niedziela, 12 kwietnia 2015

Bielan z Torańską: Wywiad nieautoryzowany (IV 2012)


z Adamem Bielanem rozmawiała Teresa Torańska

02-04-2012 , ostatnia aktualizacja 10-04-2015 14:02

Lech Kaczyński, fot. PAP

Z Leszkiem nie rozmawiało się o twardej polityce. Od niej był Jarosław. Z Leszkiem się gawędziło. Najczęściej o życiu.

TERESA TORAŃSKA: Jaki był?

ADAM BIELAN: 
Łatwo się denerwował.

TERESA TORAŃSKA: I wybuchał?

ADAM BIELAN:– Był cholerykiem. Na początku zdarzył mi się z nim nieprzyjemny incydent. W 2001 r. robiliśmy w Sejmie konferencję o ochronie zwierząt i któryś z dziennikarzy podsunął mi pomysł: namów Lecha Kaczyńskiego, żeby przyszedł do Sejmu ze swoim kotem.

TERESA TORAŃSKA: Super.

ADAM BIELAN:– Też mi się wydawało, że to może być fajne, w konwencji żartu. Poszedłem do Leszka. Spojrzał groźnie i spytał, czy żartuję. Powiedziałem, że nie, proszę pana. Więc spytał, czy sobie wyobrażam, jaki to będzie stres dla kota? Powiedziałem, że nie, bo nie mam kota. Przeprosiłem i wycofałem się szybko z jego gabinetu. Jeszcze nie byliśmy wtedy po imieniu.

>>>Obowiązkowe oszczędzanie to za mało. Jak nie głodować na emeryturze?

TERESA TORAŃSKA: A kiedy?

ADAM BIELAN:– W 2005 roku, gdy Leszek został prezydentem Polski. Razem z Michałem Kamińskim prowadziliśmy jego kampanię. Po wyborach Leszek zaprosił nas do pałacu. Był wieczór, więc wino i poczęstunek. Siedzieliśmy we trójkę w jego gabinecie i rozmawialiśmy o kampanii i nowym rządzie Marcinkiewicza. Po dwóch godzinach Lech zaproponował, żebyśmy mówili sobie po imieniu. Bardzo mnie to wzruszyło.

Nie chcę, żeby pani odniosła wrażenie, iż jestem płaczliwy. To nieprawda, bardzo rzadko płaczę, ale wtedy się rozpłakałem. Dla nas z Michałem Lech stał się od tego momentu kimś więcej niż szefem.



































































TERESA TORAŃSKA: Z Jarosławem też byliście na ty?


ADAM BIELAN:– Nie, tylko z Lechem. Jarosław nigdy nam tego nie zaproponował. Ma podobno zasadę, że przechodzi na ty z ludźmi, którzy skończą 40 lat.

TERESA TORAŃSKA: Miał pan 29.

ADAM BIELAN:– Regularnie zacząłem bywać w pałacu prezydenckim. Bracia często wykorzystywali mnie i Michała do załatwiania spraw, których nie omawia się przez telefon.

Zapewniam panią, że bracia chcieli koalicji z Platformą, naprawdę chcieli. I prezes, bo to on decydował, w rozgrywce z Platformą o powstanie PO-PiS większych błędów nie popełnił. Zachowywał się racjonalnie. Starał się rozegrać Platformę od wewnątrz. Postawił na Rokitę przeciwko Schetynie. Gdyby zagrał wtedy na Schetynę, koalicja może by powstała. Schetyna był dużo silniejszy, a Rokita słabszy, niż myśleliśmy.

TERESA TORAŃSKA: Prezydent lubił Rokitę?

ADAM BIELAN:– Bardzo lubił Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego. Do Tuska miał wręcz słabość. Polubił też Schetynę, Drzewieckiego. Przez całą SLD-owską kadencję często się spotykali. Lech te ich spotkania uwielbiał. A z Rokitą był ten problem, że on dla Leszka był zbyt rzeczowy. Bo gdy do niego chodziło się na godzinę lub dwie, to w 5-10 minut załatwiał sprawy urzędowe czy państwowe, a resztę wypełniał opowiadaniem anegdot. Tusk to lubił, Bielecki lubił, a Rokita nie. Z tych samych prawdopodobnie powodów Lech nie znosił Sikorskiego. Sikorski kompletnie mu nie pasował.

