czwartek, 10 maja 2012

Dancewicz: Żyję ot tak

25 kwi, 10:05 Wiktor Krajewski / Onet.
Renata Dancewicz
fot. Reporter Poland

Lata 90. miała u swoich stóp. Pojawiała się w kluczowych produkcjach filmowych tamtego okresu: "Tato", "Ekstradycja" czy "Pułkownik Kwiatkowski". I za każdym razem olśniewała widzów nie tylko swoim talentem, ale i wyglądem. Widok jej nagich piersi potrafił rozczulić do łez nawet samego Marka Kondrata! W tym wywiadzie Renata Dancewicz zdradza między innymi, czy dziś rozebrałaby się na potrzeby filmu oraz kiedy kanapka ze szczypiorkiem smakuje najlepiej.

Zaprosiłaś mnie do swojego mieszkania. W którym pomieszczeniu toczy się życie w twoim domu?

Głównie w kuchni i salonie. Tu jest komputer, tu pracuję, tu jest też pokój dziecięcy, wszystko razem. Zawsze siedzimy tutaj na kupie i każde z nas coś robi.

Lubisz gotować dla całej rodziny?

Nie lubię i nie umiem. W ogóle szkoda mi czasu na gotowanie. Wychodzę z założenia, że nie wolno się do niczego zmuszać. Oczywiście jeśli ma się dziecko, trzeba mu czasami dać coś do jedzenia. Jednak ja mam to szczęście, że mój Jurek jest niejadkiem (śmiech).

Skoro gotowanie nie jest twoim hobby, to pewnie sprzątać lubisz?

Też nie! Ale do tej czynności mam jednak większe ciągoty, niż do stania przy garnkach i pichcenia w pocie czoła. Robię to jednak bardzo rzadko, wręcz sporadycznie. Wiesz co, dla mnie gotowanie jest czynnością charytatywną.

Co masz na myśli mówiąc "charytatywna"?

Bo jak już coś ugotujesz, to zazwyczaj nie chce ci się już tego jeść. Człowiek się nawącha do tego stopnia, że później nie ma już przyjemności z jedzenia. Więc głównie korzystają z tego inni.

Mnie nigdy nic nie wychodzi.

Mnie również bardzo często (śmiech). Skoro nie biorą dokładek, to jest to dobry weryfikator, że twoje starania poszły w cholerę (śmiech).

Domyślam się, że lubisz więc jeść w knajpach?

Mało, że lubię. Uwielbiam! To jest chyba najfajniejsza rzecz pod słońcem. W moim poprzednim mieszkaniu nie miałam nawet kuchni. Stała tylko mała lodówka i czajnik elektryczny. A jedzenie w knajpach? Zawsze smakuje najlepiej! W ogóle bardzo lubię jeść. A już najbardziej wtedy, gdy ktoś mi podaje do stołu.

Która kuchnia smakuje ci najbardziej?

Zdecydowanie tajska i hinduska.

Jesz w miejscach, które są modne na dany czas?

Niekoniecznie. Byłam w takich paru (śmiech). Ale jakoś nie czerpię przyjemności z przebywania w modnych restauracjach czy kawiarniach. Wiesz, zawsze wymaga to od ciebie, że trzeba się ładnie ubrać, umalować i ogólnie dobrze się prezentować.

Czyli mam rozumieć, że nie lubisz ładnie wyglądać?

Lubię, problem polega na tym, że nie za bardzo chcę mi się starać. Dla mnie jest to bardzo duży wysiłek. Są takie osoby, które naturalnie dobrze wyglądają i ubierają się modnie. A mi się po prostu nie chce! Dlatego tak często olewam bankiety czy inne premiery.

Właśnie, nie jesteś kojarzona z bywania. Nie widać cię na premierze nowych perfum, szczoteczki do zębów czy otwarciu spa.

Zdarza się to bardzo sporadycznie, żebym brała udział w tego typu eventach. Zupełnie mnie to nie kręci. Idziesz, zakładasz coś, fotografują cię, obgadają, a później nie wypada założyć tego samego drugi raz. Więc jaki w tym jest sens?

Zawsze możesz pożyczyć coś od projektantów, tak jak robią to inne gwiazdy.

Ale to trzeba pójść, przymierzyć, zrobić fryzurę i make-up. Szkoda życia na te głupoty! Wolę grać w karty, pojechać gdzieś daleko, poczytać książki czy iść do kina.

Wiesz jak funkcjonujesz w środowisku mediów?

Nie, może mi zdradzisz?

Jako osoba niezwykle mądra i inteligentna. Moi znajomi dziennikarze, kiedy dowiedzieli się, że dzisiaj z tobą porozmawiam powiedzieli: "O, ta ma w końcu coś do powiedzenia".

Naprawdę? (śmiech) Śmieszne jest to co mówisz.

Dlaczego?

Może ta opinia związana jest z tym, że lubię się wymądrzać. Jestem bardzo apodyktyczna i nie potrafię się kłócić. Bardzo wiele osób myśli wówczas, że na nich krzyczę.

O filmowym środowisku mówi się, że jest w nim masa głupków. Prawda to czy fałsz?

Od ludzi nie można zbyt wiele wymagać, bo przecież nie każdy musi być wielce interesujący lub być intelektualistą.

O aktorach krąży nawet taka opinia, że dla nich to lepiej jeżeli są głupi.

Aktor może być inteligentny, jeżeli nie przeszkadza mu to w pracy.

A tobie kiedyś to przeszkadzało?

Nie jestem fanatyczną aktorką. Nie należę do grona tych bardzo aktywnych, którzy zabiegają o rolę i cały czas spędzają na przesłuchaniach czy castingach. Często mam wrażenie, że pomyliłam się w wyborze zawodu.

Studiowałaś rok prawo. Wolałabyś być teraz prawniczką?

Chyba nie. Gdybym znalazła coś fajniejszego dla siebie, próbowałabym to wykonywać i się realizować. Ale teraz konkretnie nie przychodzi mi do głowy, co to by mogło być (śmiech).

A skąd u ciebie to poczucie złego wyboru?

Aktorzy muszą lubić się pokazywać. W takim pojęciu, że nie mogą odczuwać z tego tytułu przykrości. Osobiście nienawidzę, jeżeli ktoś się na mnie gapi.

Czujesz się wówczas skrępowana?

Mnie to bardzo paraliżuje. Tak już mam, a jak wiadomo, nie jest to dobre w zawodzie aktora.

Wielu aktorów jest nieśmiałych?

Bardzo wielu. Gajos często w wywiadach mówi, że nienawidził jak na przyjęciu ludzie myślą, że będzie niczym Tureckim. który sypie kawałami jak z rękawa. Jednak dla wielu aktorów ich praca to idealny sposób na wyżycie się. U mnie jednak tego wyżycia się nie ma. Kiedyś byłam chorobliwie nieśmiała, teraz się to zmieniło. Jestem asertywna, ale bardziej w typie intro.

To nie lubisz pewnie jeżeli ludzie na ulicy podchodzą i proszą cię o autograf?

Nie to, że nie lubię, bo ci ludzie zawsze podchodzą z dobrą intencją. Nikt nie podszedł do mnie ze słowami, że jestem głupią pindą. Pewnie nie chce się ludziom wykonywać takiego wysiłku (śmiech). Jak ktoś podchodzi i prosi o autograf czy zdjęcie, to...

Pozujesz z krzywym uśmiechem?

(śmiech) Czasami. Takie sytuacje zdarzają się dość często w związku z tym, że gram w "Na Wspólnej". Ludzie zazwyczaj utożsamiają mnie z moją postacią. Często radzą mi czy nawet pytają, dlaczego się puściłam i po co mi to nieślubne dziecko. Absolutne nie mam pretensji o sytuacje tego typu! Gdybym miała, musiałabym być skończoną kretynką, a nią nie jestem (śmiech). Nie czerpię przyjemności z popularności.

A co z poczuciem niespełnienia w zawodzie?

Po części je mam.

W latach 90. byłaś często obsadzana w wielu różnych filmach, a teraz nie ma na ciebie specjalnie szału.

Zagrałam wtedy w paru rzeczach, ale ja nigdy nie należałam do tych niezwykle zapracowanych aktorek. Pewnie dlatego, że nie latam, szukam czy sama wychodzę z inicjatywą i wymyślam własne projekty. Zazwyczaj czekam na propozycje. Jak są, to są, a jak ich nie ma, to nie ma. Oczywiście, zdarzają się momenty, kiedy nachodzi mnie uczucie, że nie do końca spełniam się w aktorstwie czy że nie robię nic więcej. Ale! Ja nie jestem pracoholiczką, tylko hedonistką i uwielbiam funkcjonować sobie ot tak. Dopóki starcza mi pieniędzy na życie jest dobrze

To chyba jest bardzo dobrze podejście, bo żyjesz bez tak zwanej "spinki"?

Niby tak, jednak każdy kij ma dwa końce.

Oglądałaś ostatnio jakiś polski film, o którym pomyślałaś: "Kurczę, chciałabym tu zagrać"?

Niedawno widziałam "Różę" i bardzo mi się podobała. Ostatnio wyśmiano "Big Love", ale moim zdaniem ten film ma w sobie coś bardzo ładnego, kilka kapitalnych scen erotycznych. I Aleksandra Hamkało była bardzo dobra.

A jesteś w fanclubie Antoniego Pawlickiego?

Jestem już chyba za stara, aby się nim jarać. Podobał mi się w "Jutro pójdziemy do kina" i serialu "Czas honoru".

Ta sama sytuacja jest z Janem Gierszałem. Moje wszystkie koleżanki marzą o randce z nim!

Bardzo podobał mi się u Borcucha we "Wszystko co kocham".

A "Sala samobójców"?

Ten film pozostawił mnie jakoś na boku.

Myślisz, że można się wkręcić w tak chorą relację przez internet?

Wydaje mi się, że człowiek może się wkręcić we wszystko. Chociaż sama bym się chyba w coś takiego nie dała wmanewrować.

Bo masz silną osobowość?

Bo nie jestem internetowa.

Sprawdzałem czy masz konto na Facebooku, ale tam cię nie znalazłem. Czemu?

Kiedyś podobno miałam swój profil, bo ktoś się pode mnie podszywał. Sama nie zakładam profili, bo nie jestem zwolenniczką wirtualnych kontaktów. Portal Bridgebaseonline jest jedynym miejscem w internecie, gdzie można mnie spotkać. Maila też nie sprawdzam nagminnie. Dopiero jeżeli ktoś wyśle mi smsa, że napisał mi wiadomość, to wtedy wchodzę do skrzynki i ją odczytuję.


Codziennie grasz w brydża?

Niestety nie, ale oddaje się tej pasji bardzo często.

Pamiętasz swoją pierwszą rozgrywkę brydżową?

Dość późno zaczęłam grać w brydża. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat. Najpierw zaczęłam grać w karty w 3,5,8. Moje wspomnienia związane z tą grą są niezwykle ciepłe. Wynajmowałam mieszkanie z moim kolegą i psem. Nikt z nas nie miał pracy. Przychodziło do nas wówczas mnóstwo osób. Zawsze spotykaliśmy się wszyscy razem, rżnęliśmy w karty do 5.00 czy 6.00. Później szliśmy spać. Wstawaliśmy około 15.00. Ja zawsze mówiłam, że nie mogę już nawet patrzeć na karty, ale około 18.00 rączki już same zaczynały świerzbić i graliśmy od nowa. Całą jesień i zimę spędziliśmy w ten sposób. Było kapitalnie! Mam też fajne wspomnienia z wyjazdami na Mazury. Ani razu nie byliśmy nad jeziorem, tylko siedzieliśmy w domu i graliśmy.

