Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2010

Wywiad z Tomaszem Nałęczem, kandydatem na Prezydenta RP


Z profesorem Tomaszem Nałęczem – byłym wicemarszałkiem Sejmu, a obecnym kandydatem na prezydenta RP w jego domu spotkali się w imieniu Gaylife Jej Perfekcyjność, a także antarex i ariman. Profesor opowiadał m.in. o swoim stosunku do kwestii związków partnerskich, spraw podatkowych, emerytalnych oraz mówił o swoich konkurentach – innych kandydatach na najwyższy urząd w naszym państwie.

Olechowski, Nałęcz, Szmajdziński – to pewni już w zasadzie kandydaci lewicy i centrolewicy do wyścigu o fotel prezydenta RP. Pan namawia, żeby po tej stronie sceny politycznej zorganizować prawybory i wybrać jedną tylko osobę. A tak całkiem poważnie, wierzy Pan w to, że się coś takiego uda?

Myślę, że to jest niezbędne. Oczywiście, dostrzegam problemy, bo widzę już teraz, że niektórzy z kandydatów nie chcą tak naprawdę walczyć o fotel prezydencki, tylko przy okazji wyborów promować swoje partie. A to jest działanie niebezpieczne – dla samych partii może okazać się ryzykowne, ale i dla wyborów, bo ułatwia sprawę kandydatom prawicowym. Wyborca nie będzie chciał strzelać w powietrze, by pokazać swoją sympatię, tylko będzie chciał autentycznie brać udział w wyborze prezydenta. Tym bardziej, że po kadencji Lecha Kaczyńskiego wszyscy już wiedzą, że mimo swoich w zasadzie niewielkich kompetencji, prezydent może sporo naszkodzić. Dlatego Partia Demokratyczna i SdPl twardo stoją na stanowisku, że trzeba takie prawybory zorganizować. Lewica i centrolewica mają autentycznie szansę powalczyć w tych wyborach, pod warunkiem oczywiście, że nie będzie trzech czy czterech kandydatów z tego obozu. Upodobniliby się wtedy do takich psiaków, które szarpią za nogawkę od spodni kandydata prawicy.

Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że najlepszym kandydatem lewicy i centrum byłby Włodzimierz Cimoszewicz. On już teraz w sondażach przechodzi do drugiej tury. Jego potencjał jest bardzo duży. Problem polega jednak na tym, że on – póki co – zdecydowanie nie chce startować. Gdyby chciał kandydować, to w ogóle nie byłoby mowy o prawyborach, bo byłoby oczywiste, że to on jest kandydatem lewicy i centrum. Na razie jednak musimy sobie radzić i dlatego – niczym w średniowiecznym turnieju rycerskim – wybrać trzeba tę osobę, która pokona pozostałych kandydatów i stanie do decydującego starcia z kandydatem prawicy.


Skoro tak negatywnie ocenia pan prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, to co wskazałby pan jako największą jego wpadkę.

No, tutaj nie wystarczyłoby palców obu rąk i nóg, żeby…

Dlatego proszę tylko o jedną.

Za największą wpadkę będę chyba zatem uważał upartyjnienie urzędu prezydenta RP. W naszym systemie prezydent pełni rolę osoby, która powstrzymuje potencjalnie katastrofalne posunięcia rządu. I w mojej opinii Lech Kaczyński nadużywał tej kompetencji – bo choć większość ustaw podpisał, to zablokował kilkadziesiąt najważniejszych dla rządu. A dodatkowo robił to w myśl zasady „skuś baba na dziada”, niczego w zamian nie proponując. Stał się jakby niekoronowanym liderem opozycji. Moim zdaniem, prezydent RP powinien przypominać sędziego z boiska piłkarskiego. A jeśli sędzia nie ukrywa, że jest zawodnikiem jednej z drużyn i zgodnie z jej interesem odgwizduje decyzje, to wiadomo jak zareagują ludzie na stadionie.
Dodam jeszcze drugą rzecz – to jest elementarny brak tolerancji. Prezydent powinien być przykładem akceptacji, otwartości na ludzi. A Kaczyński jest symbolem postaw skrajnie nietolerancyjnych. Jak choćby w stosunku do dziennikarzy. No jak można na niewygodne pytanie znanej dziennikarki wybuchnąć „ja panią zniszczę”? Po czymś takim prezydent Francji czy USA byłby skończony.

Prezydent USA tak czy owak pojawi się w kampanii. Co więcej, pan już wykorzystuje jego wizerunek na swoich plakatach w kampanii przed-wyborczej. Czy poza wiarą w ludzi i niewiarą w sondaże coś jeszcze Pana z Barackiem Obamą łączy?

Odwołałem się do wizerunku Obamy na moim pierwszym bilboardzie celem spopularyzowania prawyborów, bo zwłaszcza ze strony SLD spotkał się ten pomysł z dużym oporem. Szmajdziński jest taką Hilary Clinton SLD, bo za jego nominacją stoi establishment partyjny. Pamiętajmy jednak, że w USA dzięki prawyborom, outsider, na początku lekceważony przez partyjnych bonzów, ostatecznie wygrał wybory. Brak zgody na prawybory oznacza że lewica i centrum zagryzie się nawzajem i oczywiście przegra wybory prezydenckie.
Obama podoba mi się z wielu powodów. Przede wszystkim ze względu na swoją otwartość i nowoczesność. Po sztywnym Bushu jest bardzo otwarty na ludzi – podobnie po Lechu Kaczyńskim możemy marzyć o takim prezydencie. Jako człowiekowi lewicy podoba mi się to, że sprawność gospodarki łączy z pewnymi powinnościami społecznymi – reforma zdrowia, która ma miejsce w USA wcale nas nie szokuje, ale w tamtym kraju to prawdziwa rewolucja. No i pewna doza idealizmu, jaką przejawia mimo tego, że jest najpotężniejszym człowiekiem świata. Nie boi się mówić o marzeniach.