TERESA TORAŃSKA: Bo „przystojniaczek"? Jak Paweł Poncyljusz, Stanisław Komorowski?

ADAM BIELAN:– No, zgoda, tak mówił. Ale dużo gorzej wypowiadał się o Ziobrze.

TERESA TORAŃSKA: To po co go trzymał?

ADAM BIELAN:– Był użyteczny.

TERESA TORAŃSKA: Przez kogo więc nie powstał PO-PiS?

ADAM BIELAN:– Przez Tuska! Wie pani, co zrobił? My wygraliśmy wybory parlamentarne, potem prezydenckie, a on za wejście do koalicji zażądał od nas połowy ministerstw. To było po prostu absurdalne! Powołaliśmy więc rząd mniejszościowy. Poszedłem wtedy z Michałem Kamińskim do Jarosława i powiedziałem: „Trzeba skrócić kadencję Sejmu i zarządzić nowe wybory". Taka możliwość istniała. Leszek w ramach konstytucyjnych uprawnień mógł nie podpisać budżetu, rozwiązać Sejm i wyznaczyć termin nowych wyborów w ciągu 45 dni. Sondaże wskazywały, że kolejne wybory wygralibyśmy z lepszym wynikiem niż poprzednie. Jarosław przyznał nam rację i zlecił przygotowanie kampanii. Przyszedł do niego wówczas Andrzej Urbański, szef Kancelarii Prezydenta, i zapytał: „Jarek, czy wiesz, kto wygra te wybory?". „No, PiS" – odpowiedział prezes. „Nie – rzekł Urbański – wybory wygra premier Marcinkiewicz, nie ty".

TERESA TORAŃSKA: Marcinkiewicz był pupilem tabloidów.

ADAM BIELAN:– I prezes się przestraszył.

TERESA TORAŃSKA: A prezydent?

ADAM BIELAN:– Zawsze podejrzliwie patrzył na związki Kazika z biznesem. I też nie darzył sympatią.

TERESA TORAŃSKA: To dlaczego bracia zrobili Marcinkiewicza premierem?

ADAM BIELAN:– Dwa miesiące wcześniej Kazik wydawał się najlepszym rozwiązaniem. Jarosław wymyślił pakt stabilizacyjny z LPR i Samoobroną. Giertych klęczał podobno przed Jarosławem i przekonywał go, że będzie lojalny.

Po weekendzie Jarosław zwołał komitet polityczny PiS. My z Michałem Kamińskim byliśmy głównymi oponentami wchodzenia w pakt stabilizacyjny. Skończy się koalicją – mówiliśmy – a w koalicji co chwila będą wybuchać kryzysy i poparcie dla PiS zacznie spadać. Doszło do spięcia. Zarządzono głosowanie, jedno z niewielu, jakie z PiS pamiętam. Z pytaniem: czy rozwiązać parlament. Przegraliśmy je z Michałem 9 do 7. I Jarosław, który uważa się za genialnego polityka i stratega, zrezygnował – o dziwo! – z rozwiązania Sejmu i podpisał pakt stabilizacyjny z Giertychem i Lepperem.

TERESA TORAŃSKA: W świetle kamer jednej tylko telewizji – Trwam ojca Rydzyka.

ADAM BIELAN:– Ten pakt był kardynalnym błędem. Jarosław przyznał się do niego potem publicznie. Stwierdził nawet, że był największym politycznym błędem, jaki kiedykolwiek popełnił. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego. Na co liczył?

TERESA TORAŃSKA: Że ich przechytrzy.