To ty jesteś brydżoholiczką?

Można tak powiedzieć. Mój rekord to 42 godziny gry non stop. Kiedyś miałam pomysł, aby zaocznie studiować antropologię kultury. Zapisałam się więc na studia. Chodziłam na zajęcia, było bardzo uroczo... Pech chciał, że zawsze przychodzili do mnie chłopcy, z którymi do dziś gram w karty i kusili mnie, abym nie szła na zajęcia, a zagrała z nimi. No i zawsze kończyło się to wagarami (śmiech).

Na wydziale aktorskim nie mogłaś sobie pozwolić na luksus nie chodzenia na zajęcia?

Do momentu aż mnie z niej wyrzucili. Stało się to po 1,5 roku studiów. Kiedyś w nieistniejącym już radio Klasyka usłyszałam reklamę kursów brydża sportowego. Zapisałam się i uczęszczałam na zajęcia przez jeden semestr. Później zaczęłam brać udział w turniejach. I poszło!

Za co wyrzucili cię ze szkoły? To jakiś sekret?

Żaden sekret. Nie należałam do osób obowiązkowych, ani nie byłam przekonana o słuszności mojego wyboru. Zawsze kiedy miałam chandrę, jechałam sobie na przykład na tydzień do Ciechocinka i zostawiałam szkołę za sobą.

PWSFTviT było jednak twoim marzeniem, bo próbowałaś się dostać tam aż 2 razy.

Ale wiesz na jakiej zasadzie to działa? Zawsze kiedy cię gdzieś nie przyjmują, masz ochotę pokazać wszystkim, że jednak zrobisz to, choćby nie wiem co. Gdyby świętej pamięci Jan Machulski mnie nie wyrzucił, pewnie nic bym ze sobą nie robiła. A tak zostałam zmotywowana, zaczęłam biegać na zdjęcia próbne i starać się gdzieś zaczepić.

Dobrze wspominasz Łódź?

Bardzo. Wiele osób nie lubi Łodzi, szczególnie jej mieszkańcy. Ja jednak mam do tego miejsca sentyment. Jest to bardzo specyficzne miasto. Nie ma szczęścia do rządzących. Spędziłam tam 2 lata i zawsze jak tam jadę, chłonę miasto. Uwielbiam Cmentarz Żydowski i sytuacje kiedy idziesz sobie brzydką, brudną ulicą i nagle zza rogu wyłania się piękna secesyjna kamienica. Żałuję bardzo, że to miasto pozwoliło na utratę Festiwalu Camerimage. Łódź to idealne miejsce dla tego rodzaju wydarzeń.

Masz miejsce, do którego możesz wracać miliard razy, bo jest ci tam dobrze?

Jestem powsinogą i chyba nie mam takiego jednego punktu. Nie jestem jakoś specjalnie związana z Lubinem, bo to był dla mnie tylko przystanek w moim życiu. Dobrze czuję się w Warszawie, bo pasuje mi tu ogólny brak stylu. Jest wiele miejsc, w których możesz się uplasować. W Warszawie wszystko jest rozwalone i chaotyczne, a ja uwielbiam przecież formy przejściowe.

I każdy jest tu swój, bo przyjezdny.

Prawie wszyscy moi znajomi to przyjezdni warszawiacy (śmiech). Teraz tak sobie pomyślałam, że mogłabym mieszkać w Trójmieście.

Bo lubisz morze?

Lubię polskie morze, które jest zimne i szare. Poza tym tam jest klimat. Z wyjątkiem sezonu oczywiście. Czuję, że to jest bardzo dobre miejsce do mieszkania. Podobnie mam z Wrocławiem.

Skoro jesteś powsinogą to podróże masz pewnie we krwi?

Dają mi one wielką frajdę. Tak samo mam z mieszkaniem w hotelu. Ubóstwiam to poczucie zawieszenia. Nie mam wtedy normalnego życia, a coś zupełnie nowego. Teraz planuje z moimi przyjaciółkami wypad do Denver. Bierzemy samochód i będziemy jeździć po wybrzeżu przez dwa tygodnie.

Tak dla czystej przyjemności?

Tylko dla przyjemności (śmiech). Chociaż przeraża mnie długa podróż samolotem, bo się ich najzwyczajniej w świecie boję. Zawsze będąc w samolocie mam ochotę oglądać filmu katastroficzne. Piszę testament i się żegnam ze wszystkimi (śmiech). W tamtym roku obiecałam mojemu synowi i pojechaliśmy do RPA. Było zajebiście! Przylądek Dobrej Nadzieji, Kapsztad i inne klimaty. Jeździliśmy jeepami, byliśmy na safari...

Stoisz przed wyborem: ekskluzywny hotel, spa czy włóczenie się po dżungli. Co wybierasz?

Bardzo bym chciała wybrać wyprawę po dżungli. Ale nie mam nic przeciwko spa, masażowi i dopieszczaniu siebie samej. To są bardzo miłe rzeczy i nie chciałabym się ograniczać tylko do jednej. Tam gdzie nie ma cywilizacji i turystów zawsze jest fajnie. Dużo osób odbiera podróże w takie zakątki świata jako czysty snobizm. Pamiętam mój wyjazd do Tajlandii z przyjaciółką. Nie miałyśmy nic zorganizowane poza biletami. Pojechaliśmy w góry, trochę czasu spędziliśmy na wyspie. Wystarczał nam nasz przewodnik oraz wyobraźnia.

Masz na swoim koncie parę skandali.

Skandali na naszą miarę (śmiech).

Wnioskuję, że wyznajesz zasadę poszukiwania złotego środka?

Dotyczy to zarówno związku damsko-męskiego, męsko-męskiego i damsko-damskiego czy z dzieckiem. W każdym przypadku idzie się na kompromis, ponosi się kosztu i otrzymuje profity. Niektórych jednak rzeczy nie można sobie robić. Trzeba myśleć o sobie i się dopieszczać. Nikt inny nie zrobi tego za ciebie i dla ciebie.

Codziennie grasz w brydża?

Niestety nie, ale oddaje się tej pasji bardzo często.

Pamiętasz swoją pierwszą rozgrywkę brydżową?

Dość późno zaczęłam grać w brydża. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat. Najpierw zaczęłam grać w karty w 3,5,8. Moje wspomnienia związane z tą grą są niezwykle ciepłe. Wynajmowałam mieszkanie z moim kolegą i psem. Nikt z nas nie miał pracy. Przychodziło do nas wówczas mnóstwo osób. Zawsze spotykaliśmy się wszyscy razem, rżnęliśmy w karty do 5.00 czy 6.00. Później szliśmy spać. Wstawaliśmy około 15.00. Ja zawsze mówiłam, że nie mogę już nawet patrzeć na karty, ale około 18.00 rączki już same zaczynały świerzbić i graliśmy od nowa. Całą jesień i zimę spędziliśmy w ten sposób. Było kapitalnie! Mam też fajne wspomnienia z wyjazdami na Mazury. Ani razu nie byliśmy nad jeziorem, tylko siedzieliśmy w domu i graliśmy.

To ty jesteś brydżoholiczką?

Można tak powiedzieć. Mój rekord to 42 godziny gry non stop. Kiedyś miałam pomysł, aby zaocznie studiować antropologię kultury. Zapisałam się więc na studia. Chodziłam na zajęcia, było bardzo uroczo... Pech chciał, że zawsze przychodzili do mnie chłopcy, z którymi do dziś gram w karty i kusili mnie, abym nie szła na zajęcia, a zagrała z nimi. No i zawsze kończyło się to wagarami (śmiech).

Na wydziale aktorskim nie mogłaś sobie pozwolić na luksus nie chodzenia na zajęcia?

Do momentu aż mnie z niej wyrzucili. Stało się to po 1,5 roku studiów. Kiedyś w nieistniejącym już radio Klasyka usłyszałam reklamę kursów brydża sportowego. Zapisałam się i uczęszczałam na zajęcia przez jeden semestr. Później zaczęłam brać udział w turniejach. I poszło!

Za co wyrzucili cię ze szkoły? To jakiś sekret?

Żaden sekret. Nie należałam do osób obowiązkowych, ani nie byłam przekonana o słuszności mojego wyboru. Zawsze kiedy miałam chandrę, jechałam sobie na przykład na tydzień do Ciechocinka i zostawiałam szkołę za sobą.

PWSFTviT było jednak twoim marzeniem, bo próbowałaś się dostać tam aż 2 razy.

Ale wiesz na jakiej zasadzie to działa? Zawsze kiedy cię gdzieś nie przyjmują, masz ochotę pokazać wszystkim, że jednak zrobisz to, choćby nie wiem co. Gdyby świętej pamięci Jan Machulski mnie nie wyrzucił, pewnie nic bym ze sobą nie robiła. A tak zostałam zmotywowana, zaczęłam biegać na zdjęcia próbne i starać się gdzieś zaczepić.

Dobrze wspominasz Łódź?

Bardzo. Wiele osób nie lubi Łodzi, szczególnie jej mieszkańcy. Ja jednak mam do tego miejsca sentyment. Jest to bardzo specyficzne miasto. Nie ma szczęścia do rządzących. Spędziłam tam 2 lata i zawsze jak tam jadę, chłonę miasto. Uwielbiam Cmentarz Żydowski i sytuacje kiedy idziesz sobie brzydką, brudną ulicą i nagle zza rogu wyłania się piękna secesyjna kamienica. Żałuję bardzo, że to miasto pozwoliło na utratę Festiwalu Camerimage. Łódź to idealne miejsce dla tego rodzaju wydarzeń.

Masz miejsce, do którego możesz wracać miliard razy, bo jest ci tam dobrze?

Jestem powsinogą i chyba nie mam takiego jednego punktu. Nie jestem jakoś specjalnie związana z Lubinem, bo to był dla mnie tylko przystanek w moim życiu. Dobrze czuję się w Warszawie, bo pasuje mi tu ogólny brak stylu. Jest wiele miejsc, w których możesz się uplasować. W Warszawie wszystko jest rozwalone i chaotyczne, a ja uwielbiam przecież formy przejściowe.

I każdy jest tu swój, bo przyjezdny.

Prawie wszyscy moi znajomi to przyjezdni warszawiacy (śmiech). Teraz tak sobie pomyślałam, że mogłabym mieszkać w Trójmieście.

Bo lubisz morze?

Lubię polskie morze, które jest zimne i szare. Poza tym tam jest klimat. Z wyjątkiem sezonu oczywiście. Czuję, że to jest bardzo dobre miejsce do mieszkania. Podobnie mam z Wrocławiem.

Skoro jesteś powsinogą to podróże masz pewnie we krwi?

Dają mi one wielką frajdę. Tak samo mam z mieszkaniem w hotelu. Ubóstwiam to poczucie zawieszenia. Nie mam wtedy normalnego życia, a coś zupełnie nowego. Teraz planuje z moimi przyjaciółkami wypad do Denver. Bierzemy samochód i będziemy jeździć po wybrzeżu przez dwa tygodnie.

Tak dla czystej przyjemności?

Tylko dla przyjemności (śmiech). Chociaż przeraża mnie długa podróż samolotem, bo się ich najzwyczajniej w świecie boję. Zawsze będąc w samolocie mam ochotę oglądać filmu katastroficzne. Piszę testament i się żegnam ze wszystkimi (śmiech). W tamtym roku obiecałam mojemu synowi i pojechaliśmy do RPA. Było zajebiście! Przylądek Dobrej Nadzieji, Kapsztad i inne klimaty. Jeździliśmy jeepami, byliśmy na safari...

Stoisz przed wyborem: ekskluzywny hotel, spa czy włóczenie się po dżungli. Co wybierasz?

Bardzo bym chciała wybrać wyprawę po dżungli. Ale nie mam nic przeciwko spa, masażowi i dopieszczaniu siebie samej. To są bardzo miłe rzeczy i nie chciałabym się ograniczać tylko do jednej. Tam gdzie nie ma cywilizacji i turystów zawsze jest fajnie. Dużo osób odbiera podróże w takie zakątki świata jako czysty snobizm. Pamiętam mój wyjazd do Tajlandii z przyjaciółką. Nie miałyśmy nic zorganizowane poza biletami. Pojechaliśmy w góry, trochę czasu spędziliśmy na wyspie. Wystarczał nam nasz przewodnik oraz wyobraźnia.

Masz na swoim koncie parę skandali.

Skandali na naszą miarę (śmiech).

Wnioskuję, że wyznajesz zasadę poszukiwania złotego środka?

Dotyczy to zarówno związku damsko-męskiego, męsko-męskiego i damsko-damskiego czy z dzieckiem. W każdym przypadku idzie się na kompromis, ponosi się kosztu i otrzymuje profity. Niektórych jednak rzeczy nie można sobie robić. Trzeba myśleć o sobie i się dopieszczać. Nikt inny nie zrobi tego za ciebie i dla ciebie.

A ty jak siebie dopieszczasz?

Nie daję wmówić sobie czegoś, czego nie chcę. Dbam o swoją higienę psychiczną i staram się robić zazwyczaj to, co lubię. Żyję na luzie. Nie jaram się wychowywaniem dziecka, tym, aby było zapisane od 6.00 do 22.00 na różne zajęcia i kółka. Po pierwsze nie chcę mi się go wozić, bo mam też swoje rzeczy do robienia, a po drugie, wychodzę z założenia, że każdy musi mieć dzieciństwo. I ponudzić się musi czasem jest fajne.

Boisz się, że coś ci umknie w życiu?

Jest teraz tyle rzeczy i tyle możliwości, że nie sposób jest spróbować wszystkiego w swoim życiu. Tak samo rozumiem, że ktoś może nie lubić tego typu eskapad. Skoro czegoś nie potrzebujesz, to po cholerę masz to robić. I nie można myśleć nigdy w kategoriach, że coś się powinno. Takie myślenie może doprowadzić do nerwicy. Ja wiem, że tenis, golf oraz czasy all inclusive nie są dla mnie, więc z nich nie korzystam i nawet nie staram się do nich przekonać, choć może zostałabym ich fanką. Nie czuję woli bożej i pozwalam sobie odpuścić.

Tenis nie, golf też nie. To jaki sport lubisz?

Ja w ogóle nie lubię męczyć się bez sensu.

Coś tu oszukujesz. Jeść lubisz, a sportu nienawidzisz. W jaki niby sposób jesteś taka szczupła?

Dużo palę! (śmiech)

Potrafiłabyś pojechać gdzieś na koniec świata sama?

Potrafiłabym. Lubię być sama ze sobą. Uwielbiam na przykład chodzić sama do kina. Zazwyczaj chodzę na seanse poranne. Jest wtedy mało ludzi.

Chodzisz do multipleksu?

Zdecydowanie wolę oglądać filmy w małych i kameralnych kinach. Oczywiście czasami niestety muszę iść do multipleksu na film dziecięcy z popcornem i colą. Ale ledwo daję wówczas radę. Ogłusza mnie ten poziom dźwięku, a długość reklam jest nie do zniesienia.

Wpisując twoje imię i nazwisko w wyszukiwarkę internetową wiesz jakie hasło się pojawia?

Nie wiem, uświadom mnie.

"Renata Dancewicz nago". To samo tyczy się ludzi. Kojarzą głównie twoje piersi i nazywają cię seksbombą. Nie wkurzą cię to jako osoby, która epatuje swój feminizm na każdym kroku?

To może wydawać się dziwne, ale nie. Jestem aktorką, a nie laską z uniwerku czy intelektualistką. Oczywiście, teraz czasem myślę, że kilka ról mogłam sobie darować, ale jak człowiek ma dwadzieścia parę lat, to trudno mieć świadomość trzeźwego wyboru. Niektórzy posiadają tę cechę, ja nie. Aktorstwo nigdy nie było dla mnie sprawą życia i śmierci. Dlatego też nigdy nie traktowałam siebie i swój wizerunek poważnie. Mam na swoim koncie mnóstwo niepotrzebnych sesji i nie mówię teraz o rozbieranych zdjęciach, ale ogólnie.

W "Playboy'u" byłaś.

Nawet dwa razy. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzkość tak jara się nagością, ale tak właśnie jest. Zazwyczaj grałam młode, niewinne dziewczyny i ta nagość była w filmach potrzebna. Dziś nie staram się analizować tego, jak postrzegają mnie ludzie i nie wkręcam się w to. Pewnie gdybym zaczęła się zastanawiać, to czułabym się źle. A z drugiej strony nie mam na to najmniejszego wpływu. To zdarzyło się kiedyś, zdjęcia istnieją. Przecież nie będę teraz chodzić i niszczyć wszystkich, na których jestem rozebrana.

Teraz zagrałabyś w filmie, w którym musiałabyś się rozebrać?

Gdyby był to fajny scenariusz i ciekawa rola, to nie widzę najmniejszego problemu. Dla samego rozbierania się nie zagrałabym nigdzie. Chyba jestem już na to za dorosła.

Kiedy zaczynałaś grać, w polskiej kinematografii panował trend, że film nie miał prawa bytu bez rozbieranej sceny.

Racja. Wszystkie aktorki w jakimś stopniu rozbierają się w swojej pracy, bo w filmach zazwyczaj roi się od wątków miłosnych czy seksualnych. Zagranie takich scen to niezwykle trudne zadanie. Ale jak widać, większość aktorów i aktorek do dziś próbuje to robić (śmiech).

A to nie było trochę tak, że każdy scenariusz, który otrzymywałaś, to bach!, scena rozbierana?

Pierwszą dużą rolę zagrałam w "Diabelskiej edukacji". Film dotykał tematyki niewinności, kuszenia. Marek Kondrat grał w pewnym sensie postać diabła. Po przeczytaniu scenariusza w pierwszym momencie odmówiłam udziału w projekcie. Wystraszyła mnie ilość nagości w scenach. Później poszłam jednak po rozum do głowy i pogadałam z kilkoma osobami. Wszyscy zgodnie uświadomili mi, że "Diabelska edukacja" może być moją szansą, która się już nigdy nie powtórzy. W finale film jest niezwykle malarski i ładny w obrazku. Taka w pewnym stopniu impresja. W "Pułkowniku Kwiatkowskim" natomiast początkowo nie było żadnej sceny rozbieranej.

To ją sama dopisałaś?

(śmiech) Na wstępie powiedziałam, że bez rozbierania nie wezmę w udziału w filmie! A tak na serio, scena kiedy ja śpię i Marek Kondrat płacze patrząc na mój biust, została dopisana później. Kiedy Kazio Kutz przyszedł i powiedział o swoim pomyśle, zrobiło mi się z lekka słabo. Markowi też za bardzo nie spodobał się ta wizja. Bo jak to? Leży goła dziewczyna i on płacze. Ale Kutz miał rację! Scena wyszła kapitalnie!

Jest kultowa!

Pamiętam, że po Festiwalu w Gdyni w "Nie" napisali, że z całego tygodnia i wszystkich filmów pozostaną w pamięci tylko cycki Renaty Dancewicz (śmiech).

To był dla ciebie komplement?

Średniej jakości. No, ale tak mężczyźni właśnie patrzą na kobiety. Zwracają uwagę głównie na walory estetyczne.

A wy tak niby nie robicie?

Oczywiście, że też zawracamy uwagę na wygląd. Inna jest jednak rola i pozycja mężczyzn w świecie, niż kobiet. Zazwyczaj jesteśmy traktowane przedmiotowo i jesteśmy warte tyle, na ile wyglądamy. Co dla mnie jest bardzo słabe. Tak samo słabe jak fakt, że na kobietach spoczywa ciężar rozmnażania się ludzkości.

Codziennie grasz w brydża?

Niestety nie, ale oddaje się tej pasji bardzo często.

Pamiętasz swoją pierwszą rozgrywkę brydżową?

Dość późno zaczęłam grać w brydża. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat. Najpierw zaczęłam grać w karty w 3,5,8. Moje wspomnienia związane z tą grą są niezwykle ciepłe. Wynajmowałam mieszkanie z moim kolegą i psem. Nikt z nas nie miał pracy. Przychodziło do nas wówczas mnóstwo osób. Zawsze spotykaliśmy się wszyscy razem, rżnęliśmy w karty do 5.00 czy 6.00. Później szliśmy spać. Wstawaliśmy około 15.00. Ja zawsze mówiłam, że nie mogę już nawet patrzeć na karty, ale około 18.00 rączki już same zaczynały świerzbić i graliśmy od nowa. Całą jesień i zimę spędziliśmy w ten sposób. Było kapitalnie! Mam też fajne wspomnienia z wyjazdami na Mazury. Ani razu nie byliśmy nad jeziorem, tylko siedzieliśmy w domu i graliśmy.

To ty jesteś brydżoholiczką?

Można tak powiedzieć. Mój rekord to 42 godziny gry non stop. Kiedyś miałam pomysł, aby zaocznie studiować antropologię kultury. Zapisałam się więc na studia. Chodziłam na zajęcia, było bardzo uroczo... Pech chciał, że zawsze przychodzili do mnie chłopcy, z którymi do dziś gram w karty i kusili mnie, abym nie szła na zajęcia, a zagrała z nimi. No i zawsze kończyło się to wagarami (śmiech).

Na wydziale aktorskim nie mogłaś sobie pozwolić na luksus nie chodzenia na zajęcia?

Do momentu aż mnie z niej wyrzucili. Stało się to po 1,5 roku studiów. Kiedyś w nieistniejącym już radio Klasyka usłyszałam reklamę kursów brydża sportowego. Zapisałam się i uczęszczałam na zajęcia przez jeden semestr. Później zaczęłam brać udział w turniejach. I poszło!

Za co wyrzucili cię ze szkoły? To jakiś sekret?

Żaden sekret. Nie należałam do osób obowiązkowych, ani nie byłam przekonana o słuszności mojego wyboru. Zawsze kiedy miałam chandrę, jechałam sobie na przykład na tydzień do Ciechocinka i zostawiałam szkołę za sobą.

PWSFTviT było jednak twoim marzeniem, bo próbowałaś się dostać tam aż 2 razy.

Ale wiesz na jakiej zasadzie to działa? Zawsze kiedy cię gdzieś nie przyjmują, masz ochotę pokazać wszystkim, że jednak zrobisz to, choćby nie wiem co. Gdyby świętej pamięci Jan Machulski mnie nie wyrzucił, pewnie nic bym ze sobą nie robiła. A tak zostałam zmotywowana, zaczęłam biegać na zdjęcia próbne i starać się gdzieś zaczepić.

Dobrze wspominasz Łódź?

Bardzo. Wiele osób nie lubi Łodzi, szczególnie jej mieszkańcy. Ja jednak mam do tego miejsca sentyment. Jest to bardzo specyficzne miasto. Nie ma szczęścia do rządzących. Spędziłam tam 2 lata i zawsze jak tam jadę, chłonę miasto. Uwielbiam Cmentarz Żydowski i sytuacje kiedy idziesz sobie brzydką, brudną ulicą i nagle zza rogu wyłania się piękna secesyjna kamienica. Żałuję bardzo, że to miasto pozwoliło na utratę Festiwalu Camerimage. Łódź to idealne miejsce dla tego rodzaju wydarzeń.

