencie ta różnica traci znaczenie i teraz Magda jest moją najlepszą przyjaciółką.

Kobieta z dzieckiem to wyzwanie dla mężczyzny.

- Wydaje mi się, że akurat w tej kwestii inteligencja emocjonalna albo instynkt pomogły mi dokonywać wyborów i nigdy mnie nie zawiodły. W takich sytuacjach zawierzam sobie. Wiadomo, że nigdy nie zrobiłabym krzywdy mojemu dziecku, bo jego dobro jest najważniejsze. Uważam, że Pan Bóg nade mną czuwa i sam dobrze zdecydował za mnie, co się kiedy powinno wydarzyć. Moje życie jest teraz bardzo poukładane.

To znaczy?

- Wiem, w którym momencie jestem, dlaczego z tym, a nie innym mężczyzną, i jest mi zwyczajnie dobrze. Nie chcę być osobą, którą wszyscy kojarzą z ekscytującym życiem prywatnym, ale nie wiedzą, w czym zagrała. Mam wspaniałego syna i wspaniałego faceta. Tyle na ten temat.

Często grasz silne, zdecydowane bohaterki. Prywatnie też taka jesteś?

- Zawsze, gdy ktoś mnie widzi po raz pierwszy, dziwi się: "Jaka ty jesteś drobna" (śmiech). Wydaje mi się, że jestem odważna, mam chęć do życia i na nowe wrażenia. To mnie pcha do przodu. Ta siła to rodzaj pancerza, który ma uchronić moją kruchość. Bo jestem bardzo delikatnej struktury.

Łatwo cię zranić?

- Bardzo łatwo. Kto mnie zna, wie o tym doskonale. A to, jakie robię wrażenie na ekranie, to zupełnie inna sprawa. Ale czy prywatnie jestem silna? Chyba nie. Potrafię jednak o siebie zadbać. Jestem typem Zosi samosi, zawsze byłam dość samodzielna.

Wyobrażasz sobie swoje życie bez mężczyzny?

- Pewnie bym sobie poradziła, ale nie chciałabym tego. Życie to podróż i ja wolę ją odbywać w dwójkę plus, to znaczy z partnerem i dziećmi. Zależy mi, żeby wszyscy, którzy ze mną żyją, byli szczęśliwi. Potrzebuję harmonii.

W takim razie czy potrafisz się kłócić?

- Mam łatwość wywoływania w sobie emocji, potrafię się zapalić w ciągu dwóch sekund, obrażam się, wściekam, tracę energię na rzeczy, które nie są tego warte. Ale umiem też przyznać się do błędów, przeprosić. Wymagam kompletnej uczciwości, nie znoszę machlojek, matactw. Nie tylko prywatnie, ale i zawodowo. Bardzo poważnie podchodzę do swojej pracy, muszę się przygotować, niczego nie zagram na pół gwizdka. Jestem perfekcjonistką. U mnie wszystkie ubrania są poukładane kolorystycznie, na półkach musi być porządek.

Perfekcyjna pani domu.

- Nie znoszę tego programu, zresztą test białej rękawiczki stał się kultowy, trochę z niego drwimy w spektaklu "Dobry wieczór Państwu", w którym gram razem z Krzysztofem Materną. Ale kiedy przyjaciółki chcą pożyczyć ode mnie ciuchy i otwierają moją szafę, wiedzą, że nie mogą zostawić mi bałaganu. Lubię, żeby przestrzeń wokół mnie była uporządkowana. Relaksuję się, sprzątając. Może wyniosłam to z domu?

Gotujesz?

- Słabo. Na szczęście nie muszę, bo ktoś inny gotuje znacznie lepiej. Ale jeśli chodzi o porządek, to naprawdę potrafię się czepiać. To, co się we mnie zmieniło w ostatnich latach i z czego się bardzo cieszę, to to, że przestałam przywiązywać się do rzeczy materialnych. Kompletnie nie ekscytuje mnie już kupowanie ciuchów, a kiedyś to uwielbiałam. Teraz myślę sobie o dzieciach w Chinach czy na Filipinach, które je szyją, i momentalnie odechciewa mi się zakupów. Staram się żyć świadomie, zakręcam dobrze kran, oszczędzam energię, segreguję śmieci. Mam nadzieję, że zostawię po sobie czyste miejsce, że nie nabałaganię. Gdy widzę zaśmieconą plażę, to naprawdę się przejmuję. Może to są natręctwa, ale mnie to przeszkadza. 

Co jest jeszcze ważne dla ciebie?

- Chciałabym, żeby w moim życiu działo się dużo dobrego i żebym mogła to dobro przekazywać dalej. Jestem wierząca. Uważam, że wiara jest bardzo ważna, tak samo jak wierność swoim przekonaniom, bycie fair wobec siebie i innych. Lubię ludzi: przyjaciół, kolegów, sąsiadów. Mieszkam na Mokotowie w niewielkim budynku, gdzie ludzie ze sobą rozmawiają, lubią się.

Teraz modne jest bycie lokalnym patriotą.

- Nie lubię być trendy (śmiech). To jest dla mnie niewygodne. Ale chcę wiedzieć, co słychać u mojego sąsiada, który jest w podeszłym wieku i samotny. Z sąsiadkami gadam o dzieciach i lekarzach. A od kiedy zalałam mieszkanie piętro niżej, zyskałam najbliższą przyjaciółkę (śmiech).

Jesteś optymistką?

- Nie, ale dużo marzę. Jestem w tym naprawdę dobra.

O czym marzysz?

- Prywatnie - żeby było tak, jak jest, czyli spokojnie. A zawodowo - wręcz przeciwnie, żeby jak najwięcej się działo, z przytupem. Nie wiem, jak się potoczy moja kariera, ale mam nadzieję, że będę grać. A jeśli nie, to zmienię zawód. Nie chcę się do nikogo porównywać czy upodabniać. Chciałabym w aktorstwie tworzyć nową, swoją jakość. Lubię być w takim stanie przeobrażania się do roli. Teraz na przykład chodzę w bardzo wysokich szpilkach, bo taka jest moja nowa bohaterka, a ja nie przepadam za obcasami. To będzie komedia, później wchodzę w następny film, też z nutą komediową. Przyznaję, że wolę "ciężkie" kino, więc się martwię, czy się sprawdzę. Krzysiu Materna, którego nazywam swoim przyjacielem, ale i mentorem, nauczył mnie, że żeby było zabawnie, trzeba grać skromnie, bez "ściągania na siebie kołderki". Trzeba pamiętać, że ktoś musi rzucić skórkę od banana, żeby ktoś mógł się na niej przejechać, że trzeba pracować na partnera. Aktorstwo to gra zespołowa.

Potrafisz się "odkleić" od roli, kiedy kończą się zdjęcia?

- Dużo się warsztatowo nauczyłam, zwłaszcza przy roli Agaty Mróz (wybitna siatkarka, która zmarła po przeszczepie szpiku, kilka tygodni przed śmiercią urodziła córeczkę, jej historia została przedstawiona w filmie "Nad życie" w reż. Anny Pluteckiej-Mesjasz - red.). Umiem się już zresetować w domu, żeby następnego dnia móc znów wejść na plan.

Jak to robisz?

- Normalnie, zmywam makijaż, zdejmuję buty i żyję własnym życiem.

Iza Komendołowicz

PANI 7/2015


Artykuł pochodzi z kategorii:Wywiady

Tekst pochodzi z magazynu

Pani