ADAM BIELAN:– Dwa tygodnie później poprosił nas na rozmowę i zapytał, co robić. Giertych publicznie jeszcze się nie wypowiadał, ale na spotkaniach wewnętrznych śmiał mu się w twarz. Trzeba – rzekł Jarosław – rozwiązać parlament. Za późno – powiedzieliśmy – nie można już przez prezydenta, bo minęły konstytucyjne możliwości, możemy jedynie złożyć wniosek o samorozwiązanie i liczyć, że uzyska on poparcie Platformy. Taki wniosek wymaga większości dwóch trzecich głosów w Sejmie. Złożyliśmy go i Platforma ustami Rokity cynicznie odpowiedziała: Teraz wybory? Poprzemy je, jak PiS-owi spadnie poparcie.

TERESA TORAŃSKA: I spadło. PiS po dwóch latach rządów przegrało wybory z Platformą.

ADAM BIELAN:– Minimalnie. Jarosław – z tego co wiem – był absolutnie przekonany, że odda władzę. Miał jednak świadomość, że nie da się dłużej rządzić z Giertychem i Lepperem. Kierował się – moim zdaniem – przede wszystkim szlachetnymi pobudkami.

TERESA TORAŃSKA: Pan w to wierzy? 

ADAM BIELAN:– Dlaczego mam nie wierzyć? Nie można z jednej strony atakować Kaczyńskiego, że jest bezwzględnym politykiem i dla władzy poświęci wszystko, a z drugiej strony zarzucać mu, że jak miał pełną władzę, to z niej zrezygnował. Wyszło zresztą nie najgorzej dla Polski. Liga i Samoobrona zniknęły z parlamentu, a Lepper i Giertych przestali funkcjonować w polskiej polityce. Co PiS i braciom Kaczyńskim należy zaliczyć na plus.

W wieczór wyborczy w 2007 roku byłem u prezydenta w pałacu. Pojawiły się plotki, że Jarosław – jeśli przegra wybory – może zrezygnować z funkcji szefa partii. Prezydent zaprosił kilku polityków PiS, żeby naradzić się, co robić. Przed dwunastą w nocy zadzwoniła prezydentowa. Leszek powiedział, że zaraz kończy. Dzwoniła drugi raz, trzeci. Na koniec wpadła zaniepokojona do sali kominkowej i nas przegoniła.

TERESA TORAŃSKA: Grzecznie?

ADAM BIELAN:– Zdecydowanie. Pierwszy raz widziałem ją w takiej akcji. Mówiła, że prezydent musi iść spać.

TERESA TORAŃSKA: Nie. Na górze w ich apartamencie czekał na niego Paweł Kowal z Janem Ołdakowskim.

ADAM BIELAN:– Nie wiedziałem.

Potem parę razy zdarzyło mi się, że byliśmy w trakcie bardzo ważnej dyskusji politycznej, a pierwsza dama dzwoniła co chwilę i prezydent powtarzał, że już kończy, że zaraz, zaraz.

TERESA TORAŃSKA: I nie słuchał?

ADAM BIELAN:– Ale nie chciał jej denerwować. I po kolejnych telefonach wychodził.

TERESA TORAŃSKA: Tusk został premierem.

ADAM BIELAN:– I miał nas w garści. PiS przez błędną politykę zagraniczną znalazło się w narożniku. Chodziło o traktat lizboński, który Leszek wynegocjował z Unią Europejską przy telefonicznym udziale Jarosława i który po podpisaniu przez prezydenta w Lizbonie wymagał sejmowej ratyfikacji.

Między braćmi powstał spór. Rzeczywisty, a nie na użytek mediów, jak mówiono. Prezydent był za jego ratyfikacją, a Jarosław zmienił zdanie i był przeciw. Chodziliśmy z Michałem na polecenie prezydenta do Jarosława, żeby go do traktatu przekonać. Ale się nie udało.

W PiS narastała po przegranych wyborach frustracja, szukano winnych porażki. Jarosław uznał, że dla konsolidacji partii potrzebna jest krótka bitwa z Platformą, zakończona szybkim zwycięstwem. Zapowiedział, że PiS poprze ratyfikację traktatu, ale pod warunkiem, że Sejm uchwali ustawę gwarantującą zakaz zmiany wynegocjowanych zapisów bez zgody prezydenta.