O marzeniach mówił też Donald Tusk w swoim expose. Mówił o otwartości, o tolerancji, o polityce miłości. Geje i lesbijki bardzo chętnie wspierają Platformę Obywatelską. Gdyby zatem miał Pan powiedzieć w trzech punktach dlaczego mają głosować na Prezydenta Nałęcza a nie na Prezydenta Tuska.

Ja się nie obawiam Polski, której prezydentem będzie Donald Tusk. Tak naprawdę obawiam się tylko Polski, której prezydentem będzie Lech Kaczyński ze swoją nieprzewidywalnością, populizmem i nietolerancją.
Polski Tuska się nie obawiam, bo miałem okazję z nim przez cztery lata współpracować w Prezydium Sejmu…

No dobrze, ale dlaczego zatem mielibyśmy głosować na Pana a nie na Donalda Tuska?

Dobrze jest, żeby lewica i centrum wystąpiły wspólnie jako rywal Tuska w tych wyborach. Po pierwsze, brak konkurencji rozleniwia a poza tym szkodzi. Monopol zawsze działa deprawująco – szereg niespełnionych obietnic bierze się z przekonania Platformy, że poparcie ma dane raz na zawsze. Tusk żywi się obawą przed Kaczyńskim. Centrolewicowy kandydat będzie go motywował i dopingował do działania. Nie mówiąc już o tym, że kampania byłaby początkiem współpracy środowisk centrolewicowych. Mógłby pojawić się trzeci wielki gracz na scenie politycznej i – co mi się potem marzy – wielka koalicja centrolewicy z Platformą Obywatelską.
Silny kandydat z naszej strony nie jest potrzebny, żeby zniszczyć Tuska. Chciałbym, żeby pojawił się on w roli szczupaka, który coraz mocniej osiadłego w mule karpia będzie w stanie skłonić do ruchliwości. Aktualny stan sprawia, że PO przechyla się w stronę konserwatywną a nie liberalną. Na przykład pomysł kastrowania pedofilów jest moim zdaniem niedopuszczalny.

W kilku punktach, które przedstawił Pan jako zarys swojego programu wspomina Pan o dbaniu o mniejszości. Nie wspomina Pan co prawda wprost o mniejszościach seksualnych…

Bo to oczywiste.

Z jednej strony oczywiste – z drugiej jednak nie do końca. Geje i lesbijki w Polsce czują się oszukani przez lewicę z wielu powodów. Przede wszystkim z powodu nierozpoczęcia nawet poważnej debaty nad projektem ustawy o związkach partnerskich, który przygotowała kilka lat temu senator Maria Szyszkowska. Więc jak prezydent Nałęcz zamierza dbać o mniejszości seksualne i czy wsparłby projekt ustawy o związkach partnerskich?

Słowa kosztują znacznie mniej niż uczynki a ja zachęcałbym do oceniania jednak poprzez działania, jakie ktoś podejmuje. Wiadomo, że w kampanii można wiele powiedzieć. Kiedy byłem jeszcze posłem i Wicemarszałkiem Sejmu i ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński, łamiąc prawo, zabronił Parady Równości w Warszawie, demonstracyjnie poszedłem na Paradę mówiąc, że w tej sytuacji każdy z Polaków powinien czuć się gejem.
Nie oszukujmy się, prezydent RP nie ma za wiele do powiedzenia jeśli idzie o przeforsowanie rozwiązań, które nie mają poparcia większości rządowej. Jedną z powinności prezydenta działanie jak hamulec bezpieczeństwa w pociągu. Gdy widzi, że rząd zamierza podjąć działania katastrofalne dla Polski, wtedy powinien interweniować. Natomiast ma możliwość bycia organizatorem publicznych debat i publicznego namysłu, którego dopiero dalszym efektem może być przyjęcie określonych rozwiązań prawnych. Sam zaś prezydent powinien być rzecznikiem otwartości, rzecznikiem tolerancji ale i wyrażać swoje racje.

I jakie byłyby te racje po Pana stronie? Jako Prezydent RP, jakie stanowisko przedstawiłby Pan w takiej debacie? Czy wsparłby Pan taki projekt?

Oczywiście, że wsparłbym! I przekonywałbym do postawy otwartej. Jako historykowi jest mi łatwiej zrozumieć ludzkie lęki. Ludzkość w swoich dziejach bała się różnych rzeczy, z których dziś się śmieje. Chociaż często bezpieczniej się czujemy w stadzie takich jak my, to powinniśmy jednak zrozumieć innych i ich szanować, bo nigdy nie wiadomo, kiedy my sami znajdziemy się w gronie tych „innych”.

Czyli – bo chcę to uściślić – gdybym napisała, że kandydat na Prezydenta RP prof. T. Nałęcz jest za tym, by w Polsce ustanowić związki partnerskie dla par homoseksualnych, to nie będzie to kłamstwo?

Nie, absolutnie nie.

rozmawiała: : Jej Perfekcyjność czyli facet-gej (ten na fotce)







Prof. Tomasz Nałęcz na temat:


1. Ubezpieczeń emerytalnych
- państwo musi być gwarantem systemu emerytalnego i zabezpieczenia na starość
- system nie może być skonstruowany tak, by pauperyzować ludzi
- potrzebna jest publiczna debata, a prezydent powinien być jej moderatorem
- reforma jest niezbędna

2. Ubezpieczeń zdrowotnych
- L. Kaczyński słusznie zawetował ustawy zdrowotne
- PO powinna była zawrzeć współpracę z lewicą w tej kwestii
- nie można zostawiać wszystkiego niewidzialnej ręce rynku
- przy rozwoju medycyny państwa nie stać na finansowanie wszystkich usług

3. Podatków
- przychodzi to z oporem, ale trzeba w Polsce zmniejszyć wydatki socjalne państwa
- nie powinno się becikowego i dodatków rodzinnych stosować powszechnie
- potrzebny jest dialog o uprawnieniach emerytalnych służb mundurowych
- potrzeba publicznej debaty nad długiem publicznym
- nie jest zwolennikiem obniżania podatków
- podatek progresywny jest lepszy od liniowego
- prezydent nie powinien wetować rozwiązań podatkowych
- nie mamy wysokich progów podatkowych

