sobota, 16 kwietnia 2016

Kanon na koniec wieku


Kanon na koniec wieku – seria 25 (później rozszerzona do 40) najważniejszych książek XX wieku, wybranych w plebiscycie czytelników „Rzeczpospolitej"[1] i wydanych przez Porozumienie Wydawców składające się z ośmiu oficyn wydawniczych: Domu Wydawniczego Bellona, Domu Wydawniczego Rebis, „Muzy", Państwowego Instytutu Wydawniczego, Społecznego Instytutu Wydawniczego „Znak", Wydawnictwa Dolnośląskiego, Wydawnictwa Literackiego oraz Wydawnictwa Naukowego PWN. Książki ukazywały się co dwa tygodnie od września 1999 do września 2000[2]. W 2001 roku na życzenie czytelników zdecydowano o wydaniu dodatkowych 15 pozycji w serii, które ukazywały się od września 2001 do końca 2002 roku[3].

Wykaz dzieł wydanych w serii

  1. Michaił Bułhakow – Mistrz i Małgorzata
  2. Albert Camus – Dżuma
  3. Julio Cortázar – Gra w klasy
  4. Umberto Eco – Imię róży
  5. Witold Gombrowicz – Ferdydurke
  6. Günter Grass – Blaszany bębenek
  7. Jaroslav Hašek – Przygody dobrego wojaka Szwejka
  8. Joseph Heller – Paragraf 22
  9. Ernest Hemingway – Komu bije dzwon
  10. Zbigniew Herbert – 89 wierszy
  11. Gustaw Herling-Grudziński – Inny świat
  12. James Joyce – Ulisses
  13. Franz Kafka – Proces
  14. Tomasz Mann – Czarodziejska góra
  15. Gabriel Garcia Márquez – Sto lat samotności
  16. Alan Alexander Milne – Kubuś Puchatek * Chatka Puchatka
  17. George Orwell – Folwark zwierzęcy
  18. George Orwell – Rok 1984
  19. Boris Pasternak – Doktor Żywago
  20. Marcel Proust – W poszukiwaniu straconego czasu
  21. Antoine de Saint-Exupéry – Mały Książę
  22. Bruno Schulz – Sklepy cynamonowe * Sanatorium pod Klepsydrą
  23. Aleksandr Sołżenicyn – Archipelag GUŁag
  24. Michaił Szołochow – Cichy Don
  25. John Ronald Reuel Tolkien – Władca Pierścieni
  26. Samuel Beckett – Dramaty
  27. Joseph Conrad – Lord Jim
  28. William Faulkner – Wściekłość i wrzask
  29. Sigmund Freud – Wstęp do psychoanalizy
  30. Hermann Hesse – Wilk stepowy
  31. Aldous Huxley – Nowy wspaniały świat
  32. Ken Kesey – Lot nad kukułczym gniazdem
  33. Milan Kundera – Nieznośna lekkość bytu
  34. Giuseppe Tomasi di Lampedusa – Lampart
  35. Mario Vargas Llosa – Rozmowa w „Katedrze"
  36. Tomasz Mann – Doktor Faustus
  37. Robert Musil – Człowiek bez właściwości
  38. Erich Maria Remarque – Na Zachodzie bez zmian
  39. Isaac Bashevis Singer – Sztukmistrz z Lublina
  40. John Steinbeck – Grona gniewu

niedziela, 27 marca 2016

Polska-Finlandia 5-0 [26.03.2016]

mecz towarzyski we Wrocławiu

Polska-Serbia 1-0

mecz towarzyski
23 marca 2016
w Poznaniu

gol Jakuba Błaszczykowskiego

wtorek, 23 lutego 2016

LIST OTWARTY ŚP. ANNY WALENTYNOWICZ DO LECHA WAŁĘSY KANDYDATA NA PREZYDENTA RP

Na naszych oczach przeszłość ulega zakłamaniu i manipulacji. Aby ocalić prawdę, ktoś musi zapytać o fakty. Dopóki jeszcze żyją ich świadkowie. Lata wspólnej działalności nakładają na mnie obowiązek zadania kandydatowi na urząd Prezydenta RP – Lechowi Wałęsie kilku pytań. Oświadczam, że biorę odpowiedzialność za treść pytań i zawarte w nich sugestie. Życzę sobie przeprowadzenia dowodu prawdy przed sądem.

1. Czy pamiętasz jak w styczniu 1971 r. przyznałeś, że na zadanie SB dokonywałeś identyfikacji uczestników zajść grudniowych z fotografii i filmu? Czy teraz możesz podać powody tych działań?

2. Dlaczego okłamałeś wszystkich mówiąc o przeskoczeniu płotu, podczas gdy na strajk 14.08.1980r. zostałeś dowieziony motorówką z Dowództwa Marynarki Wojennej z Gdyni?

3. Jak godziłeś swoją katolicka moralność z głośnymi przygodami, o które żona robiła Ci publiczne awantury w 1980 r.?

4. 9 grudnia 1980 r. przyznano „Solidarności" pierwszą nagrodę – 30 tys. USD. Co z tymi pieniędzmi?

5. Co zrobiłeś z 60 tys. USD nagrody szwedzkiej prasy, którą miałeś przekazać na Panoramę Racławicką, lecz nigdy nie przekazałeś?

6. Czy mieszkanie przy ul. Polanki 52 kupiłeś, czy otrzymałeś w darze i od kogo?

7. W jakiej kwocie Bagsik i inni biznesmeni finansowali Twoją pierwszą kampanię wyborczą?

8. Czy uważasz za właściwe, że głowa państwa lokuje pieniądze w bankach zagranicznych, wbrew polskiemu prawu?

9. Czy w 1981 r. byłeś informowany przez Prezydium MKZ, że M. Wachowski jest kapitanem?

10. Czy Wachowski posiada Twoje zdjęcia ze wspólnych orgii i dlatego nie zareagowałeś na jego poczynania?

11. Czy SB szantażowała Cię ujawnieniem wszczętych postępowań karnych o kradzieże przed sądem dla nieletnich i sądem rejonowym, wymuszając pełną współpracę?