TERESA TORAŃSKA: O co chodziło?

ADAM BIELAN:– O nic. Była bez znaczenia. Ale Jarosław liczył, że Tusk się na nią zgodzi i PiS będzie miało sukces. Tusk jednak oświadczył: Nie chcecie traktatu? To będzie traktatowe referendum.

I gdyby wtedy powiedział: sprawdzam, i poszedł na referendum z traktatu lizbońskiego, my byśmy je zdecydowanie przegrali, co miałoby duże konsekwencje polityczne. Osłabiłoby znacznie pozycję Jarosława jako lidera PiS i prezydenta postawiło w bardzo trudnej sytuacji. Nie mogliśmy ryzykować.

Maciek Łopiński z Michałem Kamińskim doprowadzili do spotkania prezydenta z Tuskiem. Umówili ich w Juracie na Helu. Namawialiśmy prezydenta, żeby Tuska zaczarował, jak potrafi najlepiej, i obiecał mu absolutnie wszystko, byle tylko do referendum nie doszło. Zostaliśmy z Michałem w Warszawie. Rozmowa zaplanowana na godzinę-półtorej przedłużała się. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi.

W sali na piętrze, w której rozmawiali, nie ma telefonów. Zadzwoniliśmy do Sławka Nowaka, żeby podpłynął motorówką z Sopotu do Juraty. Był na wieczór umówiony z żoną do kina. – Sprawdzisz, co się dzieje – namawialiśmy go – i wrócisz. Popłynął. Dzwoniliśmy też do szefa ochrony, żeby zajrzał do nich przez szybę i zobaczył, co Tusk z prezydentem robią. Idzie chyba dobrze – powiedział nam – bo już trzeci raz wstają, całują się, robią misia, siadają i dalej rozmawiają.

Rozmowa trwała sześć-siedem godzin, wypili siedem butelek wina i Sławek nie zdążył do kina.

O czym tak długo rozmawiali, prezydent nie chciał nam powiedzieć. Stwierdził, że ma umowę z Tuskiem i nie może.

TERESA TORAŃSKA: Może o traktacie?

ADAM BIELAN:– Nie, nie. Z Leszkiem nie rozmawiało się o twardej polityce. Od niej był Jarosław. Z Leszkiem się gawędziło. Najczęściej o życiu. Udowadnialiśmy mu, że Tusk umowy nie dotrzymuje, bo jakieś szczegóły z tego spotkania przekazał już swoim pracownikom, a ci dziennikarzom. Ale prezydent milczał. I nagle ukazał się wywiad z Tuskiem w „Newsweeku". Była w nim sensacyjna deklaracja. Tusk wyznawał, że palił marihuanę.

TERESA TORAŃSKA: W stanie wojennym. Kiedy chwytał różne roboty i w elektrowni Jaworzno malował podpory stalowe. 

ADAM BIELAN:– Prezydent był wstrząśnięty. „Jak on mógł mnie tak oszukać" – przeżywał cały wieczór. I trochę nam wtedy o ich spotkaniu w Juracie zaczął opowiadać. Obaj byli mocno pijani. Tusk mu się zwierzał i Leszek zwierzał się Tuskowi. I Tusk w nocy, sam z siebie, powiedział mu, że nigdy nie próbował narkotyków. Żeby było jasne: prezydent nie miał za złe Tuskowi, że ten palił marihuanę. Prezydent był zszokowany, że Tusk go okłamał, czyli zdradził. Dla prezydenta był to dowód, że Tusk bardzo się zmienił, nie można mu ufać i nawet po kilku winach nad ranem kłamie. Bo nie chodziło przecież o kłamstwo w życiu publicznym, które zdarza się każdemu politykowi i trudno mieć do nich o to pretensje, ale chodziło o kłamstwo w szczerej rozmowie w cztery oczy, kiedy umawiali się na zrobienie paru rzeczy razem.

TERESA TORAŃSKA: Ale chyba już nie zdążyli.

