sobota, 16 kwietnia 2011

mistrzostwa świata "B" w hokeju 2011

Jutro w niedzielę startują mistrzostwa świata dywizji I czyli MŚ-B w hokeju na lodzie mężczyzn. Polacy to dziady ale nic to, oglądać i interesić się tym trzeba.


elita A od 29 IV 2011
2011 IIHF World Championship na Słowacji
1 dywizja od 17 IV 2011 grupa Kijów i grupa Budapeszt 2011 IIHF World Championship Division I

rozpiska meczów Polaków:

17 kwietnia 2011 Litwa 16:00 Polska Pałac Sportu, Kijów
18 kwietnia 2011 Polska 12:30 Estonia Pałac Sportu, Kijów
20 kwietnia 2011 Ukraina 19:00 Polska Pałac Sportu, Kijów
21 kwietnia 2011 Polska 16:00 Kazachstan Pałac Sportu, Kijów
23 kwietnia 2011 Polska 16:00 Wielka Brytania Pałac Sportu, Kijów

szanse na awans malucieńkie, pod warunkiem że pobiją UKRAINĘ, KAZACHSTAN i nie będzie kompromitacji z LITWĄ, ESTONIĄ, BRYTANIĄ - czyli nie oszukujmy się, realne miejsce 3-4 w grupie, a awansuje tylko 1 (MŚ A w 2012 w Finlandii i Szwecji)


kursy UNIBET

World Championships 2011 - Div. 1 Group B



Która drużyna wygra?


Zwycięzca




Kazachstan



Ukraina



Polska



Litwa



Wielka Brytania



Estonia

czwartek, 14 kwietnia 2011

ostatnie zdjęcie Kaczyńskiego z pokładu tupolewa


Na zdjęciu widać prezydenta, jak idzie przejściem miedzy fotelami pasażerów. Według osoby, która widziała to zdjęcie, Lech Kaczyński jest pogodny, a na twarzy ma lekki uśmiech. Fotografia została wykonana mniej więcej w połowie lotu – nic, co udało się na niej uchwycić, nie świadczy o tym, by na pokładzie działy się jakieś niespokojne rzeczy, albo, że prezydent byłby czymś zaniepokojony.

Zdjęcie prezydenta zostało zrobione przez jednego z pasażerów. Po wielomiesięcznej pracy udało się je odzyskać ekipie specjalistów z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którzy na zlecenie prokuratury przeprowadzali ekspertyzy odnalezionych po katastrofie telefonów, aparatów, kamer i laptopów ofiar tragicznego lotu z 10 kwietnia. Poza fotografią prezydenta specjaliści odzyskali też kilkanaście innych fotografii z pokładu oraz krótki film nagrany kamerą 10 kwietnia rano w hali odlotów warszawskiego lotniska Okęcie.

Według wojskowych prokuratorów, prowadzących śledztwo w sprawie katastrofy, po analizie wszystkich odzyskanych materiałów okazało się, że żadne z odzyskanych zdjęć, ani filmik nie pomogą w śledztwie – mają jedynie pamiątkową i sentymentalną wartość, i zostaną przekazane rodzinom ofiar katastrofy. Odzyskane przez ekspertów zdjęcie prezydenta zostało dodatkowo przez specjalistów „obrobione” tak, by jego jakość była jak najlepsza. By przekazać je rodzinie Lecha Kaczyńskiego – Jarosławowi Kaczyńskiemu (62 l.) i Marcie Kaczyńskiej (31 l.), śledczy musieli uzyskać także zgody członków rodziny pasażera tragicznego lotu, który wykonał tę fotografię. Zgody nadeszły niedawno, dlatego dopiero teraz prezes PiS i córka prezydenckiej pary mogą odebrać zdjęcie z prokuratury.

Szymowski: Zamach w Smoleńsku. Niepublikowane dowody zbrodni


Prezydencki Tu-154 wcale nie rozbił się pod Smoleńskiem! Wręcz przeciwnie. Udało mu się wylądować awaryjnie przed lotniskiem, aby po chwili zostać rozerwanym przez bombę.


Natomiast pasażerowie, którzy uszli z życiem, zostali z zimną krwią zamordowani strzałami z broni palnej! To główne tezy książki "Zamach w Smoleńsku. Niepublikowane dowody zbrodni" autorstwa Leszka Szymowskiego. Jak informuje wp.pl, ta kontrowersyjna publikacja była rozprowadzana w rocznicę tragedii na warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Jej autor twierdzi też, że amerykańskie satelity nagrały cały lot prezydenckiej maszyny wraz z momentem lądowania, ale polski rząd nie chciał tego ujawnić.

Autor tych wprawiających w odrętwienie informacji twierdzi, że ma na wszystko dowody, a właściwie - według Szymowskiego - mają je Amerykanie, których satelity zarejestrowały moment lądowania i moment wybuchu "tutki", który wywrócił kadłub do góry kołami.

Kluczowym dowodem w książce ma być zdjęcie rzekomo przekazane przez amerykańskiego oficera NSA (Agencji Bezpieczeństwa Narodowego) polskiemu oficerowi Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, na którym widać przez drzewa kadłub normalnie stojącego samolotu (według Szymowskiego - polskiego Tu-154M). Według autora szokującej książki polskie władze nie chciały od Ameryki zdjęć, a wszystko było ukartowane, żeby zabić prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Kaczyński chciał zrekonstruować ciało brata

Jarosław Kaczyński, tuż przed pogrzebem Lecha Kaczyńskiego na Wawelu chciał, żeby ciału jego brata przywrócić wygląd sprzed katastrofy.

Ciało było zmasakrowane więc oddał je do specjalistycznego zakładu, ale rekonstrukcja się nie udała. Prezes PiS zmuszony był ostatecznie pożegnać brata zmienionego.

- Chciałem, żeby ciało brata oddano do zakładu, gdzie dokonuje się zabiegów kosmetycznych. Strasznie chciałem zobaczyć jeszcze raz Leszka tak, jak wyglądał za życia. Wierzyłem, że to możliwe. Okazało się, że zabieg kompletnie się nie udał, i żegnałem Leszka całkowicie zmienionego, zupełnie nie do poznania - "SuperExpress" cytuje Jarosława Kaczyńskiego za"Newsweekiem"

- W różnych fazach tego nieszczęścia jego ciało wyglądało różnie - dodaje. Mimo koszmaru, jaki wtedy przeżył, prezes PiS ma pewność, że na Wawelu spoczywa śp. Lech Kaczyński.

To były najbardziej dramatyczne chwile w życiu Jarosława Kaczyńskiego. Kiedy musiał rozpoznać swojego brata znieruchomiał, bo ciało było mocno zniekształcone. Media pisały o oderwanej stopie, ale oderwana była też ręka na wysokości łokcia. Twarz była trudna do rozpoznania, czaszka prezydenta została zmiażdżona i zdeformowana.

Jarosław Kaczyński rozpoznał ciało brata po charakterystycznej bliźnie na ramieniu, odniesionej w wypadku samochodowym.

RP 2011-04-11

rozbieżności w sekcjach zwłok ofiar smoleńskich


Nieoficjalnie wiadomo o przynajmniej czterech przypadkach: Gosiewskiego, wicemarszałka Sejmu Krzystofa Putry, szefa IPN Janusza Kurtyki i posła PiS Zbigniewa Wassermanna.

W pierwszym przypadku chodzi przede wszystkim o rozbieżności dotyczące wzrostu, wagi a także układu kostnego. - W ekspertyzie sporządzonej w Moskwie wskazano, że pan Gosiewski miał 175 cm wzrostu, ważył 90 kilogramów a jego układ kostny był prawidłowy. Rodzina dysponuje polskimi opiniami lekarskimi, które podważają każde z tych ustaleń - mówi nam źródło zbliżone do śledztwa.

W przypadku byłego wicemarszałka nie zgadzać ze stanem faktycznym ma się na przykład kolor oczu. W ekspertyzach dotyczących zwłok Zbigniewa Wassermanna opisany jest stan jednego z narządów, który wcześniej operacyjnie usunęli operacyjnie z przyczyn medycznych polscy lekarze. Córka byłego posła PiS zaznacza, że "na tym etapie nie chce mówić o szczegółach". - Tego, co jest w tych materiałach, nie można już nazwać rozbieżnościami. To są sfałszowane dokumenty. I zostało już to wykazane w prokuraturze - przyznaje jednak.

W podobnym tonie wypowiada się Zuzanna Kurtyka, wdowa po byłym szefie IPN. - W przypadku mojego męża nie mówimy o rozbieżnościach drugorzędnych. To są rozbieżności zasadnicze. Wiem, że krewnych ofiar, którzy są w podobnej sytuacji co ja, jest więcej - mówi.

W rzeczywistości Gosiewski mierzył ok. 164 cm.

sobota, 9 kwietnia 2011

Smoleńsk. Co wiemy i czego nie wiemy?

To już wiemy

1. 10 kwietnia nad Smoleńskiem zalegała mgła, którą potwierdzają nagrania wideo dziennikarzy, jak i zeznania świadków

2. W tupolewie wbrew przepisom zamontowano dodatkowych 10 foteli, choć maszyna mogła wziąć na pokład maksymalnie 90 osób wraz z załogą

3. Katastrofa, wbrew spekulacjom, nastąpiła o 10.41 czasu rosyjskiego, czyli o 8.41 w Polsce

4. Prezydent Lech Kaczyński kontaktował się z pokładu samolotu za pomocą telefonu satelitarnego ze swoim bratem Jarosławem. Nie wiadomo jednak, czego dotyczyła rozmowa

5. Rosyjskie lotnisko nie było przygotowane do lądowania samolotów, zabrakło dobrego oświetlenia i sprawnych urządzeń nawigacyjnych

6. Kontrolerzy z wieży na lotnisku Siewiernyj nie zabronili lądowania Polakom mimo fatalnych warunków pogodowych

7. Ci sami kontrolerzy utrzymywali, że nie wprowadzali w błąd Polaków. Teraz wiemy, że przekazywali im błędne dane o wysokości samolotu

8. Tupolew nie wykonał 4 podejść do lądowania, jak spekulowano, lecz jedno

9. Pracownicy lotniska wbrew procedurom kontaktowali się z przełożonymi w Moskwie, prosząc ich o podjęcie decyzji co do lądowania maszyny

10. We krwi gen. Błasika, znajdującego się w chwili katastrofy w kabinie pilotów, wykryto alkohol

11. Na pokładzie zabrakło rosyjskiego nawigatora, którego obecności wymagają tamtejsze przepisy lotnicze

12. Katastrofa lotnicza, jak ustaliła to polska prokuratura, nie była wynikiem zamachu

13. Odgłosy z nagrań z miejsca tragedii nie były wystrzałami z broni palnej

Tego wciąż nie wyjaśniono

1. Dlaczego polscy piloci zdecydowali się na lądowanie mimo warunków pogodowych, które według przepisów zabraniały takiego manewru?