12. Za jakie zasługi w obozie w Arłamowie przyznano Ci prawo polowania z Kiszczakiem i 5- tygodniowy pobyt z całą rodziną, gdy innym odmawiano zwykłych widzeń?

13. Czy pamiętasz swoją wypowiedz na Kongresie w USA „lokujcie swoje kapitały w Polsce, bo na nędzy i głupocie można najlepiej zarobić", czy nadal tak sądzisz?

14. Z jakiej obietnicy wyborczej się wywiązałeś?

15. Czy teraz potrafisz odpowiedzieć na pytanie Andrzeja Gwiazdy z I zjazdu „Solidarności", jak wygląda dogadanie się Polaka z Polakiem, gdy jeden jest zdrajcą?

16. Kiedy spełnisz publiczna obietnice rozliczenia się z majątku i wskażesz jego prawdziwe źródła, bo Twoje książki przyniosły straty? Podobnie z obietnicą wyjaśnienia stosunków z SB?

17. Czy nie dość już kłamstw, krętactw, niekompetencji, pazerności, czy Ty naprawdę nie boisz się Boga, Lechu?

Anna Walentynowicz

niedziela, 21 lutego 2016

Edward Graczyk oświadczenie

Ja, niżej podpisany Edward Graczyk, mając na uwadze zgłaszane publicznie zarzuty wobec Lecha Wałęsy o jego rzekomą agenturalną przeszłość oświadczam co następuje:
1. Jako pracownik służb kontrwywiadu PRL zostałem skierowany do Gdańska w celu monitorowania bezpieczeństwa państwa w związku z zajściami w grudniu 1970 r. Zlecono mi ocenę postępowania i potencjalnego zagrożenia ze strony czynników zewnętrznych oraz skoncentrowanie uwagi na liderów protestów robotniczych, w tym na osobie Lecha Wałęsy.
2. W trakcie realizacji tych zleconych mi zadań, w ścisłej współpracy z innymi organami PRL, przeprowadzałem przesłuchania liderów protestów, protestów tym Lecha Wałęsy jako uczestnika i przywódcę zajść.
3. Wszystkie rozmowy z Lechem Wałęsą były przesłuchaniami w czasie których był on poddawany oczywiście presji właściwej dla tej formy wywiadowczej.
4. Nigdy nie uzyskałem od Lecha Wałęsy żadnej deklaracji współpracy z organami bezpieczeństwa PRL, ani nigdy w czasie tych rozmów czy przesłuchań nie było mowy o werbunku Lecha Wałęsy do współpracy z organami PRL.
5. Zaprzeczam kategorycznie twierdzeniu, abym był tą osobą, która zwerbowała Lecha Wałęsę.
6. Według mojej wiedzy operacyjnej, żaden inny pracownik organów bezpieczeństwa PRL nie uzyskał od Lecha Wałęsy zgody lub deklaracji współpracy agenturalnej czy jakiejkolwiek innej z organami PRL, gdyż fakt taki byłby mi natychmiast znany, jako informacja niezbędna w pracy wywiadowczej.
7. Jednoznacznie stwierdzam, że Lech Wałęsa nie sporządzał na moje ani innych organów PRL zlecenie żadnych relacji ani informacji na piśmie.
8. Z treści przesłuchań Lecha Wałęsy nie wynikała żadna możliwość pokrzywdzenia ani zagrożenia dla osób trzecich.
9. Wobec braku jakiejkolwiek deklaracji współpracy z organami PRL wykluczone jest, abym przekazywał Lechowi Wałęsie środki finansowe jako wynagrodzenie, czy zwrot kosztów podróży, skoro przesłuchania odbywały się w mieście jego zamieszkania tj. w Gdańsku, a zwrot kosztów należał się tylko w razie dojazdu z innej miejscowości.
10. Potwierdziłem w swoich upublicznionych zeznaniach wiarygodność dokumentu kwitującego przekazanie pieniędzy, sygnowane podpisem "Bolek", co oznaczało w praktyce służb PRL, że środki zostały przeznaczone na sprawę o kryptonimie "Bolek", a wydatkowanie potwierdzone zostało podpisem wykonanym przeze mnie lub innego pracownika służb PRL za pomocą tego kryptonimu.
11. Lech Wałęsa osobiście, własnoręcznie, ani w żaden inny sposób nie potwierdzał przyjęcia ode mnie żadnych środków finansowych, gdyż nigdy nie nastąpiło wręczenie mu takich środków.
12. Standardową praktyką działania organów bezpieczeństwa PRL było przypisanie do akcji rozpracowywania danej osoby, w tym przypadku Lecha Wałęsy, konkretnego kryptonimu bez wiedzy ani zgody tej osoby. Kryptonimem "Bolek" zostały nazwane w dokumentacji organów PRL wszystkie działania wobec danej osoby, w tym podsłuchy w zakładzie pracy, na łącznicy telefonicznej, podsłuch w siedzibie związku zawodowego kierowanego przez Lecha Wałęsę i podsłuch na telefon domowy.
13. Istniejące pokwitowania przekazania środków finansowych nie są więc pokwitowaniami odebrania ich przez osobę poddaną rozpracowaniu, a stanowią potwierdzenie poniesienia kosztów aranżacyjnych prowadzenia sprawy o danym kryptonimie kryptonimie rozliczeniach wewnętrznych organów PRL.
Oświadczam, że ze względu na wiek i inne okoliczności osobiste chcę zamknąć wszelkie spekulacje w opisywanych sprawach przekazuję powyższe informacje w dobrej wierze, opisując znaną mi prawdę historyczną i nie mam zamiaru w żaden inny sposób wypowiadać się w tej sprawie.

niedziela, 7 lutego 2016

ROSATI: Przejęcie władzy, a nie rozwój. Rząd rozda pieniądze, których nie ma


Dariusz Rosati
 
05.02.2016 01:00
A A A
Dariusz Rosati

Dariusz Rosati (Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta)

Po trzech miesiącach od objęcia funkcji przez premier Beatę Szydło wyłania się powoli program gospodarczy nowego rządu. Nie jest to obraz napawający optymizmem.
Jego głównym elementem jest znaczący wzrost wydatków socjalnych mających realizować hojne obietnice złożone przez PiS w kampanii wyborczej. W sytuacji, gdy deficyt budżetowy na 2016 r. ma wynieść 54,7 mld zł, program skokowego powiększenia wydatków socjalnych oznacza po prostu rozdawanie pieniędzy, których nie ma. Ma się to dokonywać w warunkach wyraźnego zamykania się polskiej gospodarki na napływ kapitału zagranicznego i wzmacniania tendencji protekcjonistycznych. Do tego brak jakiejkolwiek długofalowej strategii pobudzania inwestycji i wzmacniania podstaw rozwojowych kraju.