Masz miejsce, do którego możesz wracać miliard razy, bo jest ci tam dobrze?

Jestem powsinogą i chyba nie mam takiego jednego punktu. Nie jestem jakoś specjalnie związana z Lubinem, bo to był dla mnie tylko przystanek w moim życiu. Dobrze czuję się w Warszawie, bo pasuje mi tu ogólny brak stylu. Jest wiele miejsc, w których możesz się uplasować. W Warszawie wszystko jest rozwalone i chaotyczne, a ja uwielbiam przecież formy przejściowe.

I każdy jest tu swój, bo przyjezdny.

Prawie wszyscy moi znajomi to przyjezdni warszawiacy (śmiech). Teraz tak sobie pomyślałam, że mogłabym mieszkać w Trójmieście.

Bo lubisz morze?

Lubię polskie morze, które jest zimne i szare. Poza tym tam jest klimat. Z wyjątkiem sezonu oczywiście. Czuję, że to jest bardzo dobre miejsce do mieszkania. Podobnie mam z Wrocławiem.

Skoro jesteś powsinogą to podróże masz pewnie we krwi?

Dają mi one wielką frajdę. Tak samo mam z mieszkaniem w hotelu. Ubóstwiam to poczucie zawieszenia. Nie mam wtedy normalnego życia, a coś zupełnie nowego. Teraz planuje z moimi przyjaciółkami wypad do Denver. Bierzemy samochód i będziemy jeździć po wybrzeżu przez dwa tygodnie.

Tak dla czystej przyjemności?

Tylko dla przyjemności (śmiech). Chociaż przeraża mnie długa podróż samolotem, bo się ich najzwyczajniej w świecie boję. Zawsze będąc w samolocie mam ochotę oglądać filmu katastroficzne. Piszę testament i się żegnam ze wszystkimi (śmiech). W tamtym roku obiecałam mojemu synowi i pojechaliśmy do RPA. Było zajebiście! Przylądek Dobrej Nadzieji, Kapsztad i inne klimaty. Jeździliśmy jeepami, byliśmy na safari...

Stoisz przed wyborem: ekskluzywny hotel, spa czy włóczenie się po dżungli. Co wybierasz?

Bardzo bym chciała wybrać wyprawę po dżungli. Ale nie mam nic przeciwko spa, masażowi i dopieszczaniu siebie samej. To są bardzo miłe rzeczy i nie chciałabym się ograniczać tylko do jednej. Tam gdzie nie ma cywilizacji i turystów zawsze jest fajnie. Dużo osób odbiera podróże w takie zakątki świata jako czysty snobizm. Pamiętam mój wyjazd do Tajlandii z przyjaciółką. Nie miałyśmy nic zorganizowane poza biletami. Pojechaliśmy w góry, trochę czasu spędziliśmy na wyspie. Wystarczał nam nasz przewodnik oraz wyobraźnia.

Masz na swoim koncie parę skandali.

Skandali na naszą miarę (śmiech).

Wnioskuję, że wyznajesz zasadę poszukiwania złotego środka?

Dotyczy to zarówno związku damsko-męskiego, męsko-męskiego i damsko-damskiego czy z dzieckiem. W każdym przypadku idzie się na kompromis, ponosi się kosztu i otrzymuje profity. Niektórych jednak rzeczy nie można sobie robić. Trzeba myśleć o sobie i się dopieszczać. Nikt inny nie zrobi tego za ciebie i dla ciebie.

A ty jak siebie dopieszczasz?

Nie daję wmówić sobie czegoś, czego nie chcę. Dbam o swoją higienę psychiczną i staram się robić zazwyczaj to, co lubię. Żyję na luzie. Nie jaram się wychowywaniem dziecka, tym, aby było zapisane od 6.00 do 22.00 na różne zajęcia i kółka. Po pierwsze nie chcę mi się go wozić, bo mam też swoje rzeczy do robienia, a po drugie, wychodzę z założenia, że każdy musi mieć dzieciństwo. I ponudzić się musi czasem jest fajne.

Boisz się, że coś ci umknie w życiu?

Jest teraz tyle rzeczy i tyle możliwości, że nie sposób jest spróbować wszystkiego w swoim życiu. Tak samo rozumiem, że ktoś może nie lubić tego typu eskapad. Skoro czegoś nie potrzebujesz, to po cholerę masz to robić. I nie można myśleć nigdy w kategoriach, że coś się powinno. Takie myślenie może doprowadzić do nerwicy. Ja wiem, że tenis, golf oraz czasy all inclusive nie są dla mnie, więc z nich nie korzystam i nawet nie staram się do nich przekonać, choć może zostałabym ich fanką. Nie czuję woli bożej i pozwalam sobie odpuścić.

Tenis nie, golf też nie. To jaki sport lubisz?

Ja w ogóle nie lubię męczyć się bez sensu.

Coś tu oszukujesz. Jeść lubisz, a sportu nienawidzisz. W jaki niby sposób jesteś taka szczupła?

Dużo palę! (śmiech)

Potrafiłabyś pojechać gdzieś na koniec świata sama?

Potrafiłabym. Lubię być sama ze sobą. Uwielbiam na przykład chodzić sama do kina. Zazwyczaj chodzę na seanse poranne. Jest wtedy mało ludzi.

Chodzisz do multipleksu?

Zdecydowanie wolę oglądać filmy w małych i kameralnych kinach. Oczywiście czasami niestety muszę iść do multipleksu na film dziecięcy z popcornem i colą. Ale ledwo daję wówczas radę. Ogłusza mnie ten poziom dźwięku, a długość reklam jest nie do zniesienia.

Wpisując twoje imię i nazwisko w wyszukiwarkę internetową wiesz jakie hasło się pojawia?

Nie wiem, uświadom mnie.

"Renata Dancewicz nago". To samo tyczy się ludzi. Kojarzą głównie twoje piersi i nazywają cię seksbombą. Nie wkurzą cię to jako osoby, która epatuje swój feminizm na każdym kroku?

To może wydawać się dziwne, ale nie. Jestem aktorką, a nie laską z uniwerku czy intelektualistką. Oczywiście, teraz czasem myślę, że kilka ról mogłam sobie darować, ale jak człowiek ma dwadzieścia parę lat, to trudno mieć świadomość trzeźwego wyboru. Niektórzy posiadają tę cechę, ja nie. Aktorstwo nigdy nie było dla mnie sprawą życia i śmierci. Dlatego też nigdy nie traktowałam siebie i swój wizerunek poważnie. Mam na swoim koncie mnóstwo niepotrzebnych sesji i nie mówię teraz o rozbieranych zdjęciach, ale ogólnie.

W "Playboy'u" byłaś.

Nawet dwa razy. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzkość tak jara się nagością, ale tak właśnie jest. Zazwyczaj grałam młode, niewinne dziewczyny i ta nagość była w filmach potrzebna. Dziś nie staram się analizować tego, jak postrzegają mnie ludzie i nie wkręcam się w to. Pewnie gdybym zaczęła się zastanawiać, to czułabym się źle. A z drugiej strony nie mam na to najmniejszego wpływu. To zdarzyło się kiedyś, zdjęcia istnieją. Przecież nie będę teraz chodzić i niszczyć wszystkich, na których jestem rozebrana.

Teraz zagrałabyś w filmie, w którym musiałabyś się rozebrać?

Gdyby był to fajny scenariusz i ciekawa rola, to nie widzę najmniejszego problemu. Dla samego rozbierania się nie zagrałabym nigdzie. Chyba jestem już na to za dorosła.

Kiedy zaczynałaś grać, w polskiej kinematografii panował trend, że film nie miał prawa bytu bez rozbieranej sceny.

Racja. Wszystkie aktorki w jakimś stopniu rozbierają się w swojej pracy, bo w filmach zazwyczaj roi się od wątków miłosnych czy seksualnych. Zagranie takich scen to niezwykle trudne zadanie. Ale jak widać, większość aktorów i aktorek do dziś próbuje to robić (śmiech).

A to nie było trochę tak, że każdy scenariusz, który otrzymywałaś, to bach!, scena rozbierana?

Pierwszą dużą rolę zagrałam w "Diabelskiej edukacji". Film dotykał tematyki niewinności, kuszenia. Marek Kondrat grał w pewnym sensie postać diabła. Po przeczytaniu scenariusza w pierwszym momencie odmówiłam udziału w projekcie. Wystraszyła mnie ilość nagości w scenach. Później poszłam jednak po rozum do głowy i pogadałam z kilkoma osobami. Wszyscy zgodnie uświadomili mi, że "Diabelska edukacja" może być moją szansą, która się już nigdy nie powtórzy. W finale film jest niezwykle malarski i ładny w obrazku. Taka w pewnym stopniu impresja. W "Pułkowniku Kwiatkowskim" natomiast początkowo nie było żadnej sceny rozbieranej.

To ją sama dopisałaś?

(śmiech) Na wstępie powiedziałam, że bez rozbierania nie wezmę w udziału w filmie! A tak na serio, scena kiedy ja śpię i Marek Kondrat płacze patrząc na mój biust, została dopisana później. Kiedy Kazio Kutz przyszedł i powiedział o swoim pomyśle, zrobiło mi się z lekka słabo. Markowi też za bardzo nie spodobał się ta wizja. Bo jak to? Leży goła dziewczyna i on płacze. Ale Kutz miał rację! Scena wyszła kapitalnie!

Jest kultowa!

Pamiętam, że po Festiwalu w Gdyni w "Nie" napisali, że z całego tygodnia i wszystkich filmów pozostaną w pamięci tylko cycki Renaty Dancewicz (śmiech).

To był dla ciebie komplement?

Średniej jakości. No, ale tak mężczyźni właśnie patrzą na kobiety. Zwracają uwagę głównie na walory estetyczne.

A wy tak niby nie robicie?

Oczywiście, że też zawracamy uwagę na wygląd. Inna jest jednak rola i pozycja mężczyzn w świecie, niż kobiet. Zazwyczaj jesteśmy traktowane przedmiotowo i jesteśmy warte tyle, na ile wyglądamy. Co dla mnie jest bardzo słabe. Tak samo słabe jak fakt, że na kobietach spoczywa ciężar rozmnażania się ludzkości.



Wy też spotykacie się z ostracyzmem, kiedy macie młodszych od siebie partnerów.

REKLAMA

To jest żałosne. Wiek chyba nie jest aż tak istotny, jeśli dwoje ludzi się kocha.

Pamiętasz konkretną filmową scenę miłosną, która wywarła na tobie ogromne wrażenie jest twoim?

Najpiękniejsza scena miłosna pojawia się w "Ostatnim tangu w Paryżu". Tam jest wszystko piękne, i zdjęcia, i muzyka, i Brando, i Schneider.

Uczysz Jurka, że musi przepuszczać dziewczynki w drzwiach? Czy wręcz przeciwnie, uświadamiasz go, że chłopak i dziewczyna są sobie równi?

Na razie uczę go, żeby mnie przepuszczał w drzwiach i oczywiście tłumaczę mu, że nie wolno bić dziewczyn. U niego w klasie część żeńska jest znacznie silniejsza niż męska i chłopcy dostają czasem od dziewczyn lanie. Powiedziałam Jurkowi: "Nie bij, ale broń się. W najlepszym wypadku uciekaj" (śmiech) Staram się, aby był dobrze wychowany. I nie mówię teraz o rzeczach etykietowych, ale o tym, żeby dostrzegał innych ludzi.

Jest z ciebie dumy?