2. Co gen. Błasik robił w kabinie pilotów? Czy, jak twierdzi rosyjski MAK, rzeczywiście mógł mieć wpływ na pilotów?

3. Dlaczego złamano procedury, montując w samolocie dodatkowe fotele? Kto za to odpowiada?

4. Dlaczego na pokładzie zabrakło rosyjskiego nawigatora znającego lotnisko?

5. Czy mamy dokładne stenogramy z czarnych skrzynek? Polska wciąż nie dysponuje rejestratorami, które mogłyby to potwierdzić - pozostają one w rękach Rosjan

6. Skąd wziął się alkohol we krwi gen. Błasika? Czy wojskowy pił alkohol, czy też powstał on w wyniku rozkładu ciała?

7. Czy, jak twierdzą rosyjscy psychologowie, obecność prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dowódcy sił powietrznych, mogła mieć wpływ na decyzje pilotów?

8. Dlaczego Rosjanie nie zamknęli lotniska i nie odesłali tupolewa na zapasowe?

9. Kiedy komisja Millera opublikuje własny raport?

10. Kto był bezpośrednio odpowiedzialny za organizację wizyty Polaków w Katyniu?

11. Czy piloci przed wylotem z Warszawy znali warunki pogodowe panujące nad Smoleńskiem?

12. Dlaczego jako miejsce lądowania wybrano nieczynne już lotnisko wojskowe?

13. Dlaczego mimo komendy dowódcy załogi "Odchodzimy", maszyna się nie poderwała?


SE 2011-04-09

piątek, 8 kwietnia 2011

Barak Obama w 1. rocznicę katastrofy smoleńskiej

The White House

Office of the Press Secretary
For Immediate Release
April 08, 2011

Statement from President Obama On the One Year Anniversary of the Death of Polish President Kaczynski and His Delegation

As the people of Poland mark one year since the tragic deaths of President Lech Kaczynski, First Lady Maria Kaczynska and their delegation, I join with the American people, including many Polish Americans, in honoring the memory of these 96 Polish patriots. The images of the wreckage in Smolensk, and the loss of so many extraordinary civilian and military leaders who guided Poland to democracy and prosperity, broke our hearts. But it was the inspiring scenes of people coming together, in streets filled with candles and flowers, both in Poland and the United States, that revealed the true strength, resilience and faith of the Polish spirit, as well as the unbreakable bonds between our two countries. Poland is one of America’s strongest and closest allies, and I look forward to deepening these enduring ties, and carrying on the work of those who perished one year ago this Sunday, when I visit Warsaw next month.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Tragedia Igora Janke (1997)


Igor, żona Bogna z synem Antkiem (lat 7), a Franek (lat 9) wyjechał na narty - to jego druga rodzina. Pierwsza zginęła w katastrofie.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Igor_Janke
http://jankepost.salon24.pl/posts/0,1,wszystkie

Religia.tv Ludzie na walizkach - odc. 7
Igor Janke, dziennikarz i publicysta, który w wypadku drogowym 12 lat temu stracił - jak sam mówi - wszystko. - Straciłem żonę i dziecko. Nasz synek miał wtedy trzy lata. Byliśmy małżeństwem od trzech lat. I to był taki najlepszy moment naszego związku. To był związek, który zaczął kwitnąć - mówi dziennikarz.

http://www.onet.tv/ludzie-na-walizkach-odc-7,5638685,3,klip.html#m=5638685,c=3


Grzegorz Sroczyński, Duży Format, 2010-02-08

Ludzie, którzy pomagali mi wcześniej płakać, teraz przyszli się cieszyć

O nie, stary, nic po cichu
Igora Janke poznałem w połowie lat 90. w "Życiu Warszawy". Pisał fajne reportaże, był o kilka lat starszy. Jego żona Dagmara też coś pisywała, kilka razy widziałem ich w redakcji z synkiem. We wrześniu 1997 roku Dagmara i trzyletni Szymon zginęli w wypadku. W środowisku dziennikarskim wszyscy rozmawialiśmy o tej tragedii. Nie poszedłem wtedy na pogrzeb, nie zadzwoniłem nawet do Igora. Do dziś nie wiem, dlaczego. Pewnie ze strachu. Pamiętam, że po pogrzebie ktoś powiedział w redakcji: "Igora teraz trudno poznać".

Szczegóły poznałem wiele lat później. Igor i Dagmara kończyli budowę domu pod Warszawą. Tego dnia umówili się, żeby razem sprawdzić kolory farb na ścianach. Zgromadzili masę próbek, bo wszystko miało być kolorowe. Igor jechał z Warszawy. Dagmara z trzyletnim Szymkiem z wynajmowanego domku w Zalesiu na rowerach. Nie dojechali. Igor długo czekał, w końcu wrócił do Warszawy. Komórek jeszcze było mało. Po drodze - blokada, dużo policji, karetka. Zatrzymał się, podszedł do policjanta. "Tak, kobieta z dzieckiem". "Tak, na rowerach". 12 lat później poprosiłem Igora o rozmowę.

Powinienem wtedy zadzwonić?

Mogłeś. Potrzebowałem tych telefonów, potrzebowałem znajomych. Na szczęście znalazły się dziesiątki osób, które pomagały mi przeżyć.

Pamiętasz dzień po?

Siedzę w szpitalu przy łóżku Dagmary. Żyła jeszcze dwa dni, nie odzyskała przytomności. Ciągle do niej mówiłem, żegnałem się. Wierzę, że słyszała. Ten czas przed wypadkiem to był najlepszy moment naszego związku. Wtedy właśnie mocno poczuliśmy, jak bardzo chcemy być razem. Wyjechała na kilka miesięcy na stypendium. Kiedy wróciła, powiedziałem: "Już nigdy nie wypuszczę cię na tak długo". Ten wyjazd nieprawdopodobnie ją rozwinął, zaczęła świetnie pisać. "Dialog" zamówił u niej cykl dziesięciu tekstów, zdążyła napisać cztery. Dostała propozycję tłumaczenia Umberto Eco. Podjęliśmy decyzję o drugim dziecku, dwa tygodnie przed wypadkiem myśleliśmy, że jest w ciąży.

Co było potem?

Tułałem się po znajomych, nie potrafiłem wrócić do mieszkania, które wynajmowaliśmy. Wszystkie rzeczy wywieźli z niego znajomi. Intensywnie walczyłem, żeby przetrwać. Pamiętam ważną chwilę. Stoję na balkonie, gdzieś tam na wysokim piętrze. Z pokoju wychyla się Doman Nowakowski, kolega ze studiów: "Igor, chcesz żyć? Myślisz o samobójstwie?". Wtedy po raz pierwszy postawiłem sobie to pytanie. Zrozumiałem: tak, chcę żyć. Zacząłem działać instynktownie. Jak zwierzę, które ucieka przed śmiercią. Wynająłem mieszkanie. Pierwsze postanowienie - nie pić. Przynajmniej na początku. Kolejne - utrzymywać idealny porządek. Dagmara lubiła porządek, ja zawsze byłem bałaganiarzem. Sprzątałem, układałem rzeczy. Zacząłem się gimnastykować.

Chciałeś być sam?

Nie. Nie mogłem być sam, bałem się samotności. Przez miesiąc mieszkał ze mną mój kumpel Krzyś Leski. Oddał mi miesiąc swojego życia. Będę mu zawsze to pamiętał. Myślę, że było ze sto osób, które się mną zajmowały. Dzwonili, zapraszali. Albo się wpraszali. I dobrze. Zaliczałem wtedy wszystkie imprezy. Piłem wino, którego wcześniej nie lubiłem. I bez przerwy gadałem o Dagmarze i Szymonku. O śmierci. O sprawach ostatecznych. Katowałem przyjaciół wszystkimi możliwymi piosenkami o śmierci.

Płakałeś?

Tak. Dużo.

Pamiętam: idę po placu Konstytucji i ryczę jak bóbr. Jeździłem samochodem, wyłem i puszczałem głośną muzykę. Potem przyszedł czas, że w tygodniu byłem w stanie się kontrolować, normalnie funkcjonować w pracy. A wyłem w weekendy.

Nowy związek?

To było parę krótkich związków, byłem mocno rozchwiany emocjonalnie. Rok po tym wszystkim pojechałem z dziewczyną na wakacje do Hiszpanii. "Słuchaj, za tym zakrętem muszę się na chwilę zatrzymać". Tak jakbym chciał się wysikać. Wchodziłem do rowu, przez pięć minut ryczałem i mogłem jechać dalej. Taka potrzeba, niemal fizjologiczna.

Kiedy przestałeś płakać?

Po raz pierwszy poczułem ulgę, kiedy zdałem sobie sprawę, że ich już nic nie boli. Im nic już nie jest. Jest im dobrze. Zmarły nie cierpi, to my cierpimy. Ważna była rozmowa z ojcem Jackiem Salijem. Powiedział: "Masz prawo mieć nową rodzinę, masz prawo wypełniać tę pustkę. Pan Bóg wcale nie chce, żebyś rwał włosy z głowy, twoim zadaniem jest żyć".

Czegoś się nauczyłeś?

Dowiedziałem się o sobie, że jestem silny. Chyba jestem trochę dojrzalszy. Sądzę, że umiem oddzielić rzeczy ważne od nieważnych. Nauczyłem się nie przejmować pierdołami. Mam duży kredyt. Czy to kłopot? To tylko kredyt. Trzeba go tylko spłacać, a nie denerwować się nim. Nie dam rady, stracę pracę? To znajdę inną. Nauczyłem się, że problemy nie są od tego, by się nimi zamartwiać, ale by je rozwiązywać. Stałem się lepszym menedżerem życia.

Przejmować się mogę zdrowiem i życiem najbliższych. Tym, by mieć dobrą rodzinę. Byśmy umieli dobrze żyć. Byśmy dobrze wychowali synów. To jest ważne

Doświadczyłem rzeczy ostatecznych, ale stał się cud - dostałem nowe życie, odbudowałem się. Powinienem być lepszy, robić coś dla ludzi. A nic, cholera, jeszcze nie zrobiłem. Nawet krwi nie oddałem. W tym roku zabieram się za dobre rzeczy. Takie sobie zrobiłem postawienie w Boże Narodzenie.

A zemsta? Był proces tego kierowcy?

Kompletnie mnie to nie interesowało. Nawet nie wiem dokładnie, jak ten wypadek wyglądał. Z dziesięć razy mi to opowiadano, a ja do dziś tego nie wiem. Był proces. Nie chciałem chodzić, mój tata załatwił, że będzie mnie zastępował. Bardzo mu jestem za to wdzięczny. Musiałem być tylko na ostatniej rozprawie. Stał tam ten facet. Zastanawiałem się, co powinienem zrobić. "Zabić go? Walnąć z główki?". Przed sędzią zaczął stękać: że kara za wysoka, że potrzebuje prawa jazdy do pracy. "Chyba pan zwariował - mówię - niech się pan nie odzywa". Nie pamiętam, jaki zapadł wyrok.