ADAM BIELAN:– Nie wiem.

TERESA TORAŃSKA: Kiedy widział pan Leszka ostatni raz? 

ADAM BIELAN:– Zadzwoniłem do niego kilka dni przed katastrofą. 5 lub 6 kwietnia. To był poniedziałek lub wtorek. Że mam kilka pomysłów na kampanię wyborczą, chcę się z nim spotkać i przyjadę z Brukseli w piątek rano. Prezydent nalegał, żeby w czwartek. Cały piątek – powiedział – chciałby zarezerwować na przygotowanie przemówienia do Katynia. Potrzebował na to wielu godzin.

|Kiedy miał ważne wystąpienie, na cały dzień wyłączał się z innych zajęć. Próbowaliśmy go namówić, żeby się nauczył czytać z kartki. Podawaliśmy przykład Kwaśniewskiego, który czytał tak, że nikt tego nie zauważał. Podawaliśmy przykłady polityków amerykańskich, którzy potrafili czytać z telebimów jak zawodowi prezenterzy. Nawet mu aparaturę specjalną sprowadziliśmy do ćwiczeń. Nie chciał. Twierdził, że jest ograniczony i się nie nauczy.

TERESA TORAŃSKA: I mlaskał.

ADAM BIELAN:– Tragedia zaczynała się, gdy dochodziło do nagrywania wystąpień telewizyjnych. Prezydent przecież musi wygłaszać orędzia. Bardzo się denerwował, że wyjdzie to źle i rzeczywiście wychodziło źle.

Przyleciałem do Warszawy w czwartek po południu.

TERESA TORAŃSKA: 8 kwietnia. 

ADAM BIELAN:– Prezydent był w Wilnie z półdniową wizytą. Zadzwoniłem między 19 a 20, usłyszałem warkot silników. Prezydent był w samolocie, ale już po wylądowaniu. Powiedział, żebym przyjechał do pałacu. Przysłał po mnie samochód.

Chciałem, żeby motywem muzycznym jego kampanii wyborczej była „Pieśń o małym rycerzu" z ekranizacji „Pana Wołodyjowskiego". Potrzebowałem jego akceptacji. Prezydent kochał Trylogię i „mały rycerz" bardzo do niego pasował.

TERESA TORAŃSKA: Chciał kandydować?

ADAM BIELAN:– Tak. Na pewno. Plotki o tym, że się wahał, były nieprawdziwe.

TERESA TORAŃSKA: Wierzył w zwycięstwo?

ADAM BIELAN:– Miał zmienne nastroje. Tego dnia nie był jednak ani złośliwy, ani specjalnie zdenerwowany. I nie przedrzeźniał się ze mną. Choć lubił.

TERESA TORAŃSKA: Jak?

ADAM BIELAN:– Lubił dogadywać. W czasie kampanii na prezydenta Warszawy, a potem na prezydenta Polski droczył się ze mną i Michałem, że nie wystartuje, bo mu się nie uda, więc nie ma sensu walczyć. To był z jego strony element gry towarzyskiej. Oczekiwał zaprzeczeń.

Do pałacu dotarłem trochę po 20. Moje pomysły szybko zaakceptował i jak zwykle z prezydentem nasze spotkanie przerodziło się w towarzyskie gadanie. Lubił popisywać się swoją wiedzą historyczną i uwielbiał opowiadać anegdoty.

TERESA TORAŃSKA: O Wałęsie?

ADAM BIELAN:– O historii świata. Jego konikiem była na przykład dekolonizacja Afryki. Bracia jako mali chłopcy czytali namiętnie dział międzynarodowy w „Trybunie Ludu" i pamiętali nazwiska przywódców kolejnych państw afrykańskich, które uzyskiwały wolność.

TERESA TORAŃSKA: No to co prezydent mówił o Wałęsie?

ADAM BIELAN:– Z reguły pozytywnie, zadziwię panią. Albo neutralnie. On nie patrzył na Wałęsę przez pryzmat „Bolka" czy jego prezydentury z początku lat 90. Miał jednoznacznie negatywną opinię co do roli Wałęsy w latach 70., ale w miarę pozytywną o jego działalności w latach 80.