4. Polityki zagranicznej (głównie wschodniej)
- stosunki ze Wschodem są niezadowalające
- Grupa ds. Trudnych pod przywództwem prof. Rotfelda świetnie się spisuje
- nie ma sensu organizować krucjaty antyrosyjskiej
- nie wolno żyć cieniami przeszłości
- Polska powinna smarować mechanizmy kontaktów UE-Rosja
- nie rozumie filozofii PiS: antyeuropejskiej i antyrosyjskiej zarazem






oryginał w całości zjumany z http://www.gaylife.pl/artykul.php?id=1246

środa, 25 listopada 2009

Letnia rezydencja państwa Kwaśniewskich w Idzbarku


Idzbark pod Ostródą w warmińsko-mazurskiem.
Po prawej letniskowy house państwa Kwaśniewskich, a po lewej święcenie drogi doń wiodącej.
I zachwyt Pana Domu :)

P.S. głosowałem na Kwaśniewskiego (8 X 2000). Wygrał w pierwszej turze!

info i foto za Faktem
czyli gazety codziennej
najlepiej poinformowanego
Polako-katolika

środa, 14 października 2009

Krzyś Kwiatkowski o sobie, walce z rakiem i o żonie




Krzysztof Kwiatkowski (dla przyjaciół Krzyś) nowy minister sprawiedliwości od 14 X 2009 opowiada na łamach swojej strony o studiach, walce z rakiem i tym jak poznał swoją żonę. Z racji młodego wieku przypomina mi szalenie ex ministra Ziobrę.

Studia


Studia rozpocząłem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Na egzaminie wstępnym pisałem pracę porównującą Józefa Piłsudskiego i przewrót majowy 1926 z Wojciechem Jaruzelskim i wprowadzeniem stanu wojennego. Napisałem ją na pięć.

Po pierwszym roku byłem równie dobrze znany na wydziale, jak i w akademikach. W trakcie studiów udzielałem się w organizacjach studenckich.

Studia przerwała mi choroba nowotworowa, z którą walczyłem dwa lata. Długie miesiące na chemioterapii, dwukrotny przeszczep szpiku kostnego i widok szpitalnego okna na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Wiem, że moje przeżycia są jednak niczym wobec tego, co usłyszała moja mama, której po nieudanej pierwszej operacji lekarze powiedzieli, że tutaj już nie ma nadziei. Zawdzięczam jej wszystko. To ona doprowadziła do dalszego leczenia w Warszawie i Katowicach. Rzuciła pracę i przez te wszystkie miesiące była razem ze mną. Teraz po przeszło 11 latach, kiedy wiem, że jestem zdrowy, czasami myślę, że gdybym znał całą prawdę na początku, to pewnie zgodziłbym się z lekarzami. Dobrze, że ani ja, ani mój organizm tego nie wiedzieliśmy.

Studia ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim gdzie obroniłem pracę magisterską na temat "Fundacja jako instytucja życia społeczno gospodarczego." Pracę napisałem pod opieką mojego autorytetu prawniczego prof. zwycz. Huberta Izdebskiego. 



Działalność publiczna to moja pasja, ale bez niej również nie poznałbym tej najważniejszej w moim życiu osoby – mojej żony Renaty, która jest dziennikarką w łódzkim ośrodku TVP. Poznałem ją na spotkaniu towarzyskim, w którym uczestniczyli dziennikarze i samorządowcy. Dzięki niej uwierzyłem w miłość od pierwszego wejrzenia.

Mamy dwójkę wspaniałych synów: 8-letniego Kubę i 3-letniego Michałka. Dzieciaki wypełniają mi każdą wolną chwilę. Spacery z młodszym w Parku Helenów, wyjścia na basen lub na rower ze starszym. Wyjazdy całą rodziną na działkę w Łagiewnikach. Wakacje to czas na ulubione wycieczki po górach, a teraz, z uwagi na dzieci, przede wszystkim wyjazdy nad morze. Czasami czytana późnym wieczorem ukochana książka historyczna albo muzyka z młodości: Maanam, Republika. Albo Grzegorz Turnau i Ewa Demarczyk, szczególnie nieliczne utwory z tekstami mojego wielkiego imiennika Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.

Pasjonują mnie dzieje największych władców świata starożytnego – rzymskich Cezarów. Wielki Marek Aureliusz, skromny, spokojny, żyjący zgodne z prostymi i surowymi zasadami stoickimi. Miał głębokie poczucie obowiązku, służenia państwu i ludziom. Dbał o dobre stosunki z senatem, przeprowadził reformy w dziedzinie prawa i administracji. „…po pierwsze nie na oślep i nic bez celu. Po wtóre nic innego nie mieć na względzie jak cel społeczny…” - takie motto zaczerpnięte z jego dziejów znakomicie odnajduje swój sens we współczesności.


prosto z www.kwiatkowski.lodz.pl
9:04 ŚR 14 X 2009

poniedziałek, 5 października 2009

Drzewieckiemu umiera matka. Strona ministerstwa w żałobie

Potępiam urzędniczą prywatę i lizanie dupska szefowi. Śmierć matki to ogromnie przykre zdarzenie, ale urząd ma być urzędem i reprezentować powagę i majestat państwa. Gdy sprzątaczce umrze matka to minister nawet nie będzie miał o tym pojęcia nie marząc już o nekrologach w prasie. LINK do screenu


czwartek, 27 sierpnia 2009

Kogo zabraknie na rocznicy wybuchu wojny?