Przychodzi do ciebie przyjaciel, który doświadczył podobnej tragedii. Co mu radzisz?

Żeby nie wstydził się swoich emocji. Przeżywał żałobę tak, jak ją czuje. Chcesz chodzić na czarno - to chodź. Nie chcesz - to nie, ubieraj się kolorowo. Nie musisz robić rzeczy, których oczekuje od ciebie otoczenie. Znajdź swój sposób i nie wstydź się tego. Jedni chcą się odgrodzić, zamknąć. Inni - jak ja - potrzebują masy ludzi dookoła.

Druga rada: pamiętaj, że z każdej trudnej sytuacji jest dobre wyjście. Próbuj. Nie uda się za pierwszym razem, to uda się za drugim, czwartym albo szóstym. Trzeba próbować, przeć, iść.

Kiedy założyłeś nową rodzinę?

Szybko. Po trzech latach. Poznałem Bognę w pracy. Nie mieliśmy kasy, myślałem, że drugie małżeństwo to nie wypada, więc planowaliśmy wziąć cichy, skromny ślub. Ale znajomi nie pozwolili. "O nie, stary, nic po cichu. Wielką fetę masz zrobić, będą wielkie dzwony". No i pożyczyli nam pieniądze. Zrobiliśmy wesele na sto osób w pałacyku ASP w Dłużewie. Ludzie, którzy pomagali mi wcześniej płakać, teraz przyszli się cieszyć. Stała bardzo długa kolejka z życzeniami. Jeden z nich powiedział mi potem: "To była najbardziej radosna kolejka, w jakiej stałem". Ślubu udzielił nam ojciec Salij. Poszedłem do niego: "Zadane wykonane, rodzina założona, ale ksiądz musi ponieść konsekwencje". I dać nam ślub, choć dominikanie tego zwykle nie robią. No i się zgodził. Potem był jeden bardzo ważny moment. Dostaliśmy masę kwiatów. Co z nimi zrobić? I wtedy Bogna, moja nowa żona, powiedziała: "Zawieźmy je na grób". Ona postanowiła, by zawieźć kwiaty, które dostaliśmy z okazji naszego ślubu, na grób mojej poprzedniej rodziny. Zrobiła wielką rzecz. To miało wielkie konsekwencje. A potem pojechaliśmy w miesięczną cudowną podróż poślubną. Wszystko jak trzeba.

Mamy z Bogną dwóch chłopaków, Franka i Antka, i od początku mówimy im, co się wydarzyło. Że mieli brata Szymona, którego nie poznali. I jesteśmy normalną, szczęśliwą rodziną.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Kazus z prawa wekslowego (marzec 2011)

W dniu 16 sierpnia 1998 r. Bank udzielił Fabryce S.A. kredytu na kwotę 15.000.000 zł. Na zabezpieczenie wierzytelności dłużnik wystawił weksel in blanco. Weksel ów został poręczony przez spółkę Metal S.A. (spółkę-matkę i wyłącznego udziałowca Fabryki S.A.) do kwoty 2.000.000 zł. Awal na wekslu składał się ze słów „poręczam do kwoty dwa miliony złotych” oraz podpisów osób uprawnionych do reprezentacji spółki Metal S.A. Zgodnie z treścią deklaracji wekslowej „Bank ma prawo wypełnić weksel w każdym czasie na sumę odpowiadającą zadłużeniu z tytułu kredytu oraz opatrzyć datą płatności według swojego uznania. Weksel musi być wypełniony jako imienny wskazując jako wierzyciela Bank, jako miejsce płatności zgodnie wskazana będzie siedziba Banku.”

W deklaracji znalazł się również zapis o treści „dla zabezpieczenia należności Banku, mogących wyniknąć przy wykonywaniu umowy kredytu (…) spółka Metal S.A. poręcza tą należność wekslową do kwoty 2.000.000 zł i przyjmuje do wiadomości, że Bank w razie odmowy dobrowolnego pokrycia szkody wystąpi z powództwem i po uzyskaniu tytułu wykonawczego podejmie czynności zmierzające do wyegzekwowania należności z majątku Metal S.A.”.

W dniu 12 października 2000 r. Bank zbył wierzytelność wobec Fabryki S.A. na rzecz BŁYSK Sp. z o.o. Nabywca otrzymał także weksel oraz deklarację wekslową.

W grudniu 2002 r. Fabryka S.A. ogłosiła upadłość. W toku postępowania upadłościowego BŁYSK Sp. z o.o. zgłosiła swoją wierzytelność do masy upadłości. Ponieważ przebieg postępowania upadłościowego wskazywał, że realnie BŁYSK Sp. z o.o. może otrzymać jedynie około połowy swojej należności, w dniu 11 kwietnia 2003 r. BŁYSK Sp. z o.o. udzieliła radcy prawnemu Annie Nowak pełnomocnictwa do dochodzenia należności z tytułu poręczenia wekslowego za zobowiązania Fabryki S.A. W sporządzonej w dniu 20 maja 2003 r. opinii prawnej Anna Nowak wyraziła pogląd, że „powód nie ma prawa realizowania praw z weksla, ponieważ weksel ten nie został indosowany na niego przez Bank. Nastąpiło tylko przeniesienie wierzytelności, co ma znaczenie, że niemożliwe jest dochodzenie należności z weksla w postępowaniu nakazowym, lecz w postępowaniu gospodarczym na podstawie umowy przelewu wierzytelności i umowy poręczenia znajdującej się na wekslu in blanco i deklaracji wekslowej. Z treści deklaracji wynika przy tym, że wypełnić może ją tylko Bank, a zatem inny podmiot nie ma prawa tego uczynić.”

W dniu 5 czerwca 2003 r. Anna Nowak wniosła w imieniu BŁYSK Sp. z o.o. do Sądu Okręgowego w W. pozew przeciwko Metal S.A. o zapłatę kwoty 2.000.000 zł. Jako podstawa faktyczna żądania wskazane zostało poręczenie udzielone przez pozwanego na wekslu oraz w deklaracji wekslowej, z odwołaniem się do art. 876 § 1 k.c.

Anna Nowak została wezwana przez Sąd do uzupełnienia braku pozwu, tj. do przedstawienia oryginału weksla z poręczeniem. Działając w imieniu powoda Anna Nowak własnoręcznie wypełniła weksel wpisując jako remitenta Bank, a następnie w dniu 14 sierpnia 2003 r. złożyła tak uzupełniony weksel Sądowi. W sprawie wydany został nakaz zapłaty uwzględniający roszczenie spółki, który został utrzymany w mocy wyrokiem Sądu Okręgowego z dnia 13 lipca 2004 r. Za podstawę prawną powództwa Sąd Okręgowy przyjął cywilne poręczenie pozwanej Metal S.A., natomiast co do roszczenia wekslowego wyraził pogląd, że „jako remitent powinien zostać wpisany nie Bank, tylko powódka jako posiadaczka weksla, wydanego mu na podstawie umowy przelewu wierzytelności, które to wydanie i przelew stanowiło przeniesienie praw wekslowych równorzędne z indosem. Wpisanie na wekslu poprzedniego wierzyciela zniweczyło dokonaną cesję, a zatem należało przedstawić nieprzerwany ciąg indosów, aby móc skutecznie dochodzić roszczeń na podstawie tak wypełnionego weksla.”

Na skutek apelacji Metal S.A. Sąd Apelacyjny w W. zmienił zaskarżony wyrok i powództwo powódki oddalił oraz obciążył ją kosztami procesu w kwocie 187 600 zł. Ocenił, że „powódka nie ma legitymacji formalnej z weksla z uwagi na jego wadliwe wypełnienie co do osoby remitenta”. Sąd Apelacyjny nie podzielił stanowiska Sądu pierwszej instancji, że w sprawie miało miejsce poręczenie cywilne.

W dniu 16 maja 2005 r. spółka BŁYSK Sp. z o.o. cofnęła Annie Nowak pełnomocnictwo do sprawy i udzieliła pełnomocnictwa innemu radcy prawnemu. Wniesiona przez niego skarga kasacyjna nie została przyjęta przez Sąd Najwyższy do rozpoznania. Pismem
z dnia 22 sierpnia 2005 r. BŁYSK Sp. z o.o. wezwał Annę Nowak do zapłaty
(1) kwoty 187 600 zł stanowiącej równowartość zasądzonych kosztów postępowania na rzecz Metal S.A., oraz
(2) kwoty 2.000.000 zł odszkodowania za szkodę spowodowaną błędnym i niestarannym prowadzeniem sprawy.
Powyższe elementy uznać należy za bezsporne lub dowiedzione przez strony. Należy zakładać, że powołane powyżej fragmenty deklaracji wekslowej to wszystkie, które są niezbędne do rozstrzygnięcia sprawy oraz że analiza całości deklaracji prowadzi do wniosku, iż powołane fragmenty mają dokładnie takie znaczenie, jakie wynika z ich brzmienia. W razie wątpliwości należy przyjąć, że żadne inne okoliczności faktyczne nie zostaną udowodnione.

Zadanie

Twoim zadaniem jest – jeszcze przed wszczęciem postępowania - przygotowanie opinii zawierającej argumentację prawną na poparcie stanowiska tej strony w przyszłym procesie, która została Ci przydzielona w momencie rejestracji (powód/pozwany). Istotne są wyłącznie argumenty o charakterze merytorycznym, a nie procesowym.

Oczekujemy, że praca będzie zawierać wywód prawny, popierający – z punktu widzenia prawa materialnego - stanowisko strony, którą będziesz reprezentował w przyszłym procesie (spółkę BŁYSK Sp. z o.o. – powoda, albo Annę Nowak – pozwanego).

Przygotowując opinię proszę nie brać w ogóle pod uwagę możliwości ugodowego zakończenia sporu.

środa, 30 marca 2011

10 kwietnia 2011 koniec żałoby

Lubię Nycza:

- Rok po katastrofie smoleńskiej, zgodnie z polską i kościelną tradycją, kończy się czas żałoby 

- Nie można zatrzymywać się na pytaniu: "dlaczego tak się stało?". Trzeba powiedzieć sobie: "bądź wola Twoja" (...). Nie jest to łatwa odpowiedź

- Cmentarz nie jest naszą świątynią, ani nie jest naszym domem, owszem przychodzimy tam opłakiwać najbliższych, ale przychodzi taki moment, że musimy wrócić do codziennego życia - dodał metropolita.



niedziela, 27 marca 2011

c.d.