Nie. Ostatnio powiedział, że nie lubi być sławny. Jeśli ktoś zrobi nam zdjęcie, to zawsze podkreśla, że jest normalnym człowiekiem i nie życzy sobie żadnych zdjęć. To jest zabawne i niesamowite zarazem. Taki mały chłopiec, a ma tak wielkie poczucie godności. Planuje zostać pisarzem.

Może namów go, żeby został reżyserem. Zostaniesz jego muzą i będziesz miała wtedy mnóstwo pracy!

Lepiej niech pisze książki.

Pisarze mało zarabiają.

Jurek jakoś się tym nie przejmuje i już zapowiedział mi, że jak będę staruszką to kupi dla mnie inne mieszkanie, a sam zostanie tutaj (śmiech).

Czemu tak uwielbiasz książkę Trumana Capote'a "Śniadanie u Tiffaniego"?

Duże wrażenie zrobiła na mnie wizytówka Holly Golightly, na której widnieje napis "W podróży". Uwielbiam to niedopowiedzenie. Czemu? Dla mnie bycie szczęśliwą polega na tym, że tak sobie idziesz i nie wiesz, co cię spotka. Rutyna i stabilizacja to dwie bardzo wyniszczające rzeczy.

Jaką masz teraz ulubioną książkę?

"Sto lat samotności" i to od bardzo długiego czasu. Wracam do niej co jakiś czas.

Jesteś optymistką?

Zawsze wydaje mi się, że znajdzie się wyjście nawet z największych problemów. Jak nie miałam pracy byłam listonoszką. Wyrzucili mnie ze szkoły filmowej, pojeździłam sobie po znajomych po Polsce. Później wyjechałam do Norwegii, gdzie chciałam zarobić pieniądze, ale jakoś nie mam do tego smykałki. Pożyczyłam pieniądze na powrotny samolot i poszłam na pocztę do pracy. To było urocze zajęcie. Miałam zaprzyjaźnionych staruszków, którzy zawsze dawali mi duże napiwki. Jak szłam i spotykałam ich na ławce pod domem mówili: "Idzie nasza narzeczona z rentą" (śmiech). Tylko był jeden minus tej pracy. Torby z listami są wyjątkowo ciężkie.

Jeden z portali piszę o twoich rolach: " Grywane przez nią bohaterki są zawsze obiektem westchnień, dla których płeć brzydka traci głowę". W życiu prywatnym też tak było, że mężczyźni tracili dla ciebie głowy?

Ale co to znaczy "tracić głowę"?

Że zakochiwali się po uszy, nie spali po nocach myśląc o tobie czy też przychodzili pod dom i wołali rozpaczliwie: "Renato! Kocham Cię!".

(śmiech) I śpiewali serenady! Nigdy nie miałam problemów z mężczyznami. Zawsze było tak, że ktoś się we mnie zakochiwał. Ale i ja się zakochiwałam w wielu facetach. W zasadzie większość moich przyjaciół stanowią właśnie mężczyźni. Może dlatego, że nie definiuję siebie na pierwszym miejscu jako kobiety. To znaczy cieszę się, że nią jestem, ale przed wszystkim jestem człowiekiem. Jak tak teraz myślę, to mogę stwierdzić, że nie czułam się nigdy niedowartościowana jako kobieta.

W szkole byłaś "tą ładną"?

Szczerze mówiąc nie wiem. Jedna pani zwróciła mi kiedyś uwagę, że mówi się o mnie "cyniczna". Zawsze jestem niedostosowana i instynktownie ustawiam się z boku. Mimo że zawsze chciałabym być królową brylującą na salonach, bo jest to wielką sztuką i talentem. Nigdy go niestety nie posiadłam. I pewnie nie posiądę.

Radzisz sobie jakoś z upływającym czasem?

Tak. Może to wynika z tego, że nie widzę aż tak dużych różnic między mną sprzed lat a mną dzisiaj.

Nie chciałabyś mieć znowu 20 lat?

W życiu! Człowiek się wtedy bardzo męczy. Wydaje mu się, że musi podejmować ciężkie decyzje. Aczkolwiek przybliżanie się do śmierci nie jest miłym zjawiskiem. Ktoś powiedział kiedyś, że ludzie się rodzą i mają krótki czas nieśmiertelności. Do 30-stki, czy 40-tki wydaje nam się, że nasze życie nigdy się nie skończy. A tu się nagle okazuje, że ten umarł, tu cię strzyka. Te wszystkie znaki przypominające nam o tym, że czas płynie bardzo zmieniają ludzi. Jeszcze osoby wierzące mają łatwiej. Ja nie wierzę w Boga, więc nic mnie nie czeka.

Niebyt cię czeka.

Czyli nic dobrego (śmiech). Kiedyś w jednym wywiadzie zapytano Religę, czy boi się śmierci. Odparł, że się nie boi i że uwielbia spędzać lato w Grecji. Tam jest przez miesiąc, a później go tam nie ma. I tak właśnie wyobrażał sobie śmierć. Tu cię nie ma.


A ty jak ją sobie wyobrażasz?

Nie wyobrażam. Na razie myślę o tym, żeby być zadowoloną z życia staruszką. Jeżeli jest to w ogóle możliwe. Będę jeździła sobie po świecie po różnych turniejach brydżowych i łupała w karty. Oczywiście mam myśli o śmierci i są one straszne. Jednak jestem lekkomyślna i jak mam podły nastrój to idę spać. Chleb ze szczypiorkiem, Agata Christie, spanie i już po chandrze.

Jak stoisz przed lustrem myślisz, że jesteś ładna?

Czasami patrzę na siebie i wyglądam ładnie, a czasami okropnie. Na większości zdjęć wyglądam brzydko. Nie mogę jednak narzekać, bo to byłoby kretyństwo, ale nie myślę o swoim wyglądzie jakoś w szczególny sposób. Często jestem z niego niezadowolona.

To chyba zdrowsze, niż mieć wyidealizowany obraz siebie?

Dostrzeganie swoich wad jest na pewno bardziej męczące (śmiech).

Ja zazdroszczę ludziom, którzy mówią o sobie w samych superlatywach.

A ja takim osobom nie wierzę.

Bo?

Bo jak jesteś cały czas zadowolony, to musisz udawać. Albo należeć do jakiegoś innego gatunku. Często są takie maski.

Podobno ludzie inteligentni nigdy nie są szczęśliwi i zadowoleni.

To ja wolę być szczęśliwa i nieinteligentna (śmiech). Często jest tak, że na daną chwilę nie zdajesz sobie sprawy z tego, że przepełnia cię szczęście. Dostrzegasz to dopiero z perspektywy czasu. Jak wspominasz czy widzisz jakieś zdjęcie. Często czuję się szczęśliwa.

Bo masz już na swoim koncie życiowy sukces?

Nie, ale mam nadzieję, że jest on przede mną. Oby. A Jak go nigdy nie będzie to się nic nie stanie. Można żyć bez wielkich sukcesów.

Autor: Wiktor Krajewski Źródła: Onet.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Robert Lewandowski. DORTMUND - BAYERN 1:0 (11 kwietnia 2012)

Bohater meczu i jak Bóg da nasza nadzieja na gwiazdę EURO2012.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Lejb Fogelman. żydowski kolega ze szkolnej ławki Kaczyńskich


Lejb Fogelman

Leszek bez korony na głowie

Z Lechem Kaczyńskim chodziłem do jednej szkoły, warszawskiego Liceum nr 41 imienia Joachima Lelewela. Trafiłem tam, bo wyrzucono mnie z liceum mokotowskiego. A udało się to dzięki panie Annie Radziwiłł, wspaniałej nauczycielce historii, która się mną zaopiekowała, wzięła mnie do swojej klasy. Ta późniejsza minister edukacji, autorka podręczników, miała dość duży wpływ i na mnie i na braci Kaczyńskich. I na nasze losy, bo kiedy pojawiłem się w Lelewelu, posadziła mnie w jednej ławce z Leszkiem Kaczyńskim. Nie wiedziałem wtedy, że jest ich dwóch. Przywitałem się, rozmawialiśmy chwilę. A potem się odwracam do tyłu i przeżywam zdziwienie, bo Leszek siedzi w jednej z tylnych ławek. Patrzę na bok - też siedzi. Zastanawiam się, dlaczego widzę podwójnie? Klasa patrzy na mnie i się śmieje. Tak się dowiedziałem, że jest ich dwóch, że oprócz Leszka jest Jarek.

Kumplowałem się z oboma, ale nieco bliżej byłem z Leszkiem, który odwiedzał mnie nawet w domu. Leszek, Jarek i ja interesowaliśmy się historą. Mówili do mnie "Lońka". I szybko zafascynowaliśmy się własną odmiennością, tym jak bardzo się różnimy, jak inne światy reprezentujemy. Ja wychowałem się w małym miasteczku, gdzie żyli niemal sami Żydzi. To było też środowisko robotnicze, moja mama była krawcową w fabryce. Potem przeniosłem się do Warszawy, na Mokotów. Wtedy trafiam na braci, najbliżej Leszka. To są zupełnie inne chłopaki niż ja, inaczej myślą, zupełnie inaczej znają historię, prezentują odmienne podejście. Na przykad o Katyniu dowiedziałem się od nich. Jeden z chłopaków z klasy zaczął o tym opowiadać, mówić, że to zbrodnia Rosjan. Inny jednak zaczął to kwestionować. Pamiętam, że bracia zareagowali ostro, prawie doszło do bójki, a potem opowiedzieli mi wszystko co o tym wiedzieli, a wiedzieli sporo.

Po raz pierwszy spotkałem ludzi, którzy byli polskimi patriotami, przywiązanymi do tradycji, a jednocześnie bardzo otwartymi na inne poglądy, inne doświadczenia, bez żadnego endeckiego nalotu. I ja z kolei dla nich byłem otwarciem na nowy, nieznany świat. Jeździłem wtedy na żydowskie obozy dla młodzieży, gdzie dużo dyskutowano o filozofii, historii, polityce. Tę moją wiedzę w naszych rozmowach przyjmowali z ciekawością. Zderzały się nasze dwa światy i wzajemnie się sobą fascynowaliśmy. Czasem oczywiście w sporze, a nawet niekiedy wzajemnie się świadomie prowokowaliśmy. Lubiliśmy dyskusje.

Te wspomnienia wracają, coraz bardziej tę obopólną fascynację sobie uświadamiam, chociaż już w lutym 1969 roku wyjechałem z Polski do Stanów Zjednoczonych. Wróciłem do Polski po ponad 20 latach, ze słabym w międzyczasie kontaktem ze sprawami polskimi. Ale kiedy czytam ich wspomnienia, wypowiedzi, w tym "Afabet braci Kaczyńskich", uświadamiam sobie, że i dla nich kontakt ze mną był mocnym przeżyciem. Pewnie jeszcze mocniejszym niż dla mnie, bo ja potem szybko wszedłem w zupełnie inny, amerykański, świat. Tym bardziej, że PRL była krajem w którym każda inność była rzadkością, nowością, budziła ciekawość. Znaleźliśmy więc wspólny język, zaprzyjaźniliśmy się, byliśmy sobą zafascynowani.

Gdy spotkaliśmy się ponownie, Leszek był dla mnie serdeczny. Rozmawialiśmy zawsze jak koledzy z liceum, nawet kiedy już był prezydentem. Kilka razy w takiej rozmowie klepnąłem go w plecy, szturchałem, jak to robiliśmy w młodości, jak robią kumple. Łapałem wtedy zdziwiony wzrok jego otoczenia, bo to przecież prezydent Polski. Ale dla mnie na zawsze pozostał Leszkiem z ławki licealnej i ze studiów.

Bo przez rok studiowaliśmy razem, prawo na Uniwersytecie Warszawskim w pamiętnym roku 1968. Pamiętam z tego okresu obóz przysposobienia wojskowego, gdzie robiłem mu różne dowcipy, jak przydeptywanie jego długiego płaszcza, kościuszkowskiego szynela wojskowego, którego poły sięgały mu aż do ziemi. Popychałem wtedy Leszka, płaszcz trzymałem nogą i on wypadał z szeregu, co powodowało wrzask prowadzącego zajęcia pułkownika.Zresztą, Kaczyńscy, niezależni z natury, ciągle na tych zajęciach wpadali w jakieś tarapaty. Raz wpadliśmy w kłopoty razem, bo wspólnie, z dwoma czy trzema innymi kolegami, odmówiliśmy podpisania deklaracji wsparcia dla inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

To byli chłopcy roztargnieni, zwłaszcza Leszek był trochę takim gapą. Co nie znaczy, że byli frajerami. Jak ktoś im podskakiwał, próbował fikać, to miał zawsze do czynienia z dwoma. Jeden łapał wtedy z przodu, drugi z tyłu i napastnik nie miał szans. Wszyscy szybko się o tym przekonali.

Zwłaszcza, że byli niesamowicie inteligentni.  Leszek miał niezwykłą pamięć do szczegółów, potrafił przypominać mi o urodzinach członków mojej rodziny, co dla mnie było trudne do spamiętania.

I takimi kumplami z dzieciństwa dla mnie pozostali. Ciężko mi było na nich patrzeć jako na poważnych polityków. Pewnie dlatego, że funkcjonowaliśmy w zupełnie innych rzeczywistościach. Jak spotykaliśmy się potem to rozmawialiśmy, choć może trudno w to uwierzyć, o filozofii, ekonomii, polityce. No i oczywiście o dawnych, pięknych czasach w liceum imienia Lelewela i na Uniwersytecie Warszawskim. Dla mnie to zawsze był Leszek, nawet jeśli prezydent, to tak serdeczny, że bez żadnej korony na głowie.


Lejb Fogelman Photograph

Lejb Fogelman

Warsaw
+48 22 690 6110


Lejb Fogelman

Partner

Lejb Fogelman is a senior partner. His practice centers on international business transactions in Poland, including private equity, privatization, corporate reorganizations, joint ventures, financings, public offerings and M&A. Lejb Fogelman is a member of the firm’s Executive Committee.

Representative Matters

  • Represented Raiffeisen Bank International AG on the acquisition of a 70% share in Polbank EFG.
  • Represented RPG Partners/Bakala Crossroads in the proposed acquisition of Kopalnia Węgla Brunatnego Adamów S.A., Kopalnia Węgla Brunatnego Konin w Kleczewie S.A. and ZE PAK S.A. from the Polish State Treasury.
  • Represented RWE and EDF in the proposed acquisition of ENEA S.A. shares from the State Treasury in the privatization process.
  • Represented BNP Paribas in connection with the proposed acquisition of BZ WBK S.A.
  • Represented AIG in the merger of its Polish consumer finance business into Santander’s Polish bank.
  • Represented Fortis Bank Polska S.A. in connection with the takeover of banking assets of BNP Paribas Polish Branch.
  • Represented BRE Bank S.A. in its PLN 2 bn rights issue.
  • Advised and represented UniCredit in negotiations with the Polish government and in proceedings before the Polish Banking Supervisory Commission concerning the merger of Bank BPH into Bank Pekao, as well as in the spin off of assets from Bank BPH to Bank Pekao and the sale of BPH to GE Money Bank.
  • Represented multinational companies in a wide variety of transactions and dealings with the Polish Government.
  • Advised major Polish companies and the Polish Government on privatization, financings, public offerings, restructuring and regulatory issues.
  • Represented several leading private equity clients in a variety of transactions in Poland.
  • Advised and negotiated on behalf of Lockheed Martin on its $3.5 bn sale and financing of 48 F 16 multi role combat jets to the Polish Government and the related $6 bn offset contract.
  • Represented several leading multinational corporations in acquisitions of Polish companies, including those in the banking and financial sector, pharmaceuticals, food and beverage, retail, real estate, construction, mining, energy, telecommunications, health and chemicals.
  • Represented clients in several pioneering capital markets transactions in Poland, including the first takeover of a publicly held company, first delisting of a publicly held company and an IPO combined with a merger of publicly held companies.
  • Represented major Polish banks and other financial institutions in connection with GDR issuances, listings on the Warsaw and London Stock Exchanges and IPOs.
  • Advised clients on most of the major mergers of financial institutions in Poland.
  • Advised clients on restructuring of capital groups.
  • Represented numerous clients in privatization matters, including the privatization of the largest Polish mining enterprise, Poland’s telecom operator, and several large Polish banks and financial, industrial and service enterprises for Citibank, Allied Irish Banks, ABB Daimler Benz, GE Aircraft Engines, Tractebel S.A., PLL LOT S.A., Accor Group, PepsiCo, Inc. and US Steel Corp.

Awards and Recognition

  • IFLR 1000: leading lawyer in M&A (2008-2011)
  • Chambers Global: Senior Statesman in Corporate/M&A (2010-2011), leading lawyer in Corporate/M&A (2003-2009)
  • Chambers Europe: Senior Statesman: Private Equity (2009-2011), Corporate/M&A (2010-2011), Capital Markets (2008), leading lawyer in Corporate/M&A (2007-2009), leading lawyer in Capital Markets (2007)
  • EMEA Legal 500: listed in Corporate/M&A (2008-2011)
  • PLCPrivate Equity: recommended in private equity (2008)

Education

  • Harvard Law School, 1981, J.D.
  • Columbia University, 1975, M.A. 1975; M.Phil
  • University of Paris, Sorbonne, 1972, Cert.
  • State University of New York, 1972, B.A.
  • Moscow University, 1977-1978, Fulbright IREX Scholar

Bar Admissions

  • Massachusetts

Languages

  • Polish
  • English
  • Russian
  • French

2007-11-17 00:07
“Zycie bon vivanta stalo sie dla mnie nudne”
Lejb Fogelman, bywalec salonów, Zyd polskiego pochodzenia i Amerykanin z
wyboru, opowiada o patriotyzmie, tozsamosci Europy, szkolnych kolegach
Kaczynskich, warszawskim sztetl i znajomosci z Hajle Sellasje. W DZIENNIKU
rozmawia z nim Robert Mazurek.
ROBERT MAZUREK: Tlukl sie pan z Kaczynskimi.
LEJB FOGELMAN: To znaczy razem z nimi tluklem sie z innymi chlopakami. Pare
razy sie zdarzylo. Ja tego nie pamietam zbyt dobrze, ale Leszek Kaczynski
przypomina sobie wszystko swietnie. Twierdzi nawet, ze stoczylismy jakis
heroiczny bój.
Pan znal ich z podwórka?
Chodzilismy tez razem do klasy, do liceum Lelewela. Zostalem wyrzucony z
poprzedniej szkoly za niesubordynacje, niewyparzony jezyk. Pamietam, ze
rozmawialismy czesto z Leszkiem. Obaj byli erudytami, wiec to nie byly
tylko blahe rozmowy. Ja Jarka i Leszka Kaczynskich znam zupelnie innych niz
ich dzisiejszy image.
Nie opowiada pan zbyt czesto o znajomosci z nimi.
Bo to wszystko mialoby jakies polityczne znaczenie, a mysmy sie przeciez
znali jako chlopaki.
Niedawno spotkalismy sie przy jakiejs okazji i zaszokowal mnie Leszek,
pytajac: “Sluchaj, niedlugo beda urodziny twojego brata, prawda?”. On to
pamietal po czterdziestu latach.
Cyborg jakis!
Nie, on ma taka pamiec. Spektakularna!
Po maturze, podobnie jak Kaczynscy, poszedl pan na prawo.
Bylem na nim tylko rok i w 1969 r. wyjechalem z Polski. Wczesniej jednak
bylem na studenckim obozie wojskowym. To bylo w czasie napasci na
Czechoslowacje. Organizowano jakies wiece z poparciem dla inwazji. Studenci
sie do tego nie palili, wiec przyjechal politruk i kpil z Pepików, którzy
nie chca walczyc.
Tu znowu zapamietalem Kaczynskich, którzy sie zachowali bardzo godnie, bo
byli wsród tych naprawde nielicznych, którzy przeciwko temu glosno
protestowali.
Wykladowcy studium wojskowego przeszli do legendy.
Umówmy sie, to nie byly jakies orly, a raczej sami kretyni.
Przez czesc kolegów bylem bardzo lubiany, bo sie strasznie z nich smialem i
ignorowalem trepów. Inni mnie szczerze za to nienawidzili, bo ten j.y Zyd
sprowadzal na nich klopoty, wiec mieli ochote mnie stluc.
To byl sierpien 1968 r. Wczesniej byl marzec.
Siedzialem tydzien w areszcie, ale za nic, tak profilaktycznie. Zreszta sie
rabneli, bo ja bylem Lejb, a zostalem aresztowany jako Luba.
W ten sposób zostal pan Rosjanka.
Tak. Wypuscili mnie od razu, a ja szedlem tam jak hrabia Monte Christo -
juz mialem plany, ze moze uciekne, podkop zrobie (smiech).
Jak chlopak z Legnicy trafil na inteligencki Zoliborz?
Ja trafilem na ten gorszy Zoliborz.
Ale skad ta Legnica, skoro rodzice pochodzili z Mazowsza?
To byla niewyksztalcona biedota zydowska.
Ojciec mamy byl chasydem u cadyka z Góry Kalwarii, domokrazca, a tata ojca
- chasydem od cadyka z Radzymina, przymierajacym glodem szewcem. Przed
wojna rodzice mieszkali w Pultusku, w którym zreszta nie ma ani sladu po
tych ludziach.
Wojne przetrwali w Zwiazku Sowieckim.
Pracowali w Warszawie, gdzies na Nalewkach. Niemcy bardzo szybko rozprawili
sie z Zydami w Pultusku, wiec wiedzac, co sie swieci, uciekli na wschód.
Najstarszy brat ojca, stryj Lejb, po którym odziedziczylem imie, walczyl
wczesniej w kampanii wrzesniowej, potem trafil do komory gazowej.
Rodzice byli komunistami?
Nie bardzo. Tata byl przed wojna w Bundzie. Po wojnie wyrzucono go z partii
po rozwodzie z mama.
Mama zas, przed wojna w skautingu syjonistycznym, byla zawzieta
antykomunistka i komunistami gardzila.
Ma pan tu na stole rewelacyjne zdjecie. Ta mala dziewczynka to pan?
Ten mlody mezczyzna to ja, tutaj mama Rojza, tata Chaim, ten chasyd to
dziadek Naftula i moja ukochana babcia Nesha, a obok wszystkie ciocie i
wujowie. Na stole trzymaja zdjecie cioci Racheli i wujka Szyje, którzy juz
wtedy byli w Izraelu.
I przekreslony portret Stalina na scianie.
Bo to bylo robione gdzies w jakims budynku spóldzielni, w stolówce. Jak
tylko zrobili zdjecie, to przekreslili na nim portret Stalina.
Czym sie zajmowali rodzice?
Tata byl krawcem i w malej zydowskiej spóldzielni pracy wspial sie na
szczyt – stanowisko dyrektora technicznego.
Mama – po rozwodzie – pracowala w fabryce. Z poczatku mieszkalismy w
trójke, z moim starszym bratem Borysem, architektem, który wyladowal w
Szwecji, a teraz komponuje i gra tam jazz.
No jasne, kazdy Zyd jest skrzypkiem.
Ja mam fatalny sluch.
Bo jest pan zbyt polski.
Nie, wszystko poszlo w brata. Legnica byla niesamowitym miastem. Zylo w nim
kilka tysiecy Zydów, Cyganów, Niemców, którzy nie zdazyli uciec, kilka
tysiecy Greków i Jugoslowian, a i wszyscy Polacy byli obcy, bo zza Buga. No
i na dodatek w miescie mieszkaly tysiace zolnierzy Armii Czerwonej:
Kalmuków, Gruzinów, Rosjan.
Rozmawial pan w jidysz?
Dzieciaki mówily po polsku, rodzice rozmawiali ze soba w jidysz, wiec my z
nimi tez. To byla zydowska okolica, takie male sztetl. Prosze pamietac, ze
dla takiego chlopca cale uniwersum to kilka ulic na krzyz i ja tez pierwsze
kilka lat w takim sztetl zylem.
Duzym przezyciem byla dla pana przeprowadzka do Warszawy?
Przenioslem sie tu z mama i bratem, jak mialem 12 lat. Najwiekszym szokiem
byla dla mnie nie stolica, ale warszawscy Zydzi, którzy nie byli wychowani
w etnicznym srodowisku zydowskim. Ja bylem w zydostwie totalnie zanurzony.
Tak jak pan na co dzien nie mysli o tym, ze jest Polakiem, tak ja nie
myslalem o tym, a wiedzialem, ze jestem Zydem. Oni byli swiatowi,
kosmopolityczni, a ja wtedy czytalem “Wojne zydowska” Józefa Flawiusza i
bardzo ja przezywalem.
Duzo pan czytal?
W Legnicy nie bylo zadnych innych impulsów, ksiazki nie mialy konkurencji,
wiec czytalem bardzo duzo.
Marzec byl dla wielu czasem dramatycznych wyborów.
Dla wielu polskich Zydów byl to czas, gdy oni stawali sie polskimi Zydami.
Dla mnie to bylo zupelnie inne przezycie: ja przestawalem byc polskim Zydem
i stalem sie Zydem po prostu. Choc jednoczesnie uwazalem, ze tu jest nasza
ojczyzna.
Mial pan poczucie straty?
Czulem sie jak roslina wyrwana z ziemi, która nie wie, czy jeszcze gdzies
bedzie mogla zapuscic korzenie.
To byly dramatyczne wydarzenia?
Raczej komiczne. Wyjezdzalem jako pierwszy z rodziny. Mialem jechac do
Szwecji, bo w Polsce panowala opinia, ze w Ameryce tylko bogaty moze sie
wyksztalcic, a w Szwecji kazdy. Na sniadanie jadlem kure z rozna, mama mi
reszte zapakowala, a brat mnie przy jedzeniu namówil, zebym jednak wybral
Stany, to on do mnie dojedzie.
Wiec w ostatniej chwili zamienilem bilet i zamiast do Szwecji pojechalem z
Dworca Gdanskiego o 19.10 do Wiednia. Wczesniej, o 18.00, brat znalazl mnie
kompletnie pijanego.
Tak sie pan z Polska zegnal?
Mialem w bagazu mnóstwo wódki, która kazdy Zyd wiózl do Szwecji, bo tam
strasznie drogo. A ze jechalem do Wiednia, to cos trzeba bylo z ta wódka
zrobic. Pólprzytomny wpadlem na dworzec. Na peronie spotkalem kolege z
roku. Mówie mu: “Florek, jak ja bede w Ameryce, a ty bedziesz cos
potrzebowal, cokolwiek.” “Tak, Lonia” – mówi mi wzruszony Florek. “…To
sobie kup!” – odpowiedzialem mu, pociag ruszyl, a ja wpadlem do przedzialu
z grupa gimnastyków salto mortale i pania, która jechala do Austrii
sprzedawac swoje wdzieki. Akrobaci zjedli moje kurczaki, ale zeby mnie
pocieszyc, wyginali sie na wszystkie strony. Pani z kolei uznala, ze nie
bede potrzebowal zelazka od mamy. Tak dojechalem do Wiednia.
Potem przez Rzym trafil pan do Ameryki.
I tam na lotnisku odebral mnie zaplakany, tlusty, spocony Zyd w jarmulce.
To byl wujek. Obok zdenerwowana pani w peruce, ciocia, tez udawala, ze jest
wzruszona.
Dochodzimy do panskiego legendarnego spotkania z Jimmi Hendrixem.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem zadzwonilem do kolegi, który juz tam
byl, Romana Frydmana, dzis wybitnego ekonomisty, który zabral mnie do
klubu. Tego dnia wystepowal w nim Jimmi Hendrix.
Zszedlem do toalety, gdzie nagle wpada jakis Murzyn i krzyczy: “Rece do
góry! Dam wam swoje pieniadze!”. Nic z tego nie rozumialem, bo nie znalem
angielskiego i widzialem tylko, jak kolesie obok podnosza rece i leja po
nogach. To byl Hendrix, mój idol, stanal obok mnie i razem, z
przeproszeniem, odlewalismy sie!
To rzeczywiscie intymny kontakt.
Romek wytlumaczyl mu, ze ja nic nie rozumiem, bo wlasnie przyjechalem z
Polski, co bylo dla Hendrixa nie mniejsza egzotyka niz dla mnie spotkanie z
nim. Spytal, co mi sie najbardziej spodobalo w Ameryce, wiec mu
odpowiedzialem, ze piekny, gigantyczny sernik, który widzialem na górze, bo
tylko to przyszlo mi do glowy. I on mi kupil ten wielki sernik, który zaraz
mi zjadly tanczace wokól niego piekne, najarane panny. Na tym sie skonczylo
moje pierwsze i ostatnie spotkanie z Hendrixem.
Ale spotkanie z nim pomoglo panu raz jeszcze.
Calkiem niedawno do Warszawy przylecial niejaki Seal, murzynska megagwiazda
pop. Spotykamy sie na jakims przyjeciu i ja mu te historie opowiedzialem.
Na co on, potezny, dwumetrowy dryblas krzyknal na cala sale: “Chlopaki,
chodzcie tu, ten facet sikal z Hendrixem!”
Zaraz pan powie, ze tanczyl z Janis Joplin.
Nie, ale za to bardzo chcialem.
Wyksztalcil sie pan w Stanach.
Skonczylem college, Uniwersytet Columbia, Harvard, bylem rok na Sorbonie.
I rok w Moskwie.
Dostalem stypendium Fulbrighta. W Moskwie mialem zebrac materialy i napisac
ksiazke o porównaniu frondy francuskiej i rewolucji arystokratycznej w
Rosji. Chodzilo o to, by wykazac, jak powstaje ideologia legitymizujaca
dojscie oligarchii do wladzy.
Temat w Rosji zawsze aktualny.
I ciekawy, ale bylem do niego zupelnie nieprzygotowany, bo nie liczylem, ze
Rosjanie mnie wpuszcza, ale o dziwo wpuscili.
Wyladowalem w Moskwie w 1977 r. Przez rok nic nie robilem, bylem
nieprawdopodobnie bogaty jak na tamte realia i atrakcyjny towarzysko, jak
to Amerykanin mówiacy dobrze po rosyjsku. Chodzilem do takiego
pólopozycyjnego salonu Niki Szczerbackiej, gdzie poeci czytali wiersze,
wystawiano obrazy, a szarlatan Boria Jermolajew “podwiesziwal wieszczi”,
czyli zawieszal jakies przedmioty w powietrzu.
Pierwsze slysze.
Boria byl czwartorzednym rezyserem filmów partyzanckich na Litwie czy
Lotwie, ale w Moskwie byl pierwszorzednym szarlatanem. Kiedys dostal w ryj
od Wlodzimierza Wysockiego, bo fama chodzila, ze Boria nie tylko zawiesza
przedmioty, ale i wyrywa kobiety.
Nic dziwnego, ze sie pan w tej Moskwie ozenil.
Wyswatal nas Wysocki. Poznalismy sie w Teatrze na Tagance i on mówi, chodz,
przedstawie cie najpiekniejszej dziewczynie w Moskwie. I rzeczywiscie, byla
nieprawdopodobna. W dodatku byla nie z tego swiata, bo zostala wychowana
przez babcie arystokratki, taka dziewczyna z Instytutu Dobrze Urodzonych
Panien w Smolnym. Robila kostiumy i scenografie u Liubimowa, najwiekszego
rezysera w Moskwie. A Wysocki byl tam bogiem.
P: Nie ukrywam, ze jestem wyznawca jego kultu. Ukradlem tabliczke z napisem
“Dom – Muzeum Wysockiego”.
O: Zeby bylo smieszniej, jadac tam, w ogóle nie znalem jego piosenek, bo w
Ameryce nie byly dostepne, a w Warszawie w latach 60. slyszano raczej o
Okudzawie niz o nim. Szybko sie przekonalem, jaka ma tam pozycje.
Kiedys po “Wisniowym sadzie” szlismy z nim i dwiema Szwedkami. Nagle
ladujemy na jakims ciemnym podwórku, na srodku którego stoi ogromny bialy
mercedes, który Marina Vlady podarowala Wolodii. Tylko ze ktos spuscil
powietrze ze wszystkich kól. Wysocki wsciekly, a z bramy wychodzi kilku
bojarów w wielkich kozuchach. Podchodza do niego, klaniaja sie przed nim i
mówia: “Wolodia, to my spuscilismy powietrze”. “Dlaczego, riebiata?!”. “Bo
my jestesmy poeci z Riazania, chcielismy ci przeczytac swoje wiersze”.
Chcieli mu napompowac te kola, ale Wysocki, wsciekly, sam je pompuje, a oni
recytuja. Co który przeczyta wiersz, to pada Wolodii do nóg.
Pan to zmysla!
Nie! Naprawde. On tam byl bogiem. Jego pogrzeb w 1980 r. byl pierwsza od
pogrzebu Kropotkina w 1921 r. tak wielka manifestacja.
Ja mialem inne historie, w które trudno uwierzyc. Na Jamajce wzieli mnie za
pólboga!
Z racji urody?
Nie, znajomosci z Hajle Sellasje. Siedzialem tam kiedys z rastafarianami
przy ognisku, notabene z marihuany, po prostu palili cale krzaki,
rozmawialismy i przyznalem, ze wreczalem kiedys kwiaty Hajle Sellasje. To
bylo podczas jego wizyty w Warszawie, a ja bylem w delegacji szkolnej. I
sie zaczelo. Bylem ich gosciem, ale goscinnosc stala sie uciazliwa, bo
ludzie z sasiednich wiosek zbiegali, klaniali mi sie i kazali sobie
opowiadac o tym, jak spotkalem boga. W koncu stamtad ucieklem.
Kiedy pan przyjechal po raz pierwszy do Polski?
W 1989 r. Na poczatku lat 90. zaczalem pracowac w Brukseli i z nudów
zaczalem przyjezdzac do Warszawy. W koncu chyba w 1993 r. tu osiadlem.
Wiele lat temu rozmawialem z panem jako czolowym warszawskim bon vivantem.
Uwazano mnie za jakiegos zydowskiego Wieniawe, co bylo absurdalne, bo po
pierwsze nie ma skamandrytów, po drugie nie ma kawiarni literackich, po
trzecie ja naprawde nie prowadzilem wystawnego trybu zycia.
A po czwarte nie mial pan konia.
Ale móglbym miec. Nie jezdze konno, bo gdybym jezdzil na arabie, zostaloby
to potraktowane jako prowokacja. Nie ma beau mond’u, wiec nie ma bon
vivantów.
Z dystansem, ale jednak wpisywal sie pan w ten stereotyp. Teraz juz nie.
Bo to sie stalo nudne. Kiedy przyjechalem do Warszawy i pojawilem sie w
kilku miejscach, poznalem ludzi i zafascynowala mnie ta efemeryczna slawa.
Ale dostrzeglem osoby, które byly od niej uzaleznione. Moja zabawa z tym
skonczyla sie szybko, bo cóz z tego mozna wyciagnac? Jedno, dwa zdjecia
wiecej w kronice towarzyskiej? Na otwarciu nowej restauracji nie ma zadnego
dyskursu.
Porozmawiajmy o panskiej tozsamosci. Jest pan Zydem.
I goracym syjonista. Jestem proizraelski, zeby miec dokad wyjechac, zeby
miec miejsce, gdzie Zyd bedzie mógl byc Zydem, jesli mi sie w Polsce nie
spodoba.
Byc moze kiedys zamieszkam w Izraelu, ale na razie czuje ulge, ze nie
jestem nigdzie u siebie i nigdzie nie jestem na stale. Dlatego strasznie mi
sie podoba w Polsce.
Nie jest pan tu u siebie?
Nie, choc nie mam z tego powodu zadnego poczucia krzywdy. Dla wielu ludzi
tymczasowosc to przeklenstwo, dla mnie to ulga. Oczywiscie wiem, ze kazdy
czlowiek jest inny, ale ja jestem inny w fenomenologicznym sensie. Po
prostu moje jestestwo definiuje sie przez innosc. To z jednej strony daje
ogromna samotnosc, a z drugiej dzika wolnosc, która jest spowodowana przez
brak przynaleznosci. Oczywiscie ta wolnosc, swoboda moze przerodzic sie w
anarchie, jesli nie ma etosu.
Rozmawiamy 11 listopada. Odczuwa pan jakis sentyment polski?
Mówimy po polsku, chyba nie najgorzej mi to wychodzi, nawet poezja mojej
mowy jest polska. Ogromna czesc gliny, z której sie skladam, jest polska i
nie mam zamiaru temu zaprzeczac. Uwazam zreszta, ze Polak powinien byc
patriota.
Ale ja nie pytam o poglady na polskosc, tylko o sentyment.
Jasne, ze jak widze Polaków walczacych z Niemcami, gdybym byl tu we
wrzesniu 1939 r., to walczylbym po stronie polskiej i mam nadzieje, ze
bylbym w stanie oddac za Polske zycie. Tak samo jak mam nadzieje, ze bylbym
w stanie oddac zycie za przetrwanie panstwa Izrael i za Ameryke, której
jestem obywatelem.
Jest pan konserwatysta.
To prawda. Uwazam, ze Europa idzie w strone absurdalnego niezrozumienia
swojego etosu. To utopia, ze uda sie stworzyc jakis ogólnoswiatowy
oswieceniowy raj, w którym wszystkie poglady beda racjonalne i wszystkie
beda szanowane. Trzeba dbac o swa tozsamosc.
P: Niektórzy mówia, ze w dobie globalizacji nadmierne jej podkreslanie moze
byc opresyjne wobec innych.
O: To szczególny absurd.
Spolecznosc Europy jest ewidentnie slepa i nie potrafi sobie poradzic w
sytuacji konfliktu cywilizacyjnego, w którym zyjemy. Europa za wszelka cene
próbuje zaprzeczyc swoim chrzescijanskim korzeniom, poniewaz uwaza, ze
trzeba zerwac z przeszloscia, w której byly równiez rzeczy straszne. To
duzy blad. Oczywiscie, ze w historii byly rzeczy zle, ale zaprzeczanie
chrzescijanskim podstawom naszej cywilizacji niczego nie zmieni, a tylko
oslabi europejskiego ducha.
A dlaczego to takie wazne?
Czlowiek cierpiacy na amnezje nie potrafi zyc samodzielnie, nie poradzi
sobie w swiecie, prawda? Tak samo cywilizacja cierpiaca na swego rodzaju
amnezje nie jest w stanie sobie poradzic sobie we wspólczesnym swiecie.
Europa bardzo szczyci sie swoja otwartoscia.
To piekne, ale to nie oznacza zerwania ze swym dziedzictwem. Brak pamieci o
nim wyjalawia. W najlepszym dla Europy wypadku po prostu pozbawi ja to sil
twórczych, zywotnosci, koloru. To mnie boli, bo ja jestem Europejczykim,
czescia kultury judeochrzescijanskiej. Kocham taka Europe i chcialbym, by
przetrwala.
P: Za lekko pana potraktowalem. Wyjde na jakiegos filosemite.
O: Filosemityzm straszna rzecz: jakby sie pan nad jakims kaleka litowal.
Straszne.
P: OK, jestem antysemita.
O: To juz lepiej.
—–
Lejb Fogelman, historyk, prawnik, szef kancelarii prawniczej Dewey &
LeBoeuf – jednej z najwiekszych firm prawniczych na swiecie. Dzieli swój
czas miedzy Warszawa a Nowym Jorkiem