O 60 mld zł większa dziura

Program socjalny rządu PiS jest szczególnie destrukcyjny dla stabilnościfinansów publicznych, ponieważ ma być finansowany z deficytu i powoduje dalszy wzrost udziału wydatków sztywnych w budżecie, redukując praktycznie do zera niewielką już zdolność do reagowania na niekorzystne zmiany koniunktury. Tylko trzy sztandarowe programy socjalne zapowiedziane w kampanii wyborczej i powtórzone w exposé premier Beaty Szydło (program 500+, podniesienie kwoty wolnej do 8000 zł i bezpłatne leki dla seniorów 75+) będą kosztować budżet - przy pełnej realizacji - ok. 50 mld zł rocznie. Do tego dochodzą koszty innych "dobrych zmian", takich jak obniżenie CIT dla MŚP, obniżenie VAT, ulga inwestycyjna, gabinety lekarskie w szkołach, cofnięcie sześciolatków do przedszkoli czy rekompensaty dla frankowiczów. Szczególnie szkodliwe, wręcz katastrofalne skutki będzie miało obniżenie wieku emerytalnego, które - według analiz Kancelarii Prezydenta - tylko w latach 2016-19 będzie kosztować ok. 40 mld zł. O ile w 2016 r. budżet państwa jest w stanie ten wzrost wydatków udźwignąć dzięki odsunięciu w czasie realizacji niektórych pomysłów i jednorazowym, nadzwyczajnym wpływom (sprzedaż licencji na częstotliwości LTE za blisko 9 mld zł i dodatkowa wpłata z zysku NBP - też ok. 9 mld zł), o tyle od 2017 r. dodatkowa dziura w budżecie wyniesie ponad 60 mld zł, czyli ponad 3 proc. PKB.

Politycy PiS przekonują, że wydatki te zostaną sfinansowane wpływami z podatków od banków i od sieci handlowych oraz poprawą ściągalności podatków. To pobożne życzenia. Podatki sektorowe zapewnią co najwyżej 7-9 mld dodatkowych dochodów i znaczną część tej kwoty zapłacimy my sami jako klienci banków, dostawcy do supermarketów i konsumenci. Tłumaczenie, że w innych krajach stosuje się podobne rozwiązania, jest bałamutne, bo w takich krajach jak Niemcy, Wielka Brytania czy Szwecja podatki bankowe obciążają zobowiązania banków, a nie ich aktywa. Podatki te nie hamują więc akcji kredytowej, natomiast skłaniają banki do wzmacniania własnej bazy kapitałowej. Co do podatku od sprzedaży detalicznej, warto pamiętać, że podatek taki na Węgrzech został w 2014 r. uznany przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości za niezgodny z prawem europejskim. Obecnie cały handel obejmuje tam jedna stawka 0,1 proc. od obrotu.

Poprawa ściągalności jest jeszcze bardziej wątpliwa, bo unikanie opodatkowania i wyłudzanie zwrotów podatkowych jest plagą, z którą borykają się wszystkie państwa. Nie ma tu łatwych rozwiązań. Życzę rządowi sukcesów w tej dziedzinie, ale uważam, że zwiększenie wpływów podatkowych o 50-60 mld zł jest zupełnie nierealistyczne, a opieranie na tym programu kolosalnych wydatków socjalnych jest drogą do katastrofy finansowej państwa.

Rozdawnictwo albo wzrost

Program socjalny PiS jest także wyjątkowo szkodliwy dla wzrostu gospodarczego Polski. Nie jest tak, jak utrzymują niektórzy, że wzrost wydatków konsumpcyjnych finansowanych transferami spowoduje wzrost produkcji i przyspieszenie tempa wzrostu. Będzie dokładnie odwrotnie. Ponieważ wydatki socjalne budżetu są finansowane z deficytu, to zmniejszają one krajowe oszczędności, które mogłyby być przeznaczone na nowe inwestycje. Te pieniądze zostaną po prostu przejedzone. Nie stworzą nowych, lepiej płatnych miejsc pracy, nie pobudzą innowacyjności, nie zbudują podstaw rozwojowych kraju. Za tę nieodpowiedzialną politykę cenę zapłacimy wszyscy w postaci zwiększonego bezrobocia i niższych zarobków. Dotknie to zwłaszcza młode pokolenie Polaków, którzy dziś cieszą się perspektywą otrzymania 500 zł na dziecko.

Co gorsza, również alternatywne źródła finansowania inwestycji będą mniej dostępne. Kredyt krajowy będzie droższy i trudniejszy do uzyskania w sytuacji, kiedy banki będą obciążone podatkiem od aktywów finansowych oraz dodatkowo kosztami ratowania upadłych SKOK-ów i restrukturyzacji kredytów frankowych. Propozycja, jaką w tej ostatniej kwestii zgłosił niedawno prezydent Andrzej Duda, może kosztować banki od 40 do 60 mld zł, co oznacza praktycznie unicestwienie ich kapitałów własnych i załamanie polskiego sektora bankowego, dotychczas jednego z najbezpieczniejszych i najbardziej stabilnych w Europie (swoją drogą ciekawe, co na tę propozycję doradcy prezydenta wchodzący w skład Narodowej Rady Rozwoju). Ci, którzy uważają, że polskim bankom trzeba przykręcić śrubę, nie powinni zapominać, że banki te są jedynym źródłem kredytu dla gospodarki i że powierzyliśmy im nasze oszczędności. W przypadku kryzysu bankowego oszczędności te będą zagrożone.