Rozmawialiśmy trochę o Tusku, polityce, reelekcji, o terminach wyborczych. Był w dobrym humorze i do wyborów nastawiony pozytywnie.

TERESA TORAŃSKA: Mimo nieudanej wizyty na Litwie?

ADAM BIELAN:– O tym na razie nie rozmawialiśmy. Po mniej więcej dwóch godzinach prezydent powiedział, że musi jechać do mamy do szpitala i zostawił mnie w gabinecie. Po kilku minutach zajrzał minister Łopiński, który urzędował po drugiej stronie sekretariatu. Zobaczył, że siedzę sam i zaprosił mnie do siebie. Po chwili przyszedł Paweł Kowal, a po blisko godzinie wrócił prezydent i do nas dołączył. Maciek otworzył barek, wyciągnął koniak. Prezydent nie pił. Spytałem prezydenta o Tuska.

TERESA TORAŃSKA: Tego dnia pojechał do Pragi spotkać się z Barackiem Obamą.

ADAM BIELAN:– Jak to się stało – pytałem go – że Tusk przejął przywództwo w grupie liberałów. Prezydent wytłumaczył. Tusk zawsze wykazywał duże zdolności przywódcze, ale je ukrywał. W latach 80. ambicji politycznych w Tusku nie zauważał. Środowisko liberałów i Solidarności spotykało się dość często i dyskutowało, głównie o sprawach gospodarczych. Ja – uśmiechnął się prezydent – byłem wtedy bardziej niż dzisiaj na lewo. W tych spotkaniach uczestniczyli Jacek Merkel, Jan Krzysztof Bielecki, Janusz Lewandowski. Ale Tusk – mówił nam prezydent – był cichą wodą. Bardzo sprawnie i sprytnie wymanewrował Bieleckiego i Lewandowskiego, został liderem tego środowiska i w 1990 roku założył Kongres Liberałów.

Potem rozmawialiśmy o geopolityce. Prezydent poruszył kwestię nieudanej wizyty w Wilnie.

TERESA TORAŃSKA: Parlament litewski odrzucił ustawę o pisowni nazwisk polskich.

ADAM BIELAN:– Był rozżalony, że tak ważna dla niego ustawa upadła w pierwszym czytaniu akurat w dniu jego wizyty. A pani prezydent Dalia Grybauskaite obiecywała mu – na pewno w dobrej wierze – że zostanie przegłosowana. Znowu minister Sikorski – irytował się – będzie go krytykował za zbyt małą asertywność wobec Litwy.

Około północy, jak zwykle, zadzwoniła pani prezydentowa. Wiedzieliśmy, że nie należy nalegać, by Leszek został, bo może to się skończyć jej osobistą interwencją. Prezydent wyszedł, my zostaliśmy. Siedzieliśmy jeszcze u Maćka z 45 minut.

To był ostatni raz, kiedy go widziałem.

Powiem pani, co myślę o tym locie do Smoleńska. Żaden polski samolot nie powinien lądować na tak fatalnie wyposażonym lotnisku. Ani premiera, ani prezydenta, ani nawet ministra. Oba powinny lądować w Mińsku lub w Witebsku i kolumną przejechać do Smoleńska. Tam jest dobra szeroka droga, dotarliby w godzinę. Ale to nie jest wina Lecha. Lech, owszem, lubił dłużej pospać. Ale gdyby mu twardo powiedziano, że wyleci pół godziny wcześniej, bo nie ma możliwości lądowania w Smoleńsku, musiałby to znieść, trudno.

TERESA TORAŃSKA: Ale nikt mu tego nie powiedział.

ADAM BIELAN:– Nie. A Tusk wylądował tam trzy dni wcześniej.

Nie wiem, co wydarzyło się w tym samolocie. Jarosław też nie mógł tego zrozumieć. Dlaczego oni w takiej mgle lądowali, dlaczego? – pytał nas.