Trzy wersje katastrofy smoleńskiej (10 kwietnia 2012)


niedziela, 1 kwietnia 2012

WTA MIAMI Radwańska - Szarapowa 7:5 6:4 (31 marca 2012)



Agnieszka Radwańska wygrała w sobotę turniej WTA Tour w Miami - najważniejszy po wielkoszlemowych turniej na świecie, pokonując w finale wiceliderkę rankingu, Rosjankę Marię Szarapową 7:5, 6:4. - Agnieszka wytrzymała nie tylko trudny fizyczne i techniczne tego pojedynku, ale wykazała się niezwykłą odpornością psychiczną. Ona jest stworzona do takich wyjątkowych wyzwań. Gra najważniejsze mecze, finały, jakby to była nieważna faza. Podziwiam ją za to - mówi legenda polskiego tenisa, Wojciech Fibak. I apeluje, żeby w dniu jej największego sukcesu w karierze pamiętać o jej rodzicach, którzy mają największy wkład w jej sukcesy i Ryszardzie Krause, który pomagał w treningach na Florydzie, gdy miała 16 lat.

sobota, 31 marca 2012

Figo: nie znam polskich piłkarzy

Legendarny piłkarz reprezentacji Portugalii, Barcelony, Realu Madryt i Interu Mediolan, Luis Figo uważa, że Hiszpania może obronić mistrzostwo Europy. - Nie zgadzam się z opinią Petera Schmeichela, że Hiszpanom może zabraknąć motywacji, bo są już zasyceni sukcesami. Mają młodych zawodników o wielkich umiejętnościach. Ta generacja to wybitni piłkarze. Bez względu na to, co wygrałeś, zawsze wychodzisz na boisko myśląc nie o przyszłości, ale o tym konkretnym meczu. I chcesz go wygrać - przekonuje. I dziwi się, że w Polsce krytykuje się wydatki na budowę stadionów na Euro 2012. - Na Euro 2004 Portugalia musiała wybudować lub zrekonstruować aż osiem stadionów - wy w Polsce tylko cztery. Ważne, żeby nie służyły raz, na wielką imprezę, ale były potem mądrze wykorzystywane. Ale poprawa infrastruktury sportowej jest fundamentalna w każdym kraju - mówi Figo, który wraz z Marco van Bastenem i Zbigniewem Bońkiem promuje piwo Tyskie i ideę kibicowania podczas turnieju na 5 Stadionie, czyli w domach i pubach.

piątek, 30 marca 2012

Rozenek spodziewa się pozyskania jakiegoś członka

Według Leszka Millera, elementem tej walki są także zapowiedzi rzecznika Ruchu Palikota Andrzeja Rozenka o tym, że jeden z posłów SLD przejdzie do klubu Ruchu Palikota.

- Pan Rozenek spodziewa się pozyskania jakiegoś członka. To jest zawsze miła perspektywa jak się nie ma własnego

czwartek, 29 marca 2012

nic nie zostało. 8 trupów z 18 możliwych (29 marca 2012)


stenogram z MSZ-u (10 kwietnia 2010)

Odpowiedź na pytanie p. prezesa Jarosława Kaczyńskiego


2012.03.28

Podczas dzisiejszego telemostu w czasie przesłuchania publicznego w Parlamencie Europejskim w sprawie katastrofy w Smoleńsku p. prezes Jarosław Kaczyński zadał pytanie: "Chciałbym wiedzieć, dlaczego minister spraw zagranicznych Polski już niewiele po [godzinie] 9. [10 kwietnia 2010 roku] (...) wiedział, że wszyscy zginęli. Skąd wiedział?”

W odpowiedzi przedstawiamy zapis rozmowy Centrum Operacyjnego MSZ z godziny 9.07.53 tego dnia z obecnym na płycie ambasadorem RP w Rosji Jerzym Bahrem.

Zapis wszystkich rozmów telefonicznych jest standardem w Centrum Operacyjnym MSZ.

Wyjaśnienie: w związku z pytaniami mediów informuję, że nie dysponujemy nagraniem rozmowy Ministra Radosława Sikorskiego z Ambasadorem Jerzym Bahrem, którą połączył pracownik CO. MSZ nagrywa rozmowy Centrum Operacyjnego, a nie rozmowy przez służbowe telefony komórkowe. Ambasador powtórzył Ministrowi te informacje, które przekazał CO.

Marcin Bosacki
Rzecznik Prasowy


Zapis audio rozmowy (plik .wav)


Zapis rozmowy

09:07:53 – 09:10:35

Połączenie nawiązane przez Centrum Operacyjne

Ambasador Jerzy Bahr: Tak słucham
Pracownik CO: Dzień dobry Panie Ambasadorze, Centrum Operacyjne MSZ z tej strony
AJB: Tak
P.CO: Coś wiemy więcej w tej chwili?
AJB: No w tej chwili ja stoję, samolot jest całkowicie rozbity, stoimy w odległości 150 metrów, nie ma żadnego śladu życia, ugasili pożar, który był w przedniej części i to jest wszystko. Otoczone to jest już przez straż pożarną i..
P.CO: A czy to jest pewne, że to był ten samolot?
AJB: Proszę?
P.CO: Czy to jest pewne, że to był ten nasz samolot?
AJB: Nie no naturalnie, że to jest ten samolot.. (w tle P.CO: wiadomo) ..tak
P.CO: Panie Ambasadorze czy rozmawiał Pan z Ministrem?
AJB: Jeszcze nic nie rozmawiałem
P.CO: Dobrze. Proszę bardzo zaczekać moment przy telefonie, spróbuję przełączyć
próba przełączenia rozmowy do Ministra Radosława Sikorskiego
P.CO: Zajęty jest niestety telefon u Ministra
AJB: Tak
P.CO: Rozmawia najwyraźniej z kimś innym. Czyli tak. Panowie jesteście.. ja podsumuję Panowie jesteście 150 metrów od samolotu, pożar został ugaszony, nie widać śladów życia
AJB: Tak, samolot został całkowicie zniszczony
P.CO: Czy to wiadomo było.. czy widać było katastrofę?
AJB: Myśmy słyszeli tylko jak przelatywał nad lotniskiem nisko, potem wszystkie samochody zaczęły jechać w tamtym kierunku..
P.CO: Przepraszam Panie Ambasadorze, mam Ministra na linii
AJB: Dobrze
P.CO: (w tle – przez drugi telefon) Panie Ministrze, Mam Ambasadora, mogę przełączyć z drugiego telefonu? To już rozłączamy się i za chwilę dzwonię
łączenie rozmowy
Minister Radosław Sikorski: Halo
P.CO: Już, już łączę z Ambasadorem