Sławomir Nowak wczoraj w TOK FM:

- będzie Władimir Putin - premier Rosji

- będzie Angela Merkel - kanclerz Niemiec

- nie przyjedzie Nicolas Sarkozy prezydent Francji, bo ma Polskę w DOOPIE

- nie przyjedzie Gordon Brown premier Wielkiej Brytanii, bo ma Polskę w DOOPIE

- nie przyjedzie ktokolwiek ważny z USA (począwszy od Baraka przez Joe Bidena czy chociaż Hillary Clinton) bo mają Polskę w DOOPIE

Natomiast sam Barak Obama był w Normandii 6 VI 2009 gdzie wspólnie z Sarkozym złożył wieńce na grobach Aliantów w 65. rocznicę operacji Overlord.Był tam też książę Karol Windsor i Gordon Brown. Oni nie mają siebie nawzajem w DOOPIE.Natomiast polskiego prezydenta tam nie było - nie był zaproszony, bo i po co? Polska to kraj malutki i GOOVNO warty.

Dlatego 1 IX 2009 do Gdańska nie przyjedzie nikt znaczący od naszych hamerykańskich sojuszników.

A oficjalny komunikat www.3989.pl :
Uczestnikami uroczystości będą przedstawiciele najwyższych władz państwowych Polski, w tym prezydent RP Lech Kaczyński i prezes Rady Ministrów Donald Tusk, oraz premierzy innych krajów, m.in.: Władimir Putin (Federacja Rosyjska), Andrus Kubilius (Republika Litewska), Valdis Dombrovskis (Łotwa), Andrus Ansip (Estonia), Matti Vanhanen (Finlandia), Fredrik Reinfeldt (Szwecja), Jan Peter Balkenende (Niderlandy), Jan Fischer (Czechy), Mirko Cvetković (Serbia), kanclerz federalny Niemiec Angela Merkel, sekretarz stanu ds. zagranicznych Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej David Miliband, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek.

fotki z Białego Domu; pierwsza to cmentarz aliancki w Normandii
19:10 CZ 27 VIII 2009

czwartek, 18 czerwca 2009

1 papież w Sejmie + 1 Żyd

11 czerwca 1999 JP2 odwiedził Sejm. Dziś 10 lat i 7 dni po tym fakcie cały Sejm platformiany tym się ekscytuje.

Padły wówczas histeryczne słowa:

"Panie papież, powiedz pan swoim ludziom żeby zabrali ten krzyż!" [źródło+foto]


oraz pamiętne przywitanie posłanki SLD Izabeli Sierakowskiej:
"Dzień dobry".

Postkomunistyczna działaczka nawet nie oblizała papie pierścionka. Niechaj będzie wieczyście potępiona!

To nie to co padający na twarz piękny Maryjan.

Cytat:
gdy podczas pielgrzymki w roku 1997 tak mocno przywarł ustami do ręki papieża, że Dziwisz musiał go odganiać [źródło]
Swoją drogą jak wielkim trzeba być idotą by startując z 1. miejsca na liscie Platformy nie zdobyć mandatu. Buahaha. Ballada o pięknym Maryjanie link1 link2

P.S. dlaczego czci się takie mocno nieokrągłe rocznice?

P.P.S. nie płakałem po papieżu

CZ 18 VI 2009

środa, 1 kwietnia 2009

Obama jest wśród nas

Od wczoraj w Anglii. A nasze kaczory kłócą się który z nich się z nim spotka. Najbardziej wyrywa się kaczor prezydencki, w końcu to on uważa się za najpierwszejszego.

ŚR 1 IV 2009, 13:05

wtorek, 1 lipca 2008

Wywiad z Jego Ekscelencją Kaczyńskim (1-VII-2008)


Jest przeciw temu, co sam wynegocjował w czerwcu 2007 i dlatego nie ratyfikuje traktatu, co może być teoretyczną przesłanką do zdjęcia go z urzędu.

wywiad dla Dziennika (1-VII-2008)

a po lewej w koszuli wakacyjnej :)




wtorek 1-VII-2008 12GW


Prezydent: Traktat jest martwy. Nie podpiszę go fot. Igor Morye

Prezydent Lech Kaczyński w wywiadzie dla DZIENNIKA po raz pierwszy mówi, że na razie nie podpisze traktatu lizbońskiego. "Sprawa traktatu jest bezprzedmiotowa" - tłumaczy. I uznaje za niepoważne argumenty, że bez tego dokumentu Unia nie może dalej istnieć. "Traktatu nie ma, ale Unia jest" - mówi DZIENNIKOWI prezydent.

czytaj dalej...
REKLAMA

Co prezydent ma do powiedzenia tym, którzy szybkie zakończenie procesu ratyfikacji traktują jako sygnał niezbędny dla partnerów w Unii Europejskiej? "W Europie politykę uprawia się za pomocą rozmów, często telefonicznych, a nie sygnałów" - mówi.

Kiedy prezydent byłby skłonny zmienić zdanie i złożyć podpis pod traktatem? Lech Kaczyński wyraźnie daje do zrozumienia, że dopiero wówczas, gdy zmieni się stanowisko Irlandii. Ale musi to być decyzja suwerenna, a nie podjęta pod naciskiem innych członków UE. "Jeżeli zasada jednomyślności raz zostanie złamana, to już jej nie będzie nigdy" - mówi. Dodaje, że Polska jest „za słaba, by móc przyjąć tego rodzaju rozwiązania”. I podkreśla: "Traktatu nie ma, ale Unia jest".

Lech Kaczyński przypomina, że identyczny sposób myślenia jak dzisiaj, był po odrzuceniu we Francji i w Holandii traktatu konstytucyjnego. "Unia działała, działa i dalej będzie działać. Oczywiście, nie jest idealna, ale struktura o tym stopniu skomplikowania nie może być idealna" - mówi Lech Kaczyński.

Piotr Gursztyn, Mikołaj Wójcik: Historia prawdziwa Lecha Wałęsy. Ten temat zdominował ostatnie debaty. Czytał pan już książkę?
Lech Kaczyński: Nie, dostałem ją dopiero niedawno. Przyznam nawet, że nie jestem jej szczególnie ciekaw. Mam odpowiednią wiedzę o przeszłości Lecha Wałęsy. Zdarzenia początku lat 70. dlatego mają znaczenie, że odegrały kluczową rolę w pierwszej połowie lat 90. i w znacznym stopniu zaciążyły na jego prezydenturze. To jest moja teza od wielu lat. Od chwili, kiedy w mieszkaniu państwa Wałęsów zobaczyłem jesienią 1990 r. pewną osobę niewidzianą od lat.

A to był Mieczysław Wachowski.
Tak. Chociaż nie doceniłem późniejszej roli Wachowskiego, nie miałem wątpliwości, co się zaczyna dziać. Nie przypuszczałem jednak, że Wałęsa, który wtedy miał instynktowną umiejętność gry na różnych fortepianach, będzie korzystał tylko z tego jednego. A okazało się, że to główny fortepian i pierwsze skrzypce naraz. I do dziś nie mogę zrozumieć, jak ktoś mógł tego nie widzieć. Lech Wałęsa został prezydentem pod hasłami dokończenia solidarnościowej rewolucji, rozumianej w pewnym wymiarze społecznym. Tak, by w walce o własność szeroko rozumiana nomenklatura nie miała przewagi nad resztą społeczeństwa. Został wybrany, żeby zbudować państwo, które nie jest po prostu nadbudową nad PRL. Wygrał wybory, po czym natychmiast zmienił kurs. I to najgorsza część nomenklatury, esbecka, stała się jego bazą.

Autorzy książki dowodzą, że Wałęsa urywa się SB w latach 70. W latach 80. jest niepodatny na jej naciski. I nagle w latach 90. znów do tego wraca.
O tym co było w latach 80., nie wiem wszystkiego, choć niewątpliwie wtedy Lech Wałęsa był przywódcą ogólnonarodowej walki. Nie będę się więc wypowiadał. Wiem, co było wcześniej i później. Moim zdaniem wykorzystano i umacniano w nim przekonanie, że jeśli się przeciwstawi tym siłom, to one go skompromitują. Z drugiej strony sugerowano mu, że jeśli przymknie oczy, to będzie rządził Polską bez przeszkód przez wiele lat. To na pewno nie była jedna rozmowa. Osiągnięto to małymi krokami.

Dlaczego po 1991 r. w Kancelarii Prezydenta, poza zmarłym już Andrzejem Zakrzewskim, nie było nikogo spoza służb i wojska?
Bo takimi ludźmi najłatwiej się steruje. To bardzo prosty mechanizm. Oczywiście, było to w dużym stopniu chaotyczne, bez wielkiego planu, który w okresie rozpadu systemu moim zdaniem nie istniał. Ale dawało efekty.

Jak to ktoś przeczyta, to zaraz krzyknie: to czemu Kaczyńscy popierali Wałęsę w 1990 r.?
Bo wówczas stał na czele tej części społeczeństwa, która chciała radykalnych zmian i trudno było przewidzieć, że wydarzenia z początku lat 70. wpłyną w takim stopniu na jego postawę. Że ja coś o Wałęsie wiedziałem? Tak, od niego samego! Wiedziałem, że coś jest z nim nie w porządku. Nie wiedziałem jednak, że był "Bolkiem". Nie zdawałem sobie także sprawy, że dokona takiego zwrotu. Potem szybko mój brat się zorientował, jak jest naprawdę. Ale trwała walka polityczna i trzeba było przetrwać do wyborów parlamentarnych. 30 października rozstaliśmy się.

A pan kiedy się dowiedział o Wałęsie?
Gdy w 1981 r. Andrzej Kołodziej roznosił taką wiadomość, to absolutnie w to nie wierzyłem, choć byłem przeciwnikiem Wałęsy. On sam mi potem coś sugerował. Znałem Wałęsę od 1978 r., ale w tamtym okresie trzymałem raczej z grupą Andrzeja Gwiazdy. Trwałem przy nich prawie jak Charłamp przy Radziwille, jednak z czasem nasze relacje osłabły. W 1982 r., gdy Wałęsa wyszedł z internowania, ja też zostałem uwolniony. Wtedy jeden z kolegów, Jerzy Trzciński, przyprowadził mnie do Wałęsy, który zaproponował mi bliską współpracę. Trwała ona osiem lat.

To wtedy była ta "wódka z gwinta"?
Zdarzały się sytuacje, gdy wyciągał butelkę czystej, a mi - jako inteligentowi - proponował brandy. Czasy były ciężkie. W takich sytuacjach Wałęsa mi opowiadał o sobie dużo ciekawych rzeczy. Wspominał, że w roku 1970 był głupi, chociaż wcześniej zachowywał się mądrze. Nie zdradzał jednak szczegółów owej głupoty.

Książki pan nie czytał. Ale jak ocenia pan prezydent debatę wokół niej?
Ona ma dwie płaszczyzny. Gdyby prezydentura Wałęsy inaczej się potoczyła, to tamten incydent sprzed wielu lat, błąd, grzech, nie miałby żadnego znaczenia. Ale stało się inaczej. Wałęsa jako autorytet dla grupy, która go broni, jest niezwykle istotny. Dobry jako ikona i dowód na to, że autorytet to jest rola społeczna. Dla środowiska, któremu moralnie można by wiele zarzucić, tego rodzaju sytuacja jest niezmiernie wygodna. Proszę zwrócić uwagę, że ci sami ludzie, którzy dziś uchodzą za największych obrońców autorytetu Wałęsy, w czasie jego prezydentury krytykowali go, a czasem wręcz wyśmiewali. I wreszcie musi paść pytanie o status prawdy w Polsce. Czy jeżeli ktoś pełni rolę społeczną autorytetu, to nie można o nim napisać prawdy? Czy odwrotnie, jeśli ktoś nie ma takiej pozycji, to można o nim pisać nieprawdę? To elementarny spór moralny.