Potrzebujemy zagranicy

Również uzupełnienie oszczędności krajowych napływem kapitału zagranicznego staje się coraz bardziej problematyczne pod rządami PiS. Warto przypomnieć, że firmy z kapitałem zagranicznym zatrudniają w Polsce ponad 1,5 mln pracowników i dzięki średniej wydajności pracy wyższej o blisko 50 proc. niż w firmach krajowych wytwarzają ok. jednej czwartej polskiego PKB. Przenoszą na polski grunt zaawansowane technologie, nowoczesne metody zarządzania i zapewniają dostęp do światowych łańcuchów dostaw. Bez tych firm mielibyśmy wyższe bezrobocie i wolniejsze tempo wzrostu. W świetle tych danych trudno zrozumieć niechęć i podejrzliwość wobec kapitału zagranicznego, jaka dominuje w środowisku PiS, i nie dotyczy to bynajmniej tylko banków i sieci sklepowych. Zasmucającym przykładem są poglądy wicepremiera i ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego, który w jednej z wypowiedzi ubolewa, że Polska słono płaci za kapitał zagraniczny, ponieważ dochód z inwestycji zagranicznych transferowany za granicę wynosi 90 mld zł rocznie. Wicepremier zapomniał dodać, że ok. 30 proc. tych dochodów to zyski reinwestowane ponownie w Polsce, a to, co ostatecznie wypływa za granicę, stanowi niewiele ponad 3 proc. zainwestowanego kapitału (na koniec 2014 r. ogólny zasób inwestycji zagranicznych w Polsce sięgnął prawie 2 bln zł). Nie jest to wygórowana cena za korzystanie z oszczędności zagranicznych. Jako doświadczony bankowiec pan Morawiecki doskonale wie, że dostęp do kapitału kosztuje. W końcu kierowany przez niego bank pobierał za udzielone kredyty średnio ok. 6 proc. rocznie (dane za lata 2010-14).

Taka wypowiedź jest nie tylko nie na miejscu w ustach kogoś, kto jest wybitnym finansistą i sam przecież pracował wiele lat - zresztą z sukcesem - w banku BZ WBK, należącym do inwestora zagranicznego (obecnie Grupa Santander). Zdumiewa ona także dlatego, że pada z ust wicepremiera odpowiedzialnego za rozwój gospodarczy, który musi przecież zdawać sobie sprawę, że bez wykorzystania zagranicznych źródeł finansowania rozwój gospodarczy Polski musiałby być wolniejszy. Aby znacząco przyspieszyć wzrost gospodarczy, udział inwestycji w PKB musi wzrosnąć do 24-25 proc., tymczasem oszczędności krajowe w Polsce wynoszą jedynie 18-19 proc. PKB. Ja także jestem zwolennikiem budowy rodzimego kapitału, ale dopóki go nie mamy, musimy korzystać z oszczędności zagranicznych. Dalszy napływ kapitału z zagranicy jest więc konieczny. Strategia autarkii i rozwoju o własnych siłach, którą wydaje się lansować obecny rząd, byłaby powtórzeniem drogi rozwojowej Kuby i Korei Północnej.

Prawdziwe wydatki socjalne, a dla innowacji Rada

Ale nie tylko kapitał się liczy. Tempo wzrostu gospodarczego zależy także od zatrudnienia i postępu technicznego, będącego z kolei funkcją innowacyjności. Program PiS nie tylko ogranicza dostępne zasoby kapitału, ale obniża także aktywność zawodową ludności. Powrót do niższego wieku emerytalnego w połączeniu z cofnięciem sześciolatków do przedszkoli oznacza o 15-20 proc. mniej osób w wieku produkcyjnym w całości populacji. Poza drastycznym obniżeniem przyszłych emerytur i skokowym zwiększeniem dziury finansowej w ZUS oznacza to trwałe obniżenie potencjalnego tempa wzrostu gospodarczego o blisko 1 pkt proc. rocznie.

Nie ma co także liczyć na przyspieszenie postępu technicznego. Dalszy wzrost przy utrzymaniu dotychczasowej struktury gospodarczej, opartej głównie na wytwarzaniu i eksporcie standardowych, nisko i średnio zaawansowanych technologicznie produktów (motoryzacja, meble, AGD, chemikalia, żywność), będzie coraz wolniejszy ze względu na wyczerpywanie się przewagi konkurencyjnej w postaci niskich płac i rosnącą konkurencję ze strony krajów "wschodzących". Wyjściem z tej "pułapki średniego dochodu" jest wzrost innowacyjności gospodarki, wzrost udziału sektorów wykorzystujących nowoczesne technologie i wzrost udziału produktów o wysokiej dochodowej elastyczności popytu. Wymaga to jednak radykalnego zwiększenia nakładów na badania i rozwój, pobudzanie innowacji, edukację oraz na wsparcie finansowe dla nowych, innowacyjnych przedsiębiorstw. Tymczasem program gospodarczy PiS, skoncentrowany na wydatkach socjalnych, nie przewiduje żadnych konkretnych działań na rzecz przyspieszenia postępu technologicznego i wzrostu innowacyjności (bo trudno za takie uznać utworzenie Rady ds. Innowacyjności).

Wszystkie te zagrożenia stają się coraz bardziej widoczne także dla rynków finansowych. Obniżenie ratingu Polski przez agencję Standard & Poor's to jasny sygnał, że sprawy w Polsce idą w złym kierunku. W okresie od połowy października 2015 r. do końca stycznia 2016 r. wskaźnik WIG20 na warszawskiej giełdzie obniżył się o blisko 17 proc., co jest między innymi przejawem obaw o stabilność sektora bankowego i skutkiem "dobrej zmiany" w spółkach z udziałem skarbu państwa, gdzie sprawdzonych menedżerów zastępują polityczni nominaci. W tym samym czasie kurs złotego wobec euro i dolara osłabił się odpowiednio o 5 proc. i 10 proc., a rentowności 10-letnich obligacji skarbowych wzrosły o ponad 50 pkt bazowych, co oznacza wzrost rocznych kosztów obsługi długu łącznie o blisko 1,5 mld zł. W świetle tych danych wypowiedź ministra finansów Pawła Szałamachy, że polski złoty może pewnego dnia stać się światową walutą rezerwową na równi z dolarem i chińskim juanem, brzmi jak kiepski żart.