Spotykają się dwie planety
- Cześć kochana, co u ciebie ?
- A nic specjalnego, chyba złapałam istoty rozumne.
- Drobiazg. Przechodziłam przez to. Cztery, no w najgorszym przypadku pięć tysiącleci i przechodzi samo. Na krótko podniesie ci się temperatura, jeśli zaraza dojdzie do reakcji termojądrowych. Jeśli będziesz się leczyć, już w stadium antyku powinna się zacząć remisja. Ja przeważnie biorę po trzy asteroidy na każde tysiąclecie, plus jedna po każdym okresie zlodowacenia i nie mam żadnych problemów...

* * * * *

Komorowski z Putinem się spotkali i zamówili prostytutkę.
Gdy tylko przybyła Putin rozsiadł się na kanapie i wystawił jej pałę do zrobienia. Bronek zaś zaczął ją jechać od tyłu. Gdy mu się znudziło pyta Putina:
- Możemy się zamienić?
Putin popatrzył na niego i mówi:
- Jak chcecie to się zamieńcie.

* * * * *

Zgodnie z rezolucją Rady Bezpieczeństwa terrorystą automatycznie staje się ten, kogo zbombardował laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

* * * * *

Polacy w ramach przyjaźni polsko-radzieckiej wysłali depeszę do Stalina prosząc o zwrot Kijowa oraz Lwowa.
Stalin po długich namysłach odpisał:
- Kijów mogę Wam dać, lwów sami sobie nałapcie...

broda Niemena i palec murzyna

Pewna wesz szukała dla siebie jakiegoś lokum. Udała się więc do firmy zajmującej się wyszukiwaniem mieszkań dla tego typu stworzeń, i dostała zakwaterowanie w brodzie Czesława Niemena. No, ale wiadomo - artysta. Po miesiącu przychodzi więc z reklamacją:
- Chcę się przeprowadzić, tam się nie da żyć! Ciągle jakieś imprezy, koncerty, hałasy, próby do późnych godzin, opary alkoholu, narkotyki... No po prostu ani chwili spokoju, dłużej nie wytrzymam!
- No, dobrze, mamy jeszcze jedną propozycję - włosy łonowe Maryli Rodowicz.
- OK, niech już będzie.
No i pchła zamieszkała we włosach łonowych Maryli Rodowicz. Ale, przecież to też pieśniarka, więc biedna wesz po tygodniu znów idzie z reklamacją:
- Nie mogę! Warunki są okropne - znowu nie mam możliwości odpocząć, bez przerwy koncerty, trasy po całej Polsce, próby, wywiady, imprezy pijackie... A jak w końcu uda mi się zasnąć to i tak budzę się w brodzie Niemena.


Murzyn pracował w tartaku, i któregoś dnia ucięło mu palec. Na pogotowiu stwierdzono, że nie mogą przyszyć go spowrotem, cały jest poharatany. Ale wezmą od jakiegoś trupa z kostnicy, i też będzie dobry. Ale że akurat nie było żadnego martwego Murzyna, to - chcąc nie chcąc - przyszyli mu biały palec. Zabieg się udał, i od tego czasu był sobie Murzyn z białym palcem. Jakiś czas po tym wydarzeniu, Murzyn idzie ulicą, iw idzi że z naprzeciwka idzie koleś - cały czarny, z białym palcem. Podchodzi więc i pyta:
- Ty też jesteś Murzynem któremu odcięło palec, a że nie było czarnych to przyszyli Ci biały?
- Nie. Ja jestem kominiarzem i wracam z randki.

krzyż żelazny

hitler nie żyje, staje przed św. piotrem, piotr oburzony:
-co ty tu chcesz? spieprzaj do piekieł!
-ale ja mam prezent dla jezusa
-jaki prezent?
-krzyż żelazny
-krzyż żelazny? czekaj zawołam go
podchodzi jezus i pyta hitlera:
-co tu szukasz?
-mam dla ciebie prezent krzyż żelazny
-hmm.. musze pogadać ze starym
jezus wychodzi do pokoju boga i mówi:
-hitler przyszedł i ma dla mnie prezent
-jaki?
-krzyż żelazny
-na chuj ci taki jak ty sie z drewnianym 3 razy wyjebałeś?!

i o apostołach:
jedzcie pijcie apostołach nie żygajcie

środa, 23 marca 2011

dziesięć najwyższych wygranych w Lotto


Lp.Miasto Data losowania LottoWysokość wygranej
1Elbląg2010-04-2924 636 124.00
2Warszawa 2010-12-0423 378 863.20
3Skawina2011-03-2221 563 992.50
4Warszawa2004-06-0220 119 858.20
5 Gdynia2008-01-1917 017 899.80
6Kalisz2009-01-1517 000 000.00
7Ostrowiec Świętokrzyski2010-05-2215 728 274.30
8Lubin2008-08-1414 546 381.80
9Warszawa2011-02-0114 367 883.00
10Kielce2007-08-04 13 833 508.50

Źródło:
Gazeta Wyborcza Kraków

wtorek, 22 marca 2011

Jarosław Kaczyński kupuje cukier



a w Biedronce kupuj najbiedniejsi

poniedziałek, 21 marca 2011

Świt Odysei. 19 marca 2011

Wygląda to na starcie Goliata z Dawidem. W powietrzu i na morzu siły koalicji są o wiele potężniejsze niż te, którymi dysponuje pułkownik Muammar Kaddafi.

Co oczywiście nie oznacza, że wynik walk z góry został przesądzony. Zdaniem ekspertów starcie przypominać będzie raczej interwencje NATO w Bośni na początku lat 90. ubiegłego stulecia oraz w Kosowie w 1999 r. niż wojny w Iraku albo w Afganistanie, gdzie oprócz lotnictwa użyto także sił lądowych.

F-15, tornado i rafale

Nad Libię skierowane zostały przede wszystkim samoloty. Amerykanie zastosowali ciężkie myśliwce typu F-15 Eagle. Ich uzbrojenie to kierowane pociski rakietowe, bomby i działko. To standard dla wszystkich nowoczesnych samolotów, choć oczywiście różnią się one rodzajem przenoszonego uzbrojenia.

Oprócz F-15 nad Libią znalazły się amerykańskie F-16 fighting falcon, a także samoloty pionowego startu i lądowania typu Harrier oraz niewykrywalne bombowce („stealth") B-2 i samoloty do walki elektronicznej (zakłócające działania elektroniki przeciwnika) EA-18 Growler.

Brytyjczycy używają zaś myśliwców Tornado, a Francuzi przede wszystkim swoich najnowocześniejszych myśliwców Rafale, a także nieco starszych typu Mirage 2000-D i 2000-5. Z pokładów alianckich okrętów wystrzelone zostały m.in. pociski manewrujące typu Cruise – BGM 109 Tomahawk. Te „skrzydlate rakiety" mogą przenosić głowice z 450 kg materiału wybuchowego lub głowice nuklearne. Mają zasięg 2500 km. Myśliwce Tornado wystrzeliły rakiety Storm Shadow przenoszące 450 kg materiału wybuchowego, ale mające zasięg tylko ponad 250 km.

Jeden sprawny mirage

Supernowoczesnym samolotom i pociskom rakietowym koalicji wojska Kaddafiego mogą przeciwstawić niewiele. Najnowocześniejszy sprzęt, jakim dysponują, to kupione w latach 70. ubiegłego wieku samoloty myśliwskie typu Mirage – F1BD/ED. Libia miała ich łącznie 32. W 2007 r. ich producent Dassault miał doprowadzić 12 do stanu używalności, ale ostatecznie wyremontowano cztery. 21 lutego dwa, zamiast bombardować wrogów Kaddafiego, uciekły na Maltę. Trzeci został zestrzelony 3 marca.

Stare migi

Również większość libijskich przestarzałych myśliwców sowieckiej produkcji typu MiG-23 (ponad 100) i MiG-21 (23 sztuki) jest uziemionych. Wiadomo, że kilka z nich zostało przechwyconych przez rebeliantów. W nieco lepszym stanie są myśliwce bombardujące typu Su-22 (było ich 38, kilka zostało zestrzelonych). Do działań bojowych wykorzystywane są też samoloty szkolne, jak np. jugosłowiańskie Soko G-2 Galeb. Kilka z nich przejęli powstańcy.

Libijskie lotnictwo dysponuje też ponad 30 ciężkimi śmigłowcami bojowymi produkcji sowieckiej typu Mi-24 (kod NATO „Hind", używane w przeszłości np. przez Armię Czerwoną w Afganistanie). Do obrony przeciwlotniczej może służyć około 200 wyrzutni rakiet przeciwlotniczych – produkcji sowieckiej, w tym wystrzeliwane z mobilnych wyrzutni S-125 i S-200, a także ręczne Igła, Strieła 3 – i około 500 dział przeciwlotniczych.

Morze koalicji

Potencjałem sił morskich wojska koalicji wielokrotnie przewyższają Libijczyków. Do ataku rakietowego Amerykanie użyli niszczycieli klasy Arleigh Burke – USS „Stout" oraz USS „Barry", a także okrętów podwodnych USS „Providence", USS „Scranton" i USS „Florida". Siły amerykańskie dowodzone są z USS „Mount Whitney". Do wybrzeży libijskich wysłany został także okręt flagowy marynarki francuskiej, lotniskowiec „Charles de Gaulle". Towarzyszy mu atomowy okręt podwodny i kilka fregat. Siły brytyjskie to dwa duże okręty nawodne oraz okręt podwodny. Libia ma zaledwie kilka fregat, korwet i okręty podwodne, jednak nie wszystkie nadają się do użycia, np. spośród sześciu okrętów podwodnych otrzymanych w 1982 r. od ZSRR być może jeden wypłynie w morze. Ale i to jest wątpliwe.


RZ 21 III 2011

Silnik Tupolewa ZMIELIŁ CIAŁA jak maszynka do mięsa

z forum wzięte

Wysłałam tę informację do SuperExpresu, ale napiszę tutaj, bo nie chcieli opublikować. Chciałabym, żeby trafiła ona do jak największej liczby odbiorców.

Jestem narzeczoną pracownika MSWiA. Proszę o więcej nie pytać. Mam informacje dotyczące katastrofy smoleńskiej, które nie są może sensacyjne, ale których nikt dotychczas nie opublikował, ponieważ nie są jawne.

Oto one:
- NIE BYŁO WYBUCHU . Ciała ofiar katastrofy były poobdzierane z ubrań i POKAWAŁKOWANE, ponieważ kapitan Protasiuk zwiększył ciąg. Kiedy samolot się rozpadał, środkowy silnik wyrwał się z ogona i przeleciał przez kabinę pasażerską JAK MASZYNKA DO MIESA. Właśnie dlatego Ewa Kopacz opisuje 200 kg ludzkich szczątków, z których części nie udało się zidentyfikować.

- Gdyby kapitan trenował na trenażerze, przy manewrze, który zastosował w Smoleńsku, zawsze by się rozbijał. Autopilot tupolewa jest tak skonstruowany, że stery "odbijają" przy gwałtownym ich pociągnięciu. W efekcie samolot na dużym ciągu wbił się w ziemię.

- Gdyby tupolew się nie obrócił do góry nogami ( duży ciąg i urwane skrzydło ), gdyby wylądował na podwoziu, ono przyjęłoby na siebie impet uderzenia. Podwozia Tu 154 M zostały przystosowane do lądowań z paliwem. Muszą być wytrzymałe.

Zdjęcie zwłok prezydenta Kaczyńskiego

http://inbrevi.blox.pl/resource/bor_chronil_cialo_prezydenta_przed_540x367_crop.jpg
Dopiero po siedmiu godzinach od katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem odnaleziono ciało polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Było bardzo zmasakrowane, z trudem rozpoznali je oficerowie Biura Ochrony Rządu. To oni do przyjazdu Jarosława Kaczyńskiego stali przy zwłokach prezydenta i pilnowali, by Rosjanie nie przenieśli ich w inne miejsce. "Super Express" ujawnia nigdzie niepublikowane dotąd zdjęcie z tego wydarzenia.

Najpierw na teren wrakowiska wchodziła ekipa śledczych. Dopiero po oględzinach wołano strażaków, którzy wynosili odnalezione ciała i ich fragmenty i kładli je na folię przy murze". Prezydenckie ciało odnaleziono o 15.30 polskiego czasu. Od tamtej pory czuwali przy nim dwaj funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu: major Krzysztof P. i major Cezary K. oraz polski dyplomata z ambasady w Moskwie.

Ciało prezydenta leży na noszach a do płótna przyczepiona jest karteczka "Prezident Polszy Kaczynskij". Za każdym razem, kiedy Rosjanie próbują podejść i proponują przeniesienie zwłok prezydenta w inne miejsce, oficerowie BOR protestują.
http://inbrevi.blox.pl/resource/f2.jpg

http://inbrevi.blox.pl/resource/f4.jpg
http://inbrevi.blox.pl/resource/f5.jpg
http://inbrevi.blox.pl/resource/f7.jpg
http://inbrevi.blox.pl/resource/f3.jpg
SE 21 III 2011

niedziela, 20 marca 2011

czemu Tusk nie wysłał F-16 nad Libię?

Eugeniusz Kłopotek (PSL):

- Stać nas na to, żeby wysłać do Libii 2-3 eskadry, ale dobrze się stało, że nie bierzemy udziału w tej akcji
- Ile jest krajów na świecie, gdzie prawa człowieka są łamane, a nie dochodzi tam do interwencji?

Stefan Niesiołowski (PO):

- To fałszywa teza. To znaczy, że jak nie można złapać wszystkich złodziei, to nie można dogonić jednego? Kaddafi od 40 lat morduje swój naród. To jest powstanie przeciw tyranowi

Kawa na ławę, 20 marca 2011 - w 8. rocznicę interwencji w Iraku 2003

sobota, 12 marca 2011

Złote żniwa. Zagadkowe zdjęcie

A zaczęło się od: Gorączka złota w Treblince

Jeszcze do niedawna zdjęcie to było podpisywane tak:

„To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują do wspólnej fotografii z milicjantami, którzy zatrzymali ich na gorącym uczynku. W chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby. U stóp siedzących ułożone czaszki i piszczele zagazowanych”. Reporterzy dostali zdjęcie od Tadeusza Kiryluka, byłego kierownika Muzeum Męczeństwa Żydów w Treblince. Kiryluk powiedział reporterom, że zdjęcie przedstawia „kopaczy” złapanych przez milicję w dużej akcji, krótko po wojnie”



Artykuł z dzisiejszej Wyborczej poniekąd rozwiązuje zagadkę postaci ze zdjęcia. Przynajmniej teza iż są to łupacze z Treblinki upada, bo zdjęcie zrobiono gdzie indziej.

Powiększenie. Nowe oblicze znanego zdjęcia


Od redakcji


Najpierw był reportaż sprzed trzech lat „Gorączka złota w Treblince”. Marcin Kowalski i Piotr Głuchowski, reporterzy „Dużego Formatu” „Gazety” opisali przykłady rabowania przez mieszkańców wsi masowych grobów pomordowanych Żydów. Zilustrowali to fotografią. Podpis brzmiał tak: „To nie jest zdjęcie ze żniw. Kopacze z Wólki Okrąglik i sąsiednich wsi pozują do wspólnej fotografii z milicjantami, którzy zatrzymali ich na gorącym uczynku. W chłopskich kieszeniach były złote pierścionki i żydowskie zęby. U stóp siedzących ułożone czaszki i piszczele zagazowanych”. Reporterzy dostali zdjęcie od Tadeusza Kiryluka, byłego kierownika Muzeum Męczeństwa Żydów w Treblince. Kiryluk powiedział reporterom, że zdjęcie przedstawia „kopaczy” złapanych przez milicję w dużej akcji, krótko po wojnie”.

Zdjęcie stało się inspiracją dla Jana Tomasza Grossa, który umieścił reprodukcję na obwolucie swojej książki eseju „Złote żniwa” (trafiła do księgarń w czwartek). Gross uznaje, że dziennikarze „Dużego Formatu” mają rację, a zdjęcie stało się katalizatorem jego historii o hienach rabujących masowe groby.

Tropem zdjęcia poszli też Michał Majewski i Paweł Reszka, reporterzy „Rzeczpospolitej”. W tekstach „Zagadka starego zdjęcia” i „Tajemnica zdjęcia z Treblinki” sugerują dwie wersje. Przytaczają wypowiedź Kiryluka, który mówi im co innego, niż reporterom „Dużego Formatu”. Że na zdjęciu są ludzie porządkujący teren. Dziennikarze „Rz” wykluczają, że zdjęcie przedstawia „kopaczy” złapanych w czasie tej obławy, którą opisali Kowalski z Głuchowskim: miała ona miejsce w marcu, a zdjęcie zrobiono najwyraźniej latem. W kolejnej publikacji Majewski i Reszka dochodzą do wniosku, że zdjęcie nie musiało zostać wykonane w Treblince i nie musi przedstawiać obławy na „kopaczy”.

Gross w swoim eseju opowiada się za ustaleniami Kowalskiego i Głuchowskiego. Uważa, że za twierdzeniami „Rzeczpospolitej” „nie przemawiają żadne dowody materialne”.

---------

Bez stresu

Na ekranie komputera powiększam kilkakrotnie "materialny dowód". Centymetr po centymetrze oglądam to, co już znane, opisane.

Co najmniej 42 postaci ubrane w codzienne stroje. Kobiety w luźnych, długich spódnicach, chusty na głowie, mężczyźni w koszulach, czapkach z daszkami. Pierwszy rząd siedzi lub klęczy, kilka osób bosych. Stojący podpierają się na łopatach.

Z lewej strony ośmiu żołnierzy lub milicjantów. Zbici w gromadkę, tylko jeden na skraju fotografii jakby zatrzymał się w pół kroku przed innymi, tachając przed sobą karabin maszynowy.

Za plecami cywilów stoi dwóch mundurowych. Jeden ma przekrzywioną czapkę.

Luz towarzyszący bohaterom zdjęcia wydaje się oczywisty. Ledwie kilkanaście osób patrzy w kierunku aparatu, reszta zajęta pogawędkami. Kilku cywili z prawej uśmiecha się do środka, kilku w środku patrzy na kobiety z prawej. Jeden z mężczyzn przyklęknął, trzymając niedbale łopatę, jakby w trakcie pogawędki z kobietą w kraciastej chuście.

Doktor Sławomir Sikora, antropolog wizualny, który zajmuje się analizą historycznych zdjęć, nie chce niczego rozstrzygać. Przyznaje: - Grupa ludzi nie wydaje się szczególnie zestresowana, schwytana na gorącym uczynku.

To samo mówi Joanna Bartuszek, etnografka, autorka książki o fotografii chłopskiej: - Moje wrażenie jest takie, że grupa chłopów porządkuje teren lub ekshumuje szczątki pod nadzorem mundurowych. I obydwoje dodają, że trudno o pewne wnioski, gdy nie zna się kontekstu zdjęcia.

Trzy szczegóły

Powiększam zdjęcie dziesięciokrotnie, by wychwycić to, co było niewidoczne.

1. Co najmniej cztery osoby ubrane po cywilnemu, stojące z lewej strony fotografii, nie patrzą w obiektyw, lecz w swoją lewą stronę. Dwie postacie z prawej patrzą w swoją prawą stronę. Podobnie dwie siedzące kobiety odwracają głowy do tyłu. Dwaj z prawej są rozbawieni, wyraźnie się uśmiechają.

Co odwraca ich uwagę? Dlaczego nie są skupieni na fotografie? Co ich bawi?

Rysuję na zdjęciu linie przedłużające ich spojrzenia. Wszystkie przecinają się w jednym miejscu. Co tam jest? Powiększam ten fragment na wydruku. Znowu lupa. To czapka, w zasadzie kaszkiet. Nie, kaszkiecik. Między kilkoma kobietami siedzącymi w pierwszym rzędzie wyłania się po prostu postać jakby siedząca na kolanach kobiety chyba przytrzymującej postać ramieniem. Bartuszek: - Ta główka w kaszkiecie jest mniejsza od pozostałych. Można przyjąć, że to dziecko.

Zatem ludzie ci mogli być rozbawieni zachowaniem dziecka. Czy "kopacze" plądrujący groby, profanujący zwłoki, mogli przyjść w z dzieckiem? Bawić się jego obecnością pod lufami mundurowych?

2. Przyglądam się tym lufom. Mundurowy, pierwszy z lewej, ma karabin, na którym błyszczy magazynek w kształcie talerza. Ale taki rkm nie był rzadkością w tamtym okresie. W wielu książkach historycznych, choćby o losach 6. Wileńskiej Brygady AK, znajduję zdjęcia wojskowych z takimi karabinami. Broń, wyraźną, ma jeszcze drugi mundurowy z lewej. Przewiesił ją sobie przez ramię. Spod łokcia wystaje kolba skierowana w dół. Za plecami musi być lufa.

Powiększam.

Ekran komputera nie jest dokładny. Sprawdzam na wydruku. Lupa do ręki. Gdzie jest lufa? Nie ma. Nie wystaje zza pleców. Pod łokciem mundurowego widzę jakby jej mały fragment. Ale idzie pod dużym kątem wobec kolby, a to znaczy, że strzelba jest w pozycji złamanej. Co to oznacza, wyjaśnia mi Krzysztof Lompert, instruktor Polskiego Związku Łowieckiego w Poznaniu, któremu podsyłam zdjęcie w wysokiej rozdzielczości. Pytam łowczego, bo to jedyne służby, które współcześnie w Polsce używają strzelb: - Broń w takim ułożeniu nie jest zdolna do strzału. Jeśli lufa skierowana jest do góry, to znaczy, że nie ma w niej amunicji, boby wypadła.

Bo, jak wyjaśnia Lompert, broń przełamuje się, by nikomu nie wyrządzić krzywdy. Gdyby mundurowi złapali rabusiów, dbaliby o gotowość do strzału.

3. Przy powiększeniu, za plecami pierwszego z lewej mundurowego, na horyzoncie wyłania się jakby wypukłość. Na wzgórzu? By utwierdzić się w domysłach, drukuję zdjęcie w formacie w wysokiej rozdzielczości, jak poprzednio w profesjonalnym zakładzie. Mocno oświetlam. Znów lupa. Wypukłość to co najmniej dwa budynki z elewacją jaśniejszą od dachów. Powiększam tylko ten fragment i drukuję. Już bez lupy widzę, że budynek wyższy stoi frontem do płaszczyzny fotografii, a drugi, nieco niższy, przylega do niego. Gdyby spojrzeć z góry, utworzą kompleks w kształcie litery T. Na powiększeniu widać też, że do jasnych budynków przylega coś ciemnego. Drzewa? Może ciemniejsze budynki?

Na dużym wydruku dostrzegam jeszcze inne zabudowania. Z prawej od budynków T z lasu wyłania się szpic podobny do kościelnej wieży. Pod nim, ale już niedaleko od miejsca zrobienia zdjęcia, może kilkadziesiąt metrów, widać jakby długie ogrodzenie. I jeszcze nietypowy pagórek, bardzo wysoki, być może nienaturalny. Konsultuję to z Jerzym Nogalem, fotoedytorem "Gazety Wyborczej". Ma wątpliwości, czy wieża nie jest aby smukłym drzewem, ogrodzenie - zabrudzeniem na zdjęciu, a pagórek - zbitką drzew. A budynek w kształcie T? Taaak. Choć może to sugestia?

Pytam jeszcze Mariusza Foreckiego, znanego fotoreportera. Ogląda fotografię:- Mogą to być jakieś zabudowania, ale zdjęcie nie jest zbyt czytelne - mówi.

Dziecko wśród dorosłych budzi wątpliwość, czy to hieny grobowe. Mundurowy z odbezpieczoną bronią nie może trzymać ludzi na muszce. Więcej nie da się jednak o tych wątpliwościach powiedzieć.

Ale charakterystyczne budynki - jeśli to budynki - mogą pozwolić odpowiedzieć na pytanie, gdzie zdjęcie zostało zrobione.

Twarze nadal anonimowe

Zjawiam się w Treblince na początku lutego. Przez media przetacza się debata o "kopaczach", bo dziennikarze jeszcze przed drukiem poznali tekst eseju Grossa. Zdjęcie jest już tak sławne, że Edward Kopówka, kierownik Muzeum Zagłady, trzyma oryginał pod kluczem.

Kopówka też chciał zbadać, czy zdjęcie pochodzi z Treblinki. Dał ogłoszenie w lokalnej prasie z powiększonymi twarzami bohaterów i apelem, by zgłaszali się świadkowie. Przyszedł tylko jeden mail, że to zdjęcie z Treblinki, ale bez konkretów.

"Gazeta" również opublikowała ogłoszenia w prasie podlaskiej. Z powiększonym zdjęciem i prośbą o kontakt. Odpowiedziało kilkanaście osób. W większości ciekawych, co udało nam się ustalić. Jedna z kobiet twierdziła, że na zdjęciu jest jej syn, w mundurze. Ale urodził się w 1956 r. A zdjęcie nie może pochodzić aż z lat 70. Inna kobieta uznała, że na zdjęciu jest jej ojciec. Czwarty z lewej. Upierała się, że w garniturze, bo nie nosił munduru. Ale ten mężczyzna na fotografii stoi na pewno w oficerkach, mundurze i wojskowej furażerce.

Innej misji podjęła się pani Mariola, pracownica muzeum w Treblince. - Zła sława wokół zdjęcia pozamykała okolicznych mieszkańców - mówi mi Kopówka - może dlatego nie było odzewu na zdjęcie? Mariola wychowała się w okolicy, może jej zaufają?

Z odbitkami powiększonych twarzy ze zdjęcia Mariola chodzi od drzwi do drzwi, rozmawia ze starszymi mieszkańcami. Kopówka miał nadzieję, że może choćby kto z zemsty, zawiści, wskaże sąsiada na zdjęciu, skoro cała Polska mówi, że to "kopacze". Nic. Marioli udaje się tylko wyszarpać od ludzi kilkanaście fotografii z okresu wojny. Postacie stojące na tle domów, zatrzymane przy pracy, ale żadna z fotografii nie wnosi niczego do pytania o tę słynną.

Trzeba spojrzeć z góry...

- Jeśli ludzie się nie poznają, to może nie to miejsce?

- A jak pan chce to zbadać? - pyta Kopówka. - Na zdjęciu przecież tylko las, piach i kamienie.

Rozkładam przed nim reprodukcję powiększoną dziesięciokrotnie.

- Znam to na pamięć - mówi.

- A to? - pytam.

Kopówka jest zaskoczony. Na oryginalnej fotografii 9x6 cm nie mógł tego dostrzec. - Nigdy - mówi - nie zetknąłem się z takimi obiektami w pobliżu obozu. Ani na zdjęciach historycznych, ani współcześnie.

To nie może być zdjęcie z Treblinki - mówi podniecony.

Kopówka zna region jak własną kieszeń, być może się nie myli. Ale czuję, że bardzo też chciałby odsunąć od miejsca, w którym żyje i pracuje, fatalną sławę, którą przypisano zdjęciu. Choć Kopówka nie ma wątpliwości, że przypadki hien grobowych są oczywiste i bezdyskusyjne. Czy jednak nie obrażono pamięci ludzi, którzy z hienami nie mają nic wspólnego?

Jak sprawdzić, czy budynki na zdjęciu były lub są w Treblince? Czy można choć wykluczyć to miejsce?

Próbuję na kilka sposobów.

1. Najmniej dowiedzieć się można o pejzażu wokół Treblinki, stojąc na terenie obozu I lub II. Gdzie nie spojrzeć - lasy, którymi obsadzono teren, jak mówi Kopówka, w latach 50. Z nich nie wyłania się żadne wzgórze lub wzniesienie z budynkami jak na zdjęciu, ale to niczego nie przesądza bo może ich już nie być albo drzewa za wysokie.

Kopówka przez kilka dni bada dostępne w muzeum stare zdjęcia okolic obozu. To kilkanaście fotografii znanych mi z internetu, z portali opisujących obozy zagłady na świecie. Nie ma na nich pejzażu podobnego do tego na zdjęciu.

2. Korzystam z cyfrowych map lotniczych Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii na stronie Geoportal. Widać tam, że las rozciąga się w pasie co najmniej 6 km od południa po północ. A tylko na tym obszarze poszukuję budynków ze zdjęcia. Dlaczego? To wyjaśnia inny detal na zdjęciu.

3. Cienie. Padają na fotografii wyraźnie z lewej na prawą. I są bardzo krótkie. Wystarczy spojrzeć na spory kamień na pierwszym planie, z lewej. Barbara Bogdańska z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie objaśnia: Słońce nie mogło padać z zachodu i wschodu, bo cień za krótki. Prawdopodobny jest pas między południowym wschodem a południowym zachodem.

Jeśli nałożymy to na mapę Treblinki i okolic, to ludzie na fotografii mogą mieć za plecami tylko kierunki w pasie od południa do północnego wschodu. Zatem w grę wchodzi promień między wioską Rostki na południu od Treblinki i Złotkami na północnym zachodzie. Na tym obszarze musiałyby stać budynki, gdyby zdjęcie wykonano w którymś z dwóch obozów Treblinki. Jeśli budynki były blisko - około kilkuset metrów od miejsca, gdzie zrobiono zdjęcie - to może to być niska zabudowa gospodarcza. Jeśli daleko, nawet 5-6, nawet 10 km, czego nie wyklucza fotoedytor Jerzy Nogal, to muszą mieć kilkanaście metrów wysokości. - Tak wielkich budowli, na miarę klasztornych, na pewno nie było w okolicy Treblinki - zapewnia Kopówka.

W miarę duży kościół był w Małkini, na północny wschód od obozu. Ale nawet gdyby ludzie mieli je za plecami, cienie padałyby z zachodu.

Oglądam mapy topograficzne GUGiK i współczesne zdjęcia lotnicze. Nie ma tam budynków w kształcie litery T na lekkim wzniesieniu w promieniu 3-5 km od Treblinki. Jest wiele zabudowań okolicznych wsi, ale z poziomic tych map wynika, że są położone niżej niż obóz Treblinki. A budynki na zdjęciu są wyżej lub na tym samym poziomie.

Ale to też nie przesądza. Może coś przeoczyłem w gąszczu map? A jeśli tych budynków już nie ma? Jeśli zostały zburzone, a w ich miejscu zasadzono las?

Z różnych ocen wynika, że zdjęcie musiało być wykonane w latach 40. lub 50. W internecie są zdjęcia lotnicze aliantów z okresu wojny, jak choćby National Archives, GX 120, z maja 1944 r. Nie znajduję na nim interesujących mnie budynków, ale nadal niczego nie przesądzam. Jest niewyraźne i obejmuje tylko teren obóz i mały fragment okolicy.

W Centralnym Ośrodku Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej zamawiam zatem najstarsze zdjęcia lotnicze, jakimi ośrodek dysponuje. Z 1958 r. To fotografie obejmujące obszar prawie 4 km od obozów Treblinki. Są biało-czarne, ale dobrej jakości. I mam szczęście. Z umieszczonego na nich zegara oraz cieni drzew wynika, że zrobiono je, gdy słońce padało z południowego-wschodu. Na zdjęciach widać, że obszar południowy był wówczas słabiej zalesiony, ale i pozbawiony budynków. Trzy kompleksy zabudowań znajduję na zachód od Treblinki. W jednym domy układają się w T, ale przed nimi jest wiele drzew. Budynki byłyby zatem, patrząc z obozu zagłady, zasłonięte. Nie jestem w stanie rozpoznać innych budowli. Są również za drzewami, zbyt rozproszone, ale mogły inaczej wyglądać, jeśli tajemnicze zdjęcie zrobiono tuż po wojnie. I nie wiem, czy są wystarczająco duże, by były widoczne z 3-4 kilometrów.

...a potem z dołu

Postanawiam przejrzeć wszystkie dostępne zdjęcia historyczne Treblinki z okresu wojny i późniejszego. Wbrew oczekiwaniom nie ma ich dużo.

Kilkanaście jest w samym muzeum w Treblince. Niczego, jak pisałem, nie wnoszą. Albumem blisko 50 zdjęć dysponuje Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie. Przeglądam je wspólnie z Martyną Rusiniak-Karwat, historyczką, autorką pracy "Obóz zagłady Treblinka II w pamięci społecznej (1943-1989)", w której opisała również przypadki rabowania zwłok pomordowanych przez miejscowych. Rusiniak wiele razy oglądała te fotografie.

ŻIH ma oryginały zdjęć znanych mi z internetu, jak płonący obóz w Treblince z 1943 r., gdy grupa więźniów wznieciła bunt. Pokazują płaski jak talerz pejzaż wokół obozu. Bez zabudowań. Są też w Instytucie zdjęcia zrobione przez polską komisję wizytacyjną prawdopodobnie w 1944 r. A także fotografie amerykańskiego stowarzyszenia Joint z udziałem organizacji żydowskich i Dawida Kahana, naczelnego rabina Wojska Polskiego, z 1947 r.

Ich opisy są jednak niedokładne: - Niektóre zdjęcia są źle podpisane, mylnie wskazują daty - zauważa Rusiniak. - Nie mam stuprocentowej pewności, że niektóre w ogóle wykonano w Treblince.

Zdjęcia nr 13 i 36 pokazują szerszą panoramę okolicy i są takiej jakości, że nadają się do porównania. Jeśli wykonano je w Treblince, to piaszczysto-kamienisty grunt oraz zalesienie bardzo podobne jest do tego, jak na naszej tajemniczej fotografii.

Pierwsze: z wizyty polskiej komisji z 1944 r., gdzie w prawym rogu zdjęcia widać słabo zarysowane wzniesienie, a na nim stożek przypominający budynek. Ale równie dobrze może to być czubek drzewa.

Drugie (z tej samej wizyty): grupa ludzi przygląda się wykopowi, w którym bieleją czaszki i kości. W tle panorama, ale raczej płaska, bez zabudowań.

Na zdjęciu z wizyty komisji Joint i organizacji żydowskich pozują 22 osoby cywilne i 7 mundurowych. Jeden z mężczyzn ma rkm, ale inny mundur niż na naszej fotografii. Za ich plecami są chyba jakieś wzniesienia, ale nie da się rozstrzygnąć, bo zasłonięte przez ludzi.

Archiwalne zdjęcia z Treblinki można też znaleźć na stronach internetowych, jak www.deathcamps.org dokumentującej obozy zagłady. Ale nie ma wśród nich podobieństw do naszego. Z wyjątkiem gruntu: ten sam piaszczysty, kamienisty, prawie pustynny.

Jest jeszcze nagranie Polskiej Kroniki Filmowej z 1957 r. To 45-sekundowy film "Hieny". Lektor Włodzimierz Kmicik czyta: "Dawny obóz zagłady w Treblince jest dziś zaniedbany i zapomniany. W Treblince grasują ludzie hieny. W poszukiwani złota i kosztowności rozkopują groby i przetrząsają prochy spalonych więźniów. (...) Szczątki pomordowanych nie znajdują spokoju nawet po śmierci. Czy nie ma sposobu, aby ukrócić ten rabunek na grobach wielu tysięcy ofiar faszyzmu?". Na nagraniu widać fundamenty budynków obozu w Treblince, leżące na ziemi kości i wykopane dziury w ziemi. Jest również sześć kadrów pokazujących szerszą perspektywę. Nagranie jest dość wyraźne, ale nie widać budynków na wzniesieniu. Obrazów tych jednak nie da się powiększyć bez utraty jakości.

Jeśli przyjmiemy, że budynki nie znajdują się w okolicach Treblinki, a na pewno nie było tam dużych obiektów na skalę klasztornych, to gdzie je znajdziemy?

Klasztor nad kaźnią Rosjan...

Trzymam się wersji, że zdjęcie wykonano w północno-wschodniej Polsce. Bo jednym ze śladów jest informacja dziennikarzy "Rzeczpospolitej", którzy usiłowali rozszyfrować podpis na odwrocie: "Tad. Krasnodębski. PKS". Zdaniem reporterów, mogło chodzić o kierowcę PKS, który mieszkał w okolicy, w Sokołowie Podlaskim.

Kopówka zna Podlasie, także jego architekturę. Siedzimy nad mapami, typując miejsca, gdzie znajdują się duże budowle idące w T. A jakiej są wielkości? Jeśli znajdują się kilka kilometrów od miejsca, gdzie zrobiono zdjęcia, to muszą być wysokie nawet na kilkanaście metrów.

Może kościół Trójcy Przenajświętszej i seminarium w Drohiczynie, ok. 60 km na południowy wschód od Treblinki?

Budowle w Drohiczynie mają 300 lat. Wysokie na 20 metrów. Budynek kościoła i przylegający do niego niższy Dom Biskupi układają się w kształt T. Ze zdjęć lotniczych wynika, że kościół stoi na wzgórzu.

Czy zdjęcie mogło być zrobione, gdy cień był krótki i padał z południowego zachodu?

Czy było tam miejsce kaźni, ekshumowane, sfotografowane?

To pierwsze muszę sprawdzić na miejscu, przy dobrej pogodzie. Drugie jest pewne szybciej.

W Tonkielach k. Drohiczyna, jak wynika z informacji IPN w Białymstoku, Niemcy rozstrzelali 20 tys. radzieckich jeńców, a część zwłok wydobyto po wojnie i zbudowano upamiętniającą mogiłę.

Tonkiele oddalone są od klasztoru w Drohiczynie, jak zwą kościół miejscowi, 5 km w linii prostej. Gdy pokazuję powiększone zdjęcie Stanisławowi Kalinowskiemu, właścicielowi motelu, w którym się zatrzymuję. Ąż podskakuje: przecież to nasz klasztor w Drohiczynie! I zapewnia, że przy dobrej pogodzie budynki widać go nawet z motelu, tuż koło Tonkieli. Ja nie widzę, bo gdy zajeżdżam, szaleje śnieżyca.

Jadę więc do Drohiczyna. Niepokoi mnie widok seminarium, które nie wpisuje się w budynki na zdjęciu. Ale jeden z księży zapewnia, że zostało rozbudowane w ostatnich latach. Ksiądz "Gazety Wyborczej" nie lubi, nie chce, by posługiwać się jego nazwiskiem. Ale pali się do pomocy, by rozwikłać zagadkę, bo na tajemniczej fotografii też widzi klasztor w Drohiczynie. Na bok zatem animozje, prosi o zdjęcie i odezwie się po dokładnej analizie, a ma ku temu wiedzę i wykształcenie, ale o tym też nie każe pisać. Udostępnia mi też stare zdjęcia z archiwum diecezji. Budynek kościoła i Domu Biskupiego podczas wojny wyglądał podobnie jak teraz. Zatem mógł pojawić się na fotografii.

No niech się ta pogoda poprawi! Ale na drugi dzień też śnieży. Nie mogę więc ocenić, stojąc w Tonkielach, gdzie dokładnie na horyzoncie stoją budynki kościoła i jak wyglądają. A stoję na środku cmentarza upamiętniającego ofiary hitlerowskich represji. Jeśli wydobywano ciała z ziemi, to tu. Kilku starszym mieszkańcom Tonkieli pokazuję powiększone zdjęcie. Nic im nie to mówi. Jeden pokazuje ręką, że klasztor jest na wschodzie, drugi, że dalej, na południe.

A śnieżyca szaleje na całego.

Jadę do IPN w Białymstoku. Mają tam pięć tomów ze zbrodni w Tonkielach. Może będą zdjęcia? Ale akta okazują się cienkimi teczkami. Razem może 100 stron relacji mieszkańców Tonkieli i okolic. Jak to Niemcy po zaatakowaniu w 1941 r. ZSRR wzięli do niewoli czerwonoarmistów. Trzymali w Suchożebrach pod gołym niebem. Głodzili. Jeńcy wyjedli w obozie trawę i korzonki. Dochodziło do przypadków kanibalizmu. Na koniec Niemcy zwozili jeńców co kilka tygodni do Tonkieli i rozstrzeliwali nad rowem przeciwczołgowym. Rów, nad samym Bugiem, był linią demarkacyjną w okupowanej Polsce. Wykopali go sami Rosjanie. Swój grób, który w zamyśle miał odgrodzić ich od Niemców.

Waldemar Monkiewicz, prokurator, który badał sprawę Tonkieli, zamknął ją w 1974 roku. Informacją, że prosił Niemców o pomoc w ściganiu zbrodniarzy. Ale w aktach brak informacji, czy otrzymał odpowiedź.

No i brak zdjęć, które można by porównać z tajemniczą fotografią.

Gdy wracam do Tonkieli, świeci słońce. Staję przy cmentarzu rozstrzelanych czerwonoarmistów. Nic nie widać na horyzoncie, bo zasłaniają lasy. Schodzę jakieś 200 metrów prawie nad sam brzeg Bugu. Na horyzoncie, za rzeką, widzę słaby zarys. Czy to kościół w Drohiczynie? Nie wiem. Niby jakieś budynki. Wyciągam kompas. Gdyby tu zrobiono zdjęcie, to słońce musiałoby świecić z północy

Nonsens.

...i żydowskich rodzin

Jadę na południe od Tonkieli. Gdy staję między zalaną przez powódź wsią Bużyska i Korczewem, widzę kościół w Drohiczynie ustawiony prawie tak jak na zdjęciu. Pasuje też ustawienie cieni, tyle że słońce pada prawie z zachodu, cienie są bardzo długie. Ale jest luty. Latem byłyby krótsze. Także Barbara Bogdańska z IMGiW sugerowała, że długość cienia na zdjęciu oznacza, że zdjęcie wykonano raczej w miesiącach ciepłych.

Ale skąd wzięłyby się tu czaszki, kości? Fakt, ta ziemia krwawi gdzie bądź. Ledwie dwa kilometry dalej, w Szczeglacinie, był obóz hitlerowski dla okolicznych Żydów. Upamiętnia to gablota w wiejskim sklepie spożywczym. Wisi tam zdjęcie młodych Żydówek stojących na terenie obozu pracy. Z opracowania Marty Woźniak "A ziemia się jeszcze ruszała " dostępnym na stronach stowarzyszenia Centrum Badań nad Zagładą Żydów wynika, że kilkuset Żydów wraz z dziećmi zostało w obozie zamordowanych w 1942 r.

Czy zdjęcie przedstawia porządkowanie ciał w Szczeglacinie? Irena Tomczuk, 88-latka, która żyje tu od dziecka, na zdjęciu nikogo nie poznaje, sama innych zdjęć nie ma i nie pamięta, by rozkopywano tam jakieś kości.

Jadwiga Urban z Korczewa sugeruje, że na zdjęciu piąty z lewej, w furażerce, to jakby podobny do jej męża, który w 1945 r. wrócił z Berlina. Ale Urbanowa nie jest pewna, a zdjęć męża do porównania nie ma. Dzieci pogubiły. A gdzie mąż mógł kopać kości? Urbanowa nie ma pojęcia.

Zdjęciu przygląda się Zbigniew Chybowski, emerytowany nauczyciel historii z Korczewa. Może to szarwark, mówi, jak nazywano po wojnie prace na rzecz gminy. Bo matka Chybowskiego, teraz 90-latka, jeździła na szarwarki, wyrównywała drogi z kilofem ręku. Chybowski pokazuje jej zdjęcie. Może, mówi, ta kobieta - pokazuje palcem na szóstą z lewej - to Nastka Jarmochówna? Jarmochowie mieszkają 200 metrów od Chybowskich. Dziadek Jarmochów co prawda siedział w obozie w Treblince, skąd uciekł, ale Jarmochowie żadnej Nastki nie mieli. A kobieta na zdjęciu na pewno ich babcią nie jest.

Wyjeżdżam z Korczewa, śnieżyca straszna. Z przystanku zabieram pijanego starszego mężczyznę. Stefan, 87 lat. Podrzucam go do domu do pobliskich Laskowic, gdzie na przystanku ktoś maznął szerokim pędzlem "Koniec świata". Gdy mówię, o czym reportaż, Stefan płacze. Oni tak cierpieli, synku, mówi, w tych wagonach, do Treblinki, a ja dlatego muszę się napić każdego dnia, bo ich widzę od 60 lat, a dzieci moje tylko tyle, że ja zachlany, no ale jak nie, jak trzeba, prawda? No bo jak z tym żyć?

Prawie zanoszę dziadka Stefana do domu, a już leci za nami syn i synowa Stefana, ciesząc się, że nie musieli jechać, bo już ludzie dzwonili, że dziadek leży na ulicy. Jeszcze dziadkowi się dostaje, że znowu zachlany. Pokazuję mu jeszcze zdjęcie, ale zwala się za stołem.

Dzwoni ksiądz. Na jego wychodzi, że to nie Drohiczyn. Powinno być widać na wzgórzu, jak mówi, jeszcze klasztor Sióstr Benedyktynek. A nie widać. No nie widać.

Dzwoni Edward Kopówka.

- Mam - mówi - to kościół w Zarębach Kościelnych! Na pewno!

Zaręby są jakieś 20 km od Treblinki. Podobna architektura na polach w pobliżu, jak mówi Kopówka, były kaźnie hitlerowskie. Jedziemy razem. Kościół pasuje, jest dobudówka. Oddalamy się w kierunku południowo zachodnim, stajemy w szczerym polu. Podobny widok jak na zdjęciu. Brak lasów, no ale to akurat zmienna dopuszczalna.

- A nie mówiłem? - Kopówka się cieszy. Wyciągam kompas, pokazuję kierownikowi muzeum w Treblince.

- I co? - pyta.

- Ano to, że słońce musiałoby świecić z północy - mówię.

- No niech to, wszystko by się zgadzało, gdyby nie to słońce - wzdycha.

***

Gdybym miał osądzić bohaterów zdjęcia, z którymi spędziłem kilka miesięcy, to zgodnie ze znaną maksymą rozstrzygałbym wedle wątpliwości. A tych mam tak wiele, że uwolniłbym tych ludzi, dziecko i mundurowych od ciążących na nich, makabrycznych zarzutów rabowania zwłok.

Źródło: Gazeta Wyborcza

http://wyborcza.pl/1,111789,9241381,Powiekszenie__Nowe_oblicze_znanego_zdjecia.html

czwartek, 3 marca 2011

zniszczyć kasyno - typowy naciągacz na progresję + program lojalnościowy

Poznaj prawdziwy sekret zarabiania kasy przez internet. Dowiedz się co to znaczy "Zniszczyć Kasyno !"

Jeżeli uważasz, że zarabianie dużych pieniędzy przez neta jest sekretem tylko dla "wybranych" a sam sekret jest skomplikowanym przepisem nie do wykonania przez zwykłych ludzi, to jesteś w błędzie. Wystarczy, że trochę pomyślisz i przestaniesz malwersować czas pijąc piwko z znajomymi przed blokiem, oglądać telewizję oraz komentować PO PiSy na wp.pl...

Ale zanim zaczne Ci mówić o tym jak się to robi, chcę abyś poznał dokładnie moją historię !

Jestem absolwentem po studiach chemicznych. Niestety jak to w naszym kraju bywa pracy nie ma, a za coś trzeba żyć. Pracowałem w KFC, lidlu(koledzy się śmali, że wykładam chemie... w lidlu, teraz to ja się śmieje a oni plują sobie w brodę) i wiem jak ciężko jest żyć za taką kasę. Kumpel polecił mi serwis bukmacherski a dokładnie ten LINK USUNĄŁEM. Początkowo sceptycznie podchodziłem do tego bo wiadomo, hazard, wielkie ryzyko itd. Obstawiając zakłady bukmacherskie szukałem sposobu na oszukanie systemów. Wykorzystałem zdobytą wiedzę matematyczną i stworzyłem na swoje potrzeby poprawny model strategii wygrywania w kasynie na ruletce, który tobie zaraz przedstawie. Osobiście na początku podchodziłem do tego bardzo sceptycznie i nie wierzyłem, że można wygrać mimo, że metoda jest w 100 % poprawna. Poszedłem do normalnego kasyna z 64-oma zł i wyszedłem z ponad 500 zł po całej nocy grania a właściwie to nie wyszedłem tylko mnie wywalili, hehe... Wtedy zdałem sobię sprawę z poprawności metody i zacząłem poszukiwania odpowiedniego kasyna online.

W tym kasynie można też wypróbować metodę grając na wirtualne pieniądze.

Zasady gry w ruletkę

Gra w ruletkę jest prosta i to głównie na niej zarobiłem pieniądze. W ruletce jest jeden bardzo dobrze sprawdzony system, który GWARANTUJE 100 % wygraną. Zanim zaczne omawiać ten system wyjaśnię zasady gry w ruletkę, które są bardzo proste.

W ruletce znajduje się 37 numerowanych pól, z czego 18 pól czerwonych, 18 pól czarnych oraz jedno pole tzw. puste. W ruletkę wpuszcza się kulkę, która zatrzymuje się na danym polu. Matematycznie rzecz biorąc w 1 losowaniu mam około 47 % szans na wygraną. Jeżeli obstawie 1 zł na pole czerwone i kuleczka zatrzyma się na polu czerwonym, to wygram 2 zł. Czyli w razie wygranej otrzymam sumę- dwukrotność sumy, którą postawiłem w ruletce.

Odpowiednie kasyno: LINK USUNĄŁEM

Przejdźmy do konkretów - metoda grania w ruletkę

Obstawiam cały czas jeden kolor np. czerwony.

Obstawiam 1 zł. Jeżeli trafię to wygrywam 2 zł czyli 1 zł do przodu.

Co jeżeli przegram ?

Obstawiam 2 zł. Jeżeli trafię to wygrywam 4 zł. Na zakłady od początku postawiłem 1 zł + 2 zł czyli razem 3 zł. Znowu jestem 1 zł do przodu. Co jeżeli znowu przegram ?

Obstawiam 4 zł. Jeżeli trafię to wygrywam 8 zł a na zakłady przeznaczam 7 zł. Znowu 1 zł do przodu.

Jeżeli potem znowu przegram obstawiam 8 zł, 16, 32 i każda następna kwota powinna być dwukrotnością poprzedniej. Taka progresja gwarantuje ZAWSZE wygraną 1 zł !!!.

Aby lepiej zrozumieć działanie progresji przeanalizuj dokładnie poniższy obrazek :



Całe zarabianie polega na tym, aby cały czas wygrywać po 1 zł. W ciągu dnia po 8 godzinach grania jestem w stanie zarobić od 50 do 400 zł zaczynając metodę progresji od 1 zł. Ja zaczynam od 5 zł dlatego dziennie potrafie wygrać od 1000 zł do 4000 tysięcy. Robię to bardzo rzadko, ponieważ nie chcę na siebię zwracać uwagi kasyna. Jeżeli zacząłbym progresje od 5 zł, to progresja wygląda następująco 5,10,20,40,80,160,320,640... Tutaj nabijam po 5 zł cały czas.

Trick obniżający prawdopodobieństwo przegranych na długich ciągach jednego koloru

Poniżej znajduje się metoda, która drastycznie obniża prawdopodobieństwo przegranej na długich ciągach przeciwnych pól.

Z autopsji wiem, że rzadko zdarzają się DŁUGIE ciągi niepowodzeń tzn. ja obstawiam czerwony a wypada czarny np. 10 razy pod rząd. Aby zminimalizować możliwość straty na długich ciągach, które zresztą i tak się rzadko zdarzają (przynajmniej mi) muszę losować kulkę bez obstawiania pieniędzy i czekać na ciąg 6 czarnych pól. Na 7 losowaniu należy postawić na kolor czerwony. Wtedy prawdopodobieństwo, że przegram jest zdecydowanie mniejsze.

Aby uzmysłowić tą metodę pokaże Wam zdjęcia z gry : Losuje kulkę bez obstawiania i czekam, aż wypadnie ciąg 6 pól tego samego koloru w tym przypadku akurat czerwonego.



Wypadło 6 pól czerwonych. Teraz obstawiam 1 zł na czarne pole.

Wygrałem 2 zł. Czyli 1 zł do przodu.

Taka metoda jest nieco żmudna, ponieważ ciągi 6 pól jednego koloru zdarzają się rzadko. Jednakże pozwala ona drastycznie zmniejszyć prawdopodobieństwo przegranej.

Aby jeszcze bardziej zmniejszyć prawdopodobieństwo przegranej, należy załadować na kasyno kwotę około 256 zł a najlepiej 512 zł - Na wypadek gdyby ciąg czarnych pól był by za długi np 5 czarnych pól i dopiero za 6 razem trafiamy. Jeżeli przelejemy np 50 zł to może się okazać, że zabraknie pieniędzy na dokonywanie progresji.

Oprócz tego ważne jest kasyno. Kasyno w którym ja gram jest renomowane i 100 % bezpieczne, nie robiące problemów z wypłatą tak jak w przypadku niektórych kasyn, gdzie korzystając z darmowych bonusów tracimy wszystkie pieniądze.

LINK USUNĄŁEM
W tym kasynie można spróbować zagrać bez obstawiania pieniędzy i przetestować metodę progresji.

Na co wydałem swoje pierwsze zarobione pieniądze ?

Do dziś mam super wspomnienia na co wydałem swoje pierwsze zarobione pieniądze na własnym pomyśle !. Wiesz na co ? Na Ostrą imprezę :) Dziewczyny, drinki głośna muzyka to były magiczne godziny ;) teraz mam już nieco inne ambicjie, zerwałem z graniem a zarobione pieniądze zainwestowałem w mały biznesik. Aha i pamiętaj aby nie wydać odrazu całej sumy :)

środa, 2 marca 2011

zezłomowany ORP Wilk








www.moje-morze.pl/galerie

pl.wikipedia.org/wiki/ORP_Wilk

wybudowany w 1964, w służbie MWRP od 1987 do 2003, zezłomowany jak na fotkach