Ten podział w sprawie Wałęsy przebiega jednak niemal identycznie jak podział polityczny. Niewielu jest ludzi takich jak Andrzej Czuma, którzy się z niego wyłamują.
Bo obecny rząd wygrał wybory dlatego, że się związał z establishmentem. Dawny program Jana Rokity - szarpnięcia cugli, oczyszczenia państwa - był niejednokrotnie bardziej radykalnie antyestablishmentowy od programu PiS. A na czym polegała polityka PO w latach 2005 - 2007? Na wiązaniu się z tą grupą. Więc jeśli dziś ma tam bazę, przecież nie będzie z tego rezygnować. Tym bardziej że w tych kręgach olbrzymią rolę grają osobiste ambicje.

To tam generowany jest pogląd, że publikacja powstała na zamówienie obozu politycznego związanego z PiS?
To jest nieprawda. Powstała na zamówienie ludzi IPN, których albo nie znam, albo znam bardzo mało. Moja opinia na temat pana Sławomira Cenckiewicza jest dość krytyczna, choć osobiście wcale go nie znam. Wydaje się bardzo radykalny. Pana Gontarczyka też nie znam. IPN nabrał pewnej dynamiki, co jest zasługą prezesa Janusza Kurtyki. Nie ma tu żadnego naciskania. To dynamika własna, nawet z pewną niechęcią do polityków. I olbrzymią podejrzliwością tych 30-letnich historyków wobec ludzi mojego pokolenia, co mi się nie podoba.

Ale może panu przypaść rola obrońcy IPN.
To będę go wtedy bronił. Na razie jeszcze nie widzę powodów. Widzę tylko, że to być może ostatnia szansa w Polsce na walkę o elementarną zasadę: o prawdę. To prawo ludzi, którzy żyją w demokracji. Oni mogą uznać, że to nie miało żadnego znaczenia. Ja sądzę inaczej. Jeżeli czegoś nie rozumiałem, to do momentu, kiedy byłem ministrem stanu w Kancelarii Prezydenta. Po tym, co tam przeszedłem, rozumiałem już bardzo wiele.

Minął półmetek pańskiej prezydentury. Jak samopoczucie, panie prezydencie?
Dziękuję, dobrze. Zdaję sobie sprawę, jaką ocenę mi się wystawia, ale mam też swoją własną. Oczywiście, nie jest celująca, ale wydaje mi się, że w tych sprawach, na których mi zależało, to cele zostały zrealizowane.

To co się udało?
Mówię o pewnej reformie polskiej polityki zagranicznej, o likwidacji WSI. O dbaniu, by nie dochodziło do konfliktu społecznego. To bardzo długo mi się udawało - ja i moja kancelaria braliśmy w tym bezpośredni udział. Aż do protestu pielęgniarek, który miał czysto polityczne podłoże, panował spokój społeczny. Mówię o wspieraniu ekspansji polskiego kapitału, na ogół rządowego, bo inny na tę skalę w Polsce nie istnieje. Tu mam na myśli np. Możejki. W 2006 r. udało mi się doprowadzić do zmiany premiera, który wówczas na tym stanowisku moim zdaniem nie sprawdzał się. Zdołałem też doprowadzić do wymiany dwóch ministrów, którzy okazali się niewłaściwymi ludźmi na niewłaściwym miejscu. Niewątpliwym błędem był Janusz Kaczmarek.

Ale były też drobne lapsusy, typu "małpa w czerwonym".
Chodziło o osobę, którą kiedyś znałem i lubiłem, ale potem zachowała się bardzo nielojalnie. Może również niepotrzebnie oceniałem moją, skądinąd niezwykle cenioną koleżankę z roku, panią sędzię Małgorzatę Mojkowską. Były też takie sprawy, jak torebka mojej żony, odwrócona flaga, sprawa Huberta H. czy ostatnio karetki, która przecież nigdy nigdzie nie stacjonowała. Wszystkie takie drobne sprawy są nieproporcjonalnie nagłaśniane przeciwko mnie. Takich przykładów jest zresztą więcej. Do tego dochodzi nieustanna krytyka wobec ludzi, którzy ze mną współpracują. A nie byłoby reformy polityki zagranicznej bez twardego charakteru oraz inteligencji i lojalności Anny Fotygi. Ona pierwsza potrafiła mocno nadkruszyć tzw. "gmach". Moja kancelaria funkcjonuje dobrze, co przejawia się większą ilością projektów ustaw, inicjatyw, wyjazdów. Bez inteligencji, zręczności w nawiązywaniu kontaktów i zjednywaniu ludzi przez Małgorzatę Bochenek, bez Michała Kamińskiego, Macieja Łopińskiego, Ewy Ziomeckiej i wielu innych moich współpracowników nie byłoby to możliwe.

Jakość "opakowania" też jest ważna. Jest problem z pańskim wizerunkiem.
Tylko jaki mogę mieć wpływ na to, że na mój temat pojawia się ciągle mnóstwo nieprawdziwych informacji? Proszę postawić się w mojej sytuacji. Co mogę zrobić, gdy pojawiają się informacje, że nadużywam alkoholu, że mam poważne kłopoty ze zdrowiem, że osobiście angażuję się w działania przeciwko jakiemuś bezdomnemu? Pewne fakty są wymyślane, innym nadaje się wielką rangę, mimo że są drobne i nieistotne. Media mają olbrzymią siłę: siłę nadawania sensu. Ze zdarzenia bez znaczenia można zrobić olbrzymią aferę. Tak samo ze zdarzeniem nieprawdziwym. Nic nie wiedziałem o Hubercie H. Co więcej pani prokurator apelacyjna też nic nie wiedziała. To była sprawa na szczeblu prokuratury rejonowej. Domyślam się, że była to osoba pod wpływem alkoholu, z którą policjanci nie mogli dać sobie rady, naubliżała także braciom Kaczyńskim i dzięki temu mieli lepszą podstawę, aby ją zatrzymać. Taki był mechanizm tej sprawy.

Pana przeciwnicy rozumieją tę zasadę. I z niej korzystają.
Ale jaki mam wpływ na to, że przez kilkanaście dni mówi się nieprawdę? Oczywiście, jestem osobą bardzo niewygodną z punktu widzenia pewnego układu sił, establishmentu, który ukształtował się w pierwszej połowie lat 90. Krytycznie odnosiłem się do ówczesnej rzeczywistości. Szczególnie z pozycji prezesa NIK. Tacy jak ja wywołali poczucie zagrożenia. Ponad miarę, bo moja działalność na stanowisku ministra sprawiedliwości była walką tylko z kryminalną przestępczością. Ale ja sam nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak niewiele dzieli zorganizowaną przestępczość od świata biznesu i pewnej części świata polityki. Ta wiedza przychodziła z czasem. Na przykład o tym, że biznesmen, który jest znajomym premierów, potrafi siedzieć przy jednym stole z zawodowym mordercą i omawiać sprawę zabójstwa szefa policji. Tak było. I jestem przekonany, że "Dramat w trzech aktach" i temu podobne bzdury były związane z poczuciem zagrożenia tych, którzy sądzili, że ja wiem więcej, niż rzeczywiście wiedziałem.

"Dramat w trzech aktach" wówczas obu panom zbytnio nie zaszkodził.
Nasze notowania w sondażach spadły wtedy do 6 proc.

Dziś też są bezlitosne.
W życiu miałem różne sondaże. Gdy byłem prezydentem Warszawy, zarzucono mi, że dołączywszy PIT do oświadczenia majątkowego, nie wpisałem jako dochodu dodatkowego, tak jak 85 proc. innych prezydentów miast, swojej gaży poselskiej, o której wszyscy zresztą wiedzieli. To był mój podstawowy i jedyny dochód, więc nie uznałem go za dodatkowy. Była wtedy parotygodniowa akcja z panem Sławomirem Jeneralskim na czele, który wówczas okazał się wysoce obiektywnym dziennikarzem. Moje notowania spadły wówczas do poziomu gorszego niż obecne. To było latem 2003 r. Co było 2 lata później, jesienią 2005, to sami panowie pamiętacie. Trudno więc przewidzieć, co będzie w 2010 r. Może pojawi się jakaś nowa wielka indywidualność na polskiej scenie politycznej? Zobaczymy.

To ciekawe. Kim będzie ten trzeci?
Na dziś to byt czysto teoretyczny. Wśród osób, które znam, widzę tylko jednego polityka, którego indywidualność uważam za przeważającą w stosunku do mnie.

Pański brat na prezydenta 2010?
Nie, nie sądzę, by ten polityk był moim konkurentem (śmiech).

Czyli podjął pan decyzję o starcie w następnych wyborach?
Każdy w połowie kadencji, będąc w wieku, który w Europie jest nieco niższy od średniej wieku innych prezydentów, chociaż jest też wielu młodszych ode mnie, ma tego rodzaju perspektywę. Natomiast jaka będzie decyzja za dwa lata, trudno mi na razie powiedzieć.

Jako pierwszy sukces prezydentury wymienia pan przedefiniowanie polityki zagranicznej.
Dla Polski podstawową płaszczyzną jest Unia Europejska. Moja polityka jest drogą, która ma doprowadzić do tego, by numer telefonu polskiego prezydenta czy premiera był często używany przez polityków z Berlina, Paryża czy Londynu lub innych stolic.

A nie jest używany?
Moja polityka dawała rezultaty, ale wielu się nie podobała. Musiała się nie podobać, bo my robiliśmy to, co w naszym interesie. Ale czy ja w UE nie byłem solidarny? Przecież zgodziłem się, na przykład na politykę klimatyczną z punktu widzenia Polski ryzykowną. To był mój gest w stosunku do pani kanclerz Angeli Merkel. Niestety nie zawsze mogliśmy liczyć na podobne gesty pod naszym adresem.

Złoży pan podpis pod ratyfikacją traktatu lizbońskiego?
W tej chwili to bezprzedmiotowe.

W Polsce podnoszony jest argument, żeby szybko podpisać. To ma być sygnał dla Unii.
W Europie nie uprawia się polityki wysyłaniem sygnałów czy znaków tylko za pomocą rozmów, często właśnie telefonicznych. To w tym systemie trzeba istnieć na wielką skalę. A żeby istnieć, trzeba być silnym. Jeżeli nie własną siłą, to siłą porozumień, umów i wpływów. A przy tym być możliwie sympatycznym.

Mówi pan o Unii jako podstawowej płaszczyźnie. A sojuszników szukamy głównie poza nią.
Istotnym elementem polityki południowo-wschodniej jest bezpieczeństwo energetyczne, czyli dążenie do częściowego uniezależnienia się od Rosji. Częściowego, bo nie da się w pełni uniezależnić. Biorąc pod uwagę sposób myślenia tamtejszych elit, tego rodzaju związek gospodarczy ma olbrzymią siłę. Moim zadaniem jest zbudowanie takich więzi, które będą trudne do zerwania i przyniosą wspólny pożytek.

Ale po co to wszystko?
Trudno być krajem najsłabszym wśród silnych, do tego tak położonym. Dlatego często lepiej być najsilniejszym wśród słabszych. To nie romantyzm, tylko czysta kalkulacja naszych interesów. W UE trzeba się liczyć, bo inaczej przegrywa się swoją szansę. Jak to określił Bronisław Geremek, na którego rzadko się powołuję, trzeba zrozumieć konkurencyjny charakter stosunków międzynarodowych w Unii. Polska nie jest w stanie wszystkiego zbudować w oparciu o współpracę z Niemcami, bo często nasze interesy są odmienne. Oni odbudowują swoje stosunki z Rosją. I jeżeli jakiś polski polityk uważa, że to wspaniałe, to przestaje być już polskim politykiem. Jestem za zbliżeniem z Niemcami, ale trzeba być też realistą.