Exposé premier Szydło zawierało szereg trafnych obserwacji i rozsądnych propozycji. Obiecująco brzmiały zwłaszcza fragmenty o potrzebie zwiększenia inwestycji i przyspieszenia wzrostu. Ale po trzech miesiącach staje się jasne, że priorytetem rządu PiS jest raczej przejęcie całkowitej kontroli nad państwem, a nieodpowiedzialne zwiększanie wydatków socjalnych ma po prostu na celu uspokojenie opinii publicznej. O żadnym sensownym programie długofalowego rozwoju nie ma mowy. Trzeba jasno powiedzieć, że kontynuacja takiej polityki jest receptą na stagnację i trwałe zacofanie. Po prostu szkoda Polski.



Dariusz Rosati jest profesorem ekonomii i europosłem 

czwartek, 7 stycznia 2016

Komentarz do tytułów na gazeta.pl

pracujesz jako redaktor, i w którym redagujesz stronę główną i wymyślasz klikalne tytuły. Żeby junik-juzer kliknął, żeby zażarło, żeby klikalność (łac. clicalitas) była. Są, dajmy na to, NATO-wskie manewry polsko-niemieckie pod Szczecinem, i ćwiczą żołnierze przechodzenie przez rzekę, a wy w redakcji wymyślacie tytuł: Niemiecka armia na mostach pontonowych przekroczyła Odrę. I na jedyneczkę. I żre. Albo schodzi news o tym, że jakiś totalnie nieznany poseł ledwie zipiącej partii po pijaku odlał się pod pomnik Mickiewicza, a wy tylko ręce zacieracie i dajecie, że Znany polityk obsikał wielkiego Polaka. I jak żre! Ile kliknięć! Clicalitas pęka!
...
Albo jest, dajmy na to, w Czechach święto narodowe i parada wojskowa, i weź to, człowieku, opchnij jako niusa. „Czechy: parada wojskowa w święto narodowe"? No litości, ze dwa kliknięcia by były, dwa jakieś żebrokliki, ale wy – hyc – i tytuł: Uzbrojeni żołnierze na ulicach Pragi. I hula, żre, chłepce jak podupcone. Przy czym rzecz też w tym, że nie wiadomo, czy chodzi o Pragę czeską, czy może jednak tę bliższą ciału, bo warszawską, więc tym chętniej junik-juzer kliknie sprawdzić. Jeśli na Słowacji rząd upadnie, to nie piszecie, że na Słowacji upadł rząd, tylko piszecie, że „sąsiad Polski na krawędzi", bo jeślibyście napisali, że ten sąsiad Polski to Słowacja, toby się pies z kulawą nogą nie zainteresował, bo to, co się dzieje na Słowacji, interesuje wyłącznie studentów słowacystyki i niektórych czechofilów, którzy w swoim czechofilstwie mają słowackie rozszerzenie. A tak: „sąsiad Polski", proszę bardzo – może to Niemcy? – zastanowi się taki junik-juzer – o proszę, wypierniczyli się Szkopiska, a taki ładny kraj, hehe, równe ulice, ładnie pomalowany, szkoda. – A może Rosja? – myśli junik-juzer – a to proszę, doigrali się Kacapy, nosił wilk razy kilka. – A może Czechy? – znowuż juzer kombinuje – też by nie było źle, zarozumiałe Pepiki, oddajcie Zaolzie, a nie piwo pijecie po hospodach z peną na dwa palce.
O, to bardzo delikatna i zniuansowana robota takie wymyślanie tytułów."
(Ziemowit Szczerek, Siodemka)

http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,19436317,to-niewiarygodne-kobieta-wypadla-z-10-pietra-bloku-w-lubinie.html?utm_source=m.gazeta.pl&utm_medium=testbox&utm_campaign=WiadomosciImg

niedziela, 22 listopada 2015

Real-Barcelona 0-4 (21 XI 2015)

ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA plakat

według sztuki noblistki austriackiej Jelinek

wystawiony 21 listopada 2015 w Teatrze Polskim we Wrocławiu
wzbudzając pornograficznej kontrowersje

piątek, 23 października 2015

Polska PIS-u (2005-2007)

Polska wg Jarosława: Co my tu mamy…no to popatrzmy :

1. Plany dodrukowania pieniądza ( śp. szef NBP Skrzypek i premier Kaczyński-2007)
2. Projekt wyprzedania polskich rezerw walutowych z przeznaczeniem na wypłaty dla związkowców i „cele bieżące rządu" ( premier Kaczyński 2007 )
3. Projekt podwójnego opodatkowania Polaków pracujących zagranicą ( minister Gilowska 2007 )
4. Wielomiesięczne opóźnienia w realizacji dopłat dla rolników ( minister Jurgiel 2006)
5. Sześć kilometrów autostrad ( minister Polaczek 2005-2007)
6. Ogłoszenie decyzji o utworzeniu Urzędu ds. Kontroli Mediów i Internetu , czyli po prostu cenzury ( premier Kaczyński i minister Ziobro - luty 2007 )
7. Usunięcie rekomendacji państwa polskiego z listy projektów unijnych planu dożywiania dzieci w szkołach , klasy 1-3 i wstawienie w zamian źródeł geotermalnych o. Rydzyka ( październik 2007)
8. Likwidacja podatku 40% dla najbogatszych Polaków ( 2007)
9. Redukcja składki zdrowotnej i emerytalnej ( 2006 )
10. Tworzenie nowych ministerstw dla koalicjantów ( ministerstwo ds. Połowów Ryb dla 23 letniego działacza LPR z wioski w Zachodniopomorskim – 2006 )
11. Niekontrolowane pompowanie milionowych środków finansowych w upadające państwowe zakłady pracy ( dla związkowców) będące i tak w procesie prywatyzacji.
To są „dokonania" Panów Kaczyńskich z lat 2005-2007.


sobota, 3 października 2015

11 rzeczy, które musisz wiedzieć o Jarosławie Kaczyńskim

30-09-2015 , ostatnia aktualizacja 30-09-2015 08:28

jarosław kaczyński
 fot. marcin kaliński/wprost/pap, getty images  /  źródło: Getty Images

Mama była ważniejsza od polityki. Sam Jarosław jest kopią ojca. Na grób brata jeździ 70 razy w roku.

1. W życiu Jarosława Kaczyńskiego na pierwszym miejscu zawsze była mama.

Mama była ważniejsza od polityki. Wbrew temu, co się sądzi, to nie wokół polityki a wokół niej kręciło się jego całe życie. Jarosław drżał o jej zdrowie i był gotów do największych poświęceń. Po Smoleńsku wydał dla niej specjalną gazetę bez informacji o katastrofie. Była jedyną osobą, która nad nim dominowała i wobec której był uległy.

2. W małżeństwie Jadwigi i Rajmunda Kaczyńskich nie było miłości.

Rodzice Jarosława wzięli cichy i nagły ślub, niecały rok po nim pojawiły się dzieci. Przyjaciele pana Rajmunda twierdzą, że nad domem ciążyło jakie wydarzenie z przeszłości.

3. Jarosław jest kopią ojca.

Odziedziczył po nim silny charakter, zdecydowanie, asertywność, władcze skłonności, ale też niską inteligencję emocjonalną i brak talentów dyplomatycznych.

4. Ojciec miał poczucie wychowawczej porażki. Nie dostrzegał w Jarosławie swojego podobieństwa.

Pan Rajmund był niezadowolony ze sposobu, w jaki chłopców wychowywała pani Jadwiga. Sam był męski, wysportowany, podobał się kobietom, był inżynierem. Synowie od małego interesowali się historią i polityką.

5. Ojca i syna dzieliła też polityka.

Pan Rajmund czytał "Gazetę Wyborczą", nie znosił PC ani PiS. W ostatnich latach życia przestrzegał przyjaciół z Powstania przed rządami Jarosława. Umierał po cichu, skarżył się koleżance, że rodzina chce go oddać do hospicjum.

REKLAMA
REKLAMA

6. Jarosław całe życie dominował nad bratem.

Lech wyprowadzi się po studiach do Trójmiasta, żeby spróbować samodzielnego życia. Jednak nawet na odległość ulegał bratu. Cała jego polityczna kariera została zaprojektowana przez Jarosława.

7. Jarosław był zdolniejszy od brat, ale uważał, że jest odwrotnie.

To dlatego wypychał brata do kolejnych stanowisk: prezesury NIK, udziału w rządzie Jerzego Buzka, prezydentur Warszawy i Polski. Siebie widział jako człowieka od brudnej roboty.

8. Start w wyborach prezydenckich Jarosław konsultował z bratem.

Z Lechem łączy go metafizyczna więź – przynajmniej tak uważa. Jarosław jeździ na jego grób ok. 70 razy w ciągu roku.

9. Jarosław to urodzony przywódca. Ale jest też pełny kompleksów.

Uważa, że jest nieatrakcyjny fizycznie, za niski. Bardzo przejmuje się negatywnymi opiniami na swój temat, bywa drażliwy. Ale jednocześnie nie podporządkowuje się żadnym hierarchiom. M.in. dlatego nie kariery w opozycji. Pierwszym miejscem, w którym poczuje się dobrze, będzie jego własna partia.

10. Instynkt despoty budzi się w Jarosławie bardzo szybko, już na początku lat 90.

Razem z nim pojawia się brutalność. Z jego inspiracji wśród działaczy PC i PiS kwitnie donosicielstwo. Postacią historyczną, która fascynuje Jarosława, jest Józef Stalin. Prezes chętnie posługuje się jego cytatami i przywołuje jego biografię.

11. Po Smoleńsku życie Jarosława wypełnia samotność.

Prezes mówi o swojej codzienności krótko: moje życie jest smutne.

sobota, 26 września 2015

Marta Żmuda-Trzebiatowska-Kula wyszła za mąż

Marta Żmuda-Trzebiatowska kilka miesięcy temu zaczęła spotykać się z młodszym o pięć lat aktorem, Kamilem Kulą. Para poznała się w teatrze, gdzie oboje pracują. Zbliżyli się do siebie podczas prób do jednego ze spektakli. Dla gwiazdy był to pierwszy poważny związek po rozstaniu z długoletnim narzeczonym, Adamem Królem.
Okazuje się, że zakochanych połączyło tak gorące uczucie, że postanowili stanąć na ślubnym kobiercu. O ceremonii, która odbyła się w sobotę poza Warszawą, wiedzieli tylko najbliżsi pary. Weselni goście zostali zaproszeni do małego kościoła na Pojezierzu Brodnickim. Suknię ślubną Marty zaprojektowała jej koleżanka, Natalia Jaroszewska.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Stanisławski - ateizm

Jeżeli, daj Boże, Pana Boga nie ma, to chwała Bogu;
ale natomiast jeśli, nie daj Bóg, Pan Bóg jest, 
to niech nas ręka boska broni.

czwartek, 16 lipca 2015

Droga do kapitulacji. Cipras i Warufakis zdradzają kulisy negocjacji z wierzycielami





2015-07-15 środa

Po referendum, w którym Grecy odrzucili warunki pomocy wierzycieli, ówczesny minister finansów Grecji chciał zaryzykować Grexit, ale nie mógł dać gwarancji, że okazałby się on korzystniejszą alternatywą. Strach wziął górę. Kierownictwo Syrizy postanowiło zmienić front. Premier zgodził się niemal na wszystko, czego zażądali od niego Niemcy, którzy z Grekami nie chcieli nawet negocjować. Ich stanowisko było takie: albo podpisujecie, albo was nie ma.




Wczoraj w greckim parlamencie światła świeciły się do późna. Czyniono ostatnie gorączkowe przygotowania przed dzisiejszym, prawdopodobnie zwycięskim, głosowaniem nad porozumieniem, które premier Aleksis Cipras zawarł z wierzycielami. Porozumieniem, które jest dokładnym zaprzeczeniem haseł, z jakimi szedł do wyborów.

Jak to się stało, że walczący z polityką oszczędności skrajnie lewicowy polityk wrócił do Aten po kilku miesiącach negocjacji w europejskich stolicach z ortodoksyjnie neoliberalnym porozumieniem forsującym politykę już nie tyle zaciskania pasa, co brutalnego sznurowania duszącego gorsetu?

Rozdział I. Grimbo

Syriza wygrała wybory w końcu stycznia tego roku. Została wybrana, bo mówiła „nie" agresywnej polityce oszczędności, którą w zamian za dwa pakiety pomocowe narzuciła jej Trojka – Komisja Europejska (KE), Europejski Bank Centralny (EBC) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW). Premierem został Cipras, a ministrem finansów Janis Warufakis. Panowie zaraz po przejęciu władzy porzucili politykę cięć. W Europie wywołało to święte oburzenie. Wierzyciele przestrzegli, że wypłacą ostatnią transzę z drugiego pakietu pomocowego potrzebną rządowi Syrizy do spłaty potężnych pożyczek zaciągniętych przez poprzedników, ale tylko jeśli uzgodnione wcześniej reformy oszczędnościowe zostaną utrzymane. Ponieważ drugi bailout kończył się zaraz po wyborach, wierzyciele, czyli przede wszystkim strefa euro z Niemcami na czele, dali rządowi Syrizy czas na negocjacje. Pakiet został przedłużony do końca czerwca. Do tego czasu Grecja musiała dojść do porozumienia ze swoimi kredytodawcami. Kraj wszedł w kilkumiesięczny okres zawieszenia nazywany Grimbo od angielskiego słowa „limbo" oznaczającego stan niepewności.

To, jak przebiegały rozmowy, zarysował Warufakis w najnowszym wywiadzie dla brytyjskiego tygodnika „New Statesman". Według niego trudno w ogóle nazwać je negocjacjami. - Starałem się na spotkaniach Eurogrupy (19 ministrów finansów państw strefy euro – przyp. red.) rozmawiać o ekonomii. Nikt tam tego nie robi – wyznał. Warufakis przekonywał, że duszące gospodarkę oszczędności sprawiają, że grecki dług staje się jeszcze bardziej niespłacalny. - To nie chodzi o to, że źle poszło. Spotkałem się z kategoryczną odmową zaangażowania w dyskusje ekonomiczne. Kategoryczną. Przedstawiasz swój punkt widzenia, nad którym pracowałeś, aby był spójny logicznie, a spotykasz się z pustym spojrzeniem. To tak, jakbyś w ogóle nic nie powiedział. To, co mówisz, nie ma związku z tym, co mówią oni. Równie dobrze mógłbyś zaśpiewać im hymn szwedzki, dostałbyś tę samą odpowiedź – stwierdził były minister.

Na początku Syriza chciała dogadać trzy lub cztery reformy, które od razu mogłyby zostać przyjęte, w zamian za pewne ustępstwa w finansowaniu greckich banków. Jednak wierzyciele, chociaż skarżyli się mediom, że Syriza nic nie robi, naciskali na całościowe porozumienie. O niczym innym nie chcieli słyszeć. Nie chcieli też słyszeć o żadnych zmianach warunków pomocy. Według Warufakisa minister finansów Niemiec Wolfgang Schäuble wierzył, że nawet zmiana sytuacji politycznej i rządu nie daje prawa do zmiany zasad gry. - Wtedy zapytałem: może w ogóle nie powinno się organizować wyborów w zadłużonych krajach? Nie otrzymałem odpowiedzi, ale ich pogląd był taki: tak, to byłby dobry pomysł, ale trudny do realizacji. Więc albo podpisujecie, albo was nie ma – powiedział Warufakis.




Niekiedy dostawał wsparcie, ale głównie ze strony szefowej MFW Christine Lagarde. Kiedy zamykały się drzwi na spotkaniach Eurogrupy, Warufakis patrzył w oczy osobom, które sugerowały: masz rację w tym, co mówisz, ale i tak cię zmiażdżymy. Były minister zdradził, że te kraje, od których można by oczekiwać pewnej empatii, jak mające problemy finansowe Portugalia czy Hiszpania, okazywały się największymi wrogami. Sukces negocjacyjny Grecji byłby ich największym koszmarem. Kraje te zgodziły się bowiem zacisnąć pasa i nie chciały wyjść na frajerów. Tamtejsi politycy nie wiedzieliby, co odpowiedzieć swoim obywatelom, kiedy by ich zapytano, czemu oni też nie negocjowali tak jak Grecy.

Jednak to nieunurzane w kryzysie państwa trzęsły Eurogrupą. Według Warufakisa dyrygentem tej orkiestry jest Schäuble. Jedynie francuski minister finansów Michel Sapin w delikatny próbował wtrącać się w słowotok Niemców. Ale na koniec i tak to Schäuble decydował, jak będzie. Inaczej było z Angelą Merkel, która starała się pocieszać Greków i obiecywała, że nie pozwoli zrobić im krzywdy. W czasie finału negocjacji wypłynęły dokumenty wskazujące, że Schäuble chciał czasowego wyjścia Grecji ze strefy euro. Sam Cipras w najnowszym wywiadzie dla kanału telewizji publicznej ERT-1 przyznał, że o tym planie Schäublego dowiedział się już w kwietniu, jednak Angela Merkel zapewniła go, że chciałaby tego uniknąć.

Ostatecznie głos Merkel przeważył. Znamienne, że zawarte z Grecją porozumienie zostało przez Schäublego negatywnie ocenione. I jest to pierwszy raz, kiedy minister finansów publicznie dystansuje się od kanclerz.