TERESA TORAŃSKA: Może było jak w czasie lotu do Gruzji?

ADAM BIELAN:– Nie, nie. Tamten lot nie ma żadnego związku z katastrofą w Smoleńsku.

TERESA TORAŃSKA: Nic a nic? 

ADAM BIELAN:– Nie. Podstawowa różnica: spór między pilotem a prezydentem toczył się w samolocie, który stał na płycie lotniska, a nie kiedy samolot był w locie.

TERESA TORAŃSKA: Ale Arkadiusz Protasiuk był wtedy drugim pilotem.

ADAM BIELAN:– I co z tego? W 36. Pułku w ogóle jedna czy dwie osoby miały uprawnienia do pilotowania tupolewa na stanowisku pierwszego pilota. Lot do Gruzji zresztą odbył się półtora roku wcześniej. Wiem, jak było, leciałem tym samolotem. Zaczęło się od Tuska.

TERESA TORAŃSKA: Chyba od prezydenta Gruzji Saakaszwilego, który dał się Rosjanom sprowokować i wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska.

ADAM BIELAN:– Prezydent Kaczyński natychmiast chciał lecieć do Gruzji, ale Tusk nie dał samolotu. I dopiero jak Lech kanałami dyplomatycznymi puścił plotkę, że Amerykanie dadzą mu Air Force Two – samolot wiceprezydenta, tupolew się znalazł. Pilot poleciał najpierw po prezydenta Litwy Valdasa Adamkusa, potem po prezydenta Estonii i premiera Łotwy. Po około czterech godzinach wrócił z nimi do Warszawy, wsiedliśmy i polecieliśmy na Krym. W Symferopolu czekali na nas żona Saakaszwilego, która wywiozła na Krym dzieci, żeby były bezpieczne, i wracała do męża, oraz prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, który doleciał swoim samolotem z Kijowa.

Juszczenko wszedł do naszego samolotu i zdziwił się, że lecimy do Gandży, a nie bezpośrednio do Tbilisi. Lech mu odpowiedział, że tam nie lądują samoloty. Na to Juszczenko stwierdził, że lądują. Latają rejsowe samoloty ukraińskie i niedługo wyląduje tam Sarkozy, który leci z Moskwy.

TERESA TORAŃSKA: W eskorcie rosyjskich myśliwców.

ADAM BIELAN:– I dodał – nie jestem pewny, czy nie złośliwie – że jeżeli samolot Lecha nie może lecieć do Tbilisi, to wszystkich zaprasza do swojego. Lech potraktował to bardzo ambicjonalnie. Zamknął drzwi do prezydenckiej części – w tupolewie są trzy salonki: prezydencka i dwie vipowskie – i zaczął domagać się, żebyśmy lecieli do Tbilisi. Pilot prezydentowi odmówił.

TERESA TORAŃSKA: Osobiście?

ADAM BIELAN:– Nie, nie. To trzeba znać Lecha. On nigdy by sobie nie pozwolił na to, by wejść do kabiny pilota i go prosić. Dla niego byłaby to utrata twarzy. On z pilotem rozmawiał przez pośredników. Do pilota wysyłał Władka Stasiaka, szefa Kancelarii, i chyba Krzysztofa Olszowca, szefa swojej ochrony.

TERESA TORAŃSKA: A na pokładzie było czterech prezydentów, jeden premier i kilkunastu ministrów. 

ADAM BIELAN:– Żaden samolot na świecie chyba nie przeżył takiego najazdu VIP-ów. Tupolew jest słabo do tego przygotowany. Są w nim, najbliżej kokpitu: pomieszczenie dla prezydenta z dwuosobową kanapą i fotelem, dalej 2 fotele w przejściu oraz salonki z ośmioma fotelami, czyli razem 13 miejsc vipowskich. Po kolejnej odmowie prezydent poprosił Stasiaka, żeby go połączył z ministrem obrony Bogdanem Klichem. Zapytał Klicha: kto jest dowódcą sił zbrojnych?