Mamy być blisko Niemiec w stanowisku wobec Irlandii i traktatu lizbońskiego?
W tej chwili sprawa traktatu jest bezprzedmiotowa. Trudno jednak powiedzieć, jak to się skończy. Natomiast twierdzenie, że skoro nie ma traktatu, to nie ma też Unii, jest niepoważne. Weźcie panowie pod uwagę, że ten sposób myślenia był też wtedy, gdy przepadł traktat konstytucyjny. A Unia działała, działa i dalej będzie działać. Oczywiście, nie jest idealna, ale struktura o tym stopniu skomplikowania nie może być idealna. To dziesiątki instytucji o bardzo silnej własnej dynamice tworzących nową rzeczywistość niejako obok polityki.

Duże państwa UE naciskają na Irlandię, by jednak w jakiś sposób przyjęła traktat.
Marszałek Michaił Kutuzow mawiał: "czas i cierpliwość". Tu obowiązuje zasada jednomyślności. Traktat lizboński, a dzisiaj raczej projekt traktatu, tę zasadę zachowuje, choć w zmniejszonym obszarze. Jeżeli zasada jednomyślności raz zostanie złamana, to już jej nie będzie nigdy. Jesteśmy za słabi, by móc przyjąć tego rodzaju rozwiązania. Jesteśmy w UE szóstym państwem, ale to nie oznacza, że możemy swoją siłę porównać z większymi od nas. Tutaj trzeba prowadzić nieporównanie bardziej skomplikowaną grę. Kiedy trzeba działać kolektywnie w ramach Unii, a kiedy indywidualnie? Stanowczo broniłem naszego indywidualnego, dwustronnego charakteru rozmów z Amerykanami w sprawie obrony przeciwrakietowej. Tutaj żaden kolektywizm nie jest dla nas korzystny. Odmawiałem wielu, którzy starali się w tej sprawie na mnie naciskać. Ale już na przykład w niektórych sprawach związanych ze stosunkami Unii z Rosją, kolektywizm jest dla nas korzystny. Wszystkie państwa tak postępują.

Naprawdę tak da się grać?
Tak, tylko trzeba umieć. Tak było w Bukareszcie na szczycie NATO. Przysłano mi ostateczny tekst komunikatu i widziałem, że jest do uzyskania znacznie więcej. I uzyskaliśmy dużo więcej.

Obecny rząd twierdzi, że w sprawie tarczy antyrakietowej byliśmy nader sympatyczni dla Amerykanów. I co będzie? Fiasko?
Poprzedni rząd zdecydowanie, ale z dobrą wolą prowadził rokowania z Amerykanami. Tarcza jest ważna dla Polski ze strategicznego punktu widzenia. O tym między innymi rozmawiałem z prezydentem George’em Bushem i panią Condoleezzą Rice w Izraelu, gdzie specjalnie dla tej rozmowy zostałem trochę dłużej, niż planowałem. Sprawa tarczy jest dla Polski kluczowa. Chodzi mi o to, żeby Amerykanie byli bardziej zainteresowani bezpieczeństwem naszego kraju.

Mówi pan o ratowaniu tarczy. To już ten etap, że trzeba ją ratować?
Oczywiście.

Zostało jeszcze dwa i pół roku tej kadencji. Wyznaczył pan sobie cele na ten czas?
Najważniejszy to polska polityka zagraniczna. Będę walczył o to, by była kontynuowana, a nie zmieniana. Drugą kwestią jest obrona równowagi społecznej w Polsce. Niewątpliwie to dotyczy przede wszystkim ochrony zdrowia i edukacji. Nie mogę pozwolić dalej zakłócać tych resztek równowagi, którą mamy. Reformy są potrzebne, ale nie w stronę, w którą w tej chwili próbuje je prowadzić rząd. Zdaję sobie sprawę, że tu jest wiele paradoksów. Choćby taki, że dzisiaj znaczna część bogatej młodzieży studiuje bezpłatnie, a duża część biedniejszej odpłatnie na prywatnych uczelniach.

Panie prezydencie, to argumenty liberałów.
Zdaję sobie z tego sprawę. Ale czy jeśli ktoś nie jest liberałem, to musi uważać, że wolność nie jest żadną wartością? Nie, tylko rozumie, że poza wolnością są jeszcze inne wartości. Znam ten argument i go doceniam. Ale zdaję też sobie sprawę, że zasada płacenia za studia jest niekonstytucyjna i będzie pogłębiała nierówności. Nie mogę zgodzić się na przyjmowanie takich rozwiązań ustawowych.

Jest pan alibi dla rządu Donalda Tuska. Liderzy PO mówią: nie będzie najważniejszych reform, bo prezydent je wetuje.
Poza drobną nowelizacją kodeksu cywilnego za rządów PiS, gdzie był błąd, zawetowałem tylko ustawę medialną. Więc twierdzenie premiera, że ja paraliżuję prace rządu, jest absurdem. Nie podejmuję żadnych działań o takim charakterze. Natomiast nie kryję swoich przekonań. Jeśli się traktuje wielomiliardowy majątek jako kolejną masę upadłościową do nabycia za 10 procent jego wartości, to nie ma na to mojej zgody. Jeśli dzisiaj służba zdrowia działa źle, to wówczas będzie działać jeszcze gorzej. Aleksander Kwaśniewski w swojej kadencji miał 23 udane weta. I to w kluczowych sprawach. Wówczas nie kwestionowano tego uprawnienia prezydenta. W ogóle pierwsze miesiące nowego rządu to próba redefiniowania prezydenckich uprawnień. To, co było bezdyskusyjne, dzisiaj jest kwestionowane.

Pojawiły się pomysły zmian w konstytucji.
Jestem gotów poprzeć zmiany dotyczące doprecyzowania uprawnień rządu i prezydenta. Ale na pewno nie poprę takich pomysłów, które miałyby prowadzić do klasycznego liberalizowania Polski. Nigdy się nie przedstawiałem jako liberał. Nigdy nim nie byłem. I nigdy nie będę. Kiedyś uznawałem takie poglądy, jakie prezentowała grupa moich trójmiejskich znajomych, za niegroźne i oryginalne. Później, w latach 80. z nimi dyskutowałem. Ale zawsze były to spotkania polemiczne. Nic się nie zmieniło.