Rozdział II. Greferendum

Negocjacje niewiele dały. 25 czerwca wierzyciele zaproponowali finalną wersję swoich propozycji reform oszczędnościowych, które dla rządu Syrizy okazały się nie do przełknięcia. Cipras wobec tego rozpisał referendum, w którym zapytał obywateli, czy godzą się na warunki wierzycieli. W tym samym czasie, aby przerwać szturm zaniepokojonych Greków na banki, wszystkie placówki zamknięto i wprowadzono limit wypłat gotówki z bankomatów do 60 euro. Część banków otwarto chwilę potem, ale tylko dla emerytów – wielu z nich nie ma bowiem kart płatniczych. Seniorzy mogli wypłacić maksymalnie 120 euro tygodniowo. Równolegle wprowadzono ograniczenia w przepływie kapitału. Zaraz potem, 1 lipca, wobec niespłacenia raty kredytu do MFW Grecja stała się niewypłacalna. Mimo to EBC utrzymał awaryjne pożyczki, dzięki którym w szkatułach greckich banków były w ogóle jeszcze jakieś pieniądze. Bank czekał na jakieś przesilenie w negocjacjach. Nie wysłuchał jednak prośby Greków, aby zwiększyć to finansowanie, co by pozwoliło banki otworzyć.

Referendum odbyło się 5 lipca. 61,3 proc. Greków opowiedziało się przeciwko reformom. Na ulicach fetowano wielkie zwycięstwo. Tymczasem, jak wyznał Warufakis w wywiadzie dla australijskiego radia ABC, w siedzibie rządu panowała atmosfera żałoby. - W tym momencie powiedziałem premierowi: jeśli chcesz użyć siły demokracji poza tym budynkiem, możesz na mnie liczyć. Ale jeśli nie jesteś w stanie udźwignąć tego majestatycznego „nie" wobec irracjonalnej propozycji naszych europejskich partnerów, to się stąd wymknę – powiedział Warufakis. Minister finansów uważał, że tak silny mandat, jaki Syriza uzyskała w referendum, upoważnia ją do ostrej gry.



Warufakis szykował się do Grexitu. Z jego wywiadu dla „New Statesmana" wynika, że po tym, gdy EBC zagrał ostro, wywierając presję na greckich władzach poprzez zmuszenie ich do zamknięcia banków, Warufakis też chciał odpowiedzieć ostro. Planował mianowicie puścić w obieg tymczasową walutę w formie bonów albo chociaż to zapowiedzieć, obciąć zadłużenie wynikające z greckich obligacji będących własnością EBC lub to zapowiedzieć, a także przejąć kontrolę nad greckim bankiem centralnym. Rząd powołał nawet tajny pięcioosobowy zespół przygotowujący kraj na wyjście ze strefy euro. Początkowo mógłby to być blef w celu wynegocjowania lepszych warunków, ale mogłoby się też skończyć faktycznym Grexitem, którego Warufakis nie uważał za czarny scenariusz. Chociaż nie mógł dać gwarancji, że Grexit będzie lepszą alternatywą. - Nie jestem pewien, czy sobie z tym byśmy poradzili, bo zarządzanie upadkiem unii walutowej wymaga wielkiej wiedzy, nie jestem pewien, czy poradzilibyśmy sobie bez pomocy z zewnątrz – wyznał.

W referendalny wieczór ścisłe kierownictwo Syrizy, składające się z sześciu osób, głosowało nad tym pomysłem. Większością głosów cztery do dwóch plan Warufakisa odrzucono. Wobec braku gwarancji powodzenia Grexitu Cipras przestraszył się upadku państwa. - Tamtej nocy rząd zdecydował, że wola ludu, to zdecydowane „nie", nie wzmocni [mojego] energetycznego podejścia. Zamiast tego […] premier zaakceptował założenie, że cokolwiek zrobi druga strona, my nie zrobimy niczego, co by kwestionowało jej propozycje – wyznał Warufakis.

Następnego dnia odszedł z rządu. A Cipras zasiadł do stołu negocjacyjnego z wierzycielami. Zaproponował paczkę reform odrzuconych w referendum w zamian za trzeci pakiet pomocowy, uznając, że resztki z drugiego bailoutu już nie wystarczą dla ratowania kraju. W końcu do trzech razy sztuka.

Rozdział III. aGreekment

Po 17-godzinnym maratonie Cipras zawarł w poniedziałek z wierzycielami porozumienie nazwane przez przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska „aGreekment" (od ang. agreement). W zamian za pożyczkę, maksymalnie wynoszącą 86 mld euro, Cipras zgodził się wprowadzić reformy, które są jeszcze ostrzejsze od tych odrzuconych w referendum, przekazać 50 mld euro państwowych aktywów „w zastaw" do specjalnego funduszu powierniczego nadzorowanego przez instytucje europejskie, który je sprywatyzuje, a także pogodzić się z tym, że dług Grecji nie zostanie nominalnie zmniejszony. Brutalne potraktowanie Ciprasa przez europejskich przywódców porównuje się nawet do waterboardingu, czyli tortury polegającej na podtapianiu, a samo porozumienie do traktatu wersalskiego, upokarzającego dla Niemiec porozumienia kończącego I wojnę światową. Cipras zgodził się w zasadzie na wszystko, czego żądali wierzyciele.

Dzień przed głosowaniem w parlamencie Cipras sam zabrał głos. W wywiadzie dla ERT-1 potwierdził, że był zszokowany zachowaniem swoich europejskich partnerów w czasie negocjacji. Choć miał też wsparcie ze strony Francji, Cypru, Austrii i Włoch, które były największym obrońcą Aten.

Powiedział, że bierze odpowiedzialność za podpisanie dokumentu, w który jednak nie wierzy. - To złe porozumienie, ale nie było lepszej opcji, aby uratować Grecję – stwierdził. Zdradził, że spotykał się z przywódcami USA, Rosji oraz Chin. Żaden z nich nie zachęcał go do opuszczenia strefy euro i nie oferował pomocy. - Nigdy nie miałem planu B – wyznał Cipras i dodał, że powrót do drachmy miałby dewastujący wpływ na Grecję. Wspomniał też, że Warufakis jest wytrawnym ekonomistą i dobrym człowiekiem, ale już niekoniecznie dobrym politykiem.

Cipras wierzy, że porozumienie zakończy kryzys w Grecji. Warufakis wprost przeciwnie. Dobrzy politycy zawsze z jakichś powodów są większymi optymistami od dobrych ekonomistów.