TERESA TORAŃSKA: I usłyszał: pan, panie prezydencie.

ADAM BIELAN:– Lech opisał mu sytuację. Byłem przy tym. Klich obiecał oddzwonić. Po 10-15 minutach powiadomił Leszka, że rozmawiał z dowódcą sił powietrznych, dowódca wydał pilotowi polecenie – potem okazało się, że faksem – i sprawa jest załatwiona. Wydawało się, że polecimy do Tbilisi. Pilot jednak dalej odmawiał lotu.

TERESA TORAŃSKA: Nie miał zgód dyplomatycznych, a gruzińska przestrzeń powietrzna była kontrolowana przez Rosjan.

ADAM BIELAN:– Lech był wściekły. Samolot stał na płycie lotniska. To było lato. Temperatura w samolocie dochodziła do 50 stopni, bo silniki nie pracowały i wyłączona była klimatyzacja. Lech martwił się o zdrowie prezydenta Adamkusa, który był świeżo po operacji serca. Nie narzekał, ale był coraz bardziej czerwony na twarzy. Lech krążył między salonkami. Co kilka minut wypadał ze swojej prezydenckiej, uśmiechał się do Adamkusa, zabawiał Juszczenkę, żeby tylko nie domyślili się, że negocjuje ten lot z własnym pilotem. To była dla niego strasznie upokarzająca sytuacja. Staliśmy ponad godzinę. Stasiak w końcu wytłumaczył Leszkowi, że według przepisów pilot ma prawo odmówić lotu i nic z tym nie zrobimy. Drugi pilot też nie chciał lecieć, bo i z nim Stasiak próbował rozmawiać. Lech więc, żeby do końca nie stracić twarzy przed innymi prezydentami, zdecydował, że lecimy do Gandży w Azerbejdżanie.

TERESA TORAŃSKA: Zgodnie z pierwotnym planem.

ADAM BIELAN:– Tak. Wylądowaliśmy, tam czekały na nas samochody, cztery godziny jechaliśmy do Tbilisi, to jest 240 km. Narażając się na znacznie większe – jak nam potem powiedziano – niebezpieczeństwo, bo na drodze grasowali snajperzy.

TERESA TORAŃSKA: Ale także co kilkanaście metrów stali azerscy milicjanci.

ADAM BIELAN:– Finał był taki, że jak dojechaliśmy do Tbilisi, na Juszczenkę czekał już jego samolot, a nasz przyleciał następnego dnia.

TERESA TORAŃSKA: Po ogłoszeniu rozejmu.

ADAM BIELAN:– Moje zdanie jest takie: pilot powinien lecieć do Tbilisi.

TERESA TORAŃSKA: A dlaczego nie chciał?

ADAM BIELAN:– Nie wiem, może się bał. Ale wie pani, my wszyscy się baliśmy. Strach jest rzeczą ludzką. Tylko zaraz, zaraz... Pilot jest żołnierzem, a żołnierza służącego państwu strach nie może paraliżować. Pilotowi wojskowemu nie wolno nie wykonać polecenia dlatego, że się boi.

TERESA TORAŃSKA: A nie przyszło panu nigdy do głowy, że Leszek nie nadawał się na prezydenta?

ADAM BIELAN:– To na inną rozmowę.

Autorka przez kilka tygodni próbowała bezskutecznie autoryzować wywiad. Mimo licznych prób Teresy Torańskiej Adam Bielan unikał odpowiedzi i nigdy nie wskazał, co chciałby zmienić w tekście. Dopiero kiedy redakcja „Newsweeka" zdecydowała się na publikację wywiadu, zakwestionował cały tekst i zasypał autorkę oraz redakcję oświadczeniami zakazującymi publikacji i pismami, w których grożono nam procesami.

Za tydzień w "Newsweeku" druga część wywiadu: o pierwszych dniach prezesa PiS po katastrofie smoleńskiej; jak zapadła decyzja o pochówku na Wawelu i czy Jarosław Kaczyński byłby dobrym prezydentem?

Brak komentarzy: