

dupę wypina jego żona (niedoszła 1. dama RP)



Dziś Karol Bielecki (28 l.), który w czerwcu w meczu reprezentacji stracił oko, rozegra pierwszy mecz w Bundeslidze. W drugiej części wywiadu dla "Super Expressu" gwiazdor Rhein Neckar Loewen twierdzi, że skupia się tylko na grze w klubie i zapewnia, że... jest w jeszcze lepszej formie niż przed kontuzją.
Karol Bielecki: - Wolałbym grać bez nich, ale nie chcę ryzykować ze względu na zdrowe prawe oko. Muszę się do nich przyzwyczaić. Jest też kłopot, bo jak ostatnio grałem na hali, która miała żółte trybuny, zielone ściany, a i piłka była zielona, to przy świetle ciężko było mi wszystko zobaczyć. Raz na treningu grałem bez gogli, bo się zapomniałem. I dopiero koledzy mi o nich przypomnieli. To chyba świadczy, że nie mam z tym problemu.
- Jak się czułeś, gdy przyszedłeś na pierwszy trening po miesiącu?
- Dziwnie, było wiele nerwów. Wszyscy na mnie patrzyli. Było kilku ciekawskich, którzy zastanawiali się, jak to będzie teraz wyglądało, jak będę sobie radził. To samo było na pierwszym sparingu. Ludzie patrzyli, czy będę robił błędy z powodu braku oka. Czy dam radę, czy to jednak niemożliwe. Ale mnie się wydaje, że bez jednego oka czasami gram nawet lepiej niż wcześniej.
- Naprawdę nie straciłeś nic ze swojej sportowej formy przez tę kontuzję?
- Nie. Nawet z "Kasą" (Sławomirem Szmalem - red.) rozmawialiśmy ostatnio na ten temat. Mówił, że OK, może ci nie iść, ale przecież przed wypadkiem też raz radziłeś sobie lepiej, a raz gorzej. Stwierdził, żebym nie tłumaczył błędów brakiem oka. To normalne, że na początku spadła mi wydolność po dwóch narkozach i nie miałem siły, co bardzo mnie wkurzało na treningach. Czułem się osłabiony, ale po dwóch tygodniach się odbudowałem. Teraz jest OK.
- Czy z powodu wypadku w klubie lżej cię traktują?
- Już na początku rozmawiałem z trenerem Olą Lindgrenem i mówiłem, że będę starał się wrócić i grać tak jak przed wypadkiem. Powiedziałem mu, że chcę, by mnie traktował tak samo jak pozostałych. I jeśli mam grać, to tylko dlatego, że jestem w formie. Nie potrzebuję litości. Nie chcę być traktowany na specjalnych zasadach tylko dlatego, że mam jedno oko.
- A co z reprezentacją? Wrócisz do niej?
- Z trenerem Wentą wiele razy rozmawiałem po wypadku, ale o kadrze nie chcę mówić. Bogdan musi dać sobie radę beze mnie, bo ja kadrę zostawiam na razie z boku. Koncentruję się na klubie, bo wiem, że ludzie wiele mi tutaj pomogli. A działacze ze związku nie zachowali się do końca właściwie.
- Masz do nich żal?
- Do nikogo nie mam żalu. Ale jest wiele spraw, które nie zostały właściwie rozwiązane. Zawsze twierdziłem, że gdy komuś coś takiego się przytrafi, to zostaniemy na lodzie. W klubie wszystko jest tak ułożone, że z szacunkiem podchodzi się do człowieka. A w kadrze nie wszystko zostało dopięte do końca. To funkcjonuje tak: grajmy, nie bójmy się, ale jak coś się stanie, to radź sobie sam.
- Dziś meczem z Balingen rozpoczynacie występy w Bundeslidze. Jakie cele postawili przed wami szefowie Rhein Neckar Loewen?
- Jak zwykle walka o najwyższe cele. Doszło kilku zawodników, wygląda to lepiej niż ostatnio, ale na tę chwilę trudno przewidzieć, czy to zaskoczy i będziemy wygrywać. Plan w klubie jest taki, aby podpisywać z zawodnikami wieloletnie kontrakty i dzięki temu budować zespół, który będzie miał przyszłość, a nie walczył skutecznie tylko w jednym sezonie. To ma sens. Przez to, że w składzie są nowe osoby, musimy więcej pracować nad zgraniem. Bo najwięksi rywale - Hamburg i Kiel, nie śpią i również będą bardzo mocni.
Szanowny Panie Prezesie,
pozwalam sobie na wysłanie do Pana listu w tej właśnie otwartej formie, bowiem chciałbym, iżby sprawy, o których będzie tutaj mowa, mogły stać się tematem powszechnej w naszej partii dyskusji. Uznałem bowiem, że strategia PiS po wyborach prezydenckich prowadzi nas prostą drogą do klęski wyborczej w nadchodzącej elekcji samorządowej i przyszłorocznej elekcji parlamentarnej. Proszę potraktować ten list jako dramatyczną próbę podjęcia debaty nad możliwością uniknięcia obu tych przegranych, które byłby już piątą i szóstą z rzędu przegraną naszej formacji w konfrontacji z PO.
Polska nie zasłużyła na tak kiepskie rządy, jak obecne. Gabinet Donalda Tuska jest słaby, niekompetentny, ślamazarny, inercyjny, stagnacyjny i gnuśny. Ale może taki być, bowiem nie musi się obawiać opozycji. Nie musi obawiać się przegranej, bowiem w trzy lata po wygranych przez siebie wyborach dystans pomiędzy Platformą a nami jest wciąż dokładnie taki sam, jak w dniu elekcji parlamentarnej w 2007 roku (PO nadal ma około 40% poparcia społecznego, a my około 30%). Co więcej, Platforma może liczyć na to, że wygra przyszłoroczne wybory i będzie współrządzić z PSL lub, co jeszcze gorsze, z SLD. Kiedy słyszę, że władze PiS cieszą się, że nam poparcie …. nie spada, to mam wrażenie dyskomfortu, bowiem przy tak słabych rządach, jak obecnie (co dostrzegają już prawie wszyscy), największa partia opozycyjna powinna cieszyć się zaufaniem większości Polaków. Tak jednak nie jest.
I jest to, w dużej mierze, Pana wina. To Pan zajmuje w rankingach braku zaufania do polityków jedne z najwyższych lokat. Obaj wiemy, że nie jest to sprawiedliwe, ale też obaj musimy uznawać fakty społeczne (nawet takie, jak błędne mniemania) za byty rzeczywiste. Trochę pachnie to heglizmem z jego rozumnością rzeczywistości, ale jedno pozostaje prawdą – partia, której lider króluje w rankingach polityków o najniższym zaufaniu społecznym, nie ma szans na wygraną. Nie da się zwyciężyć bez swojego lidera, lub wbrew społecznej opinii o nim.
Był jednak czas, gdy był Pan politykiem lubianym i cenionym – to okres przed 2005 rokiem i czas ostatniej kampanii wyborczej. Pomijając wyjaśnienie przyczyn popularności w tym pierwszym okresie, chciałbym zwrócić Pana uwagę na czas sprzed 4 lipca b.r. Zyskiwał Pan sympatię społeczną i zaufanie, ludzie zaczynali widzieć Pana taki, jakim Pan jest w rzeczywistości, a nie Pana karykaturę. Z każdym tygodniem zdobywał Pan co raz to nowych wyborców. I nagle, po dniu wyborów, to się załamało.
Przegraliśmy nie dlatego, że nasza kampania była zła. Nawet nasi przeciwnicy polityczni twierdzą, że była ona o wiele lepsza, niż kampania naszych głównych konkurentów. Przegraliśmy dlatego, że mieliśmy do odrobienia zbyt wielką stratę. Startowaliśmy z bardzo niskiego poziomu i nie udało się nam odrobić 30-procentowej straty do Bronisława Komorowskiego, z którą mieliśmy do czynienia na początku kampanii. Ale warto zadać sobie pytanie o to, dlaczego ten dystans był tak duży? Dlaczego musieliśmy startować z poziomu około 12% poparcia dla Pana? Czy to nie za Pana sprawą?
Przegraliśmy wybory prezydenckie nie z Bronisławem Komorowskim, ale z PO. Tym bardziej jest to bolesne, bowiem oznacza, że nawet tak słaby i krytykowany kandydat pokonał Pana w wyścigu o najwyższy urząd w państwie. Czy nie jest to niepokojące? Czy nie powinno to zaalarmować i zastanowić całej naszej formacji? Co jednak otrzymujemy w zamian za to? Pana nieprzyjście na zaprzysiężenie nowej głowy państwa. Pana stwierdzenie, że ten wybór dokonał się przez nieporozumienie. Pana żądanie przesłuchania prezydenta przez prokuraturę.
Ogromny kapitał ludzkiego zaufania, który zgromadził Pan w ciągu ostatnich miesięcy, jest obecnie trwoniony. Ci, którzy na nas zagłosowali po raz pierwszy, zastanawiają się, czy dobrze zrobili. Nie poznają Pana i nie poznają partii, która jeszcze nie tak dawno potrafiła z uśmiechem i merytorycznie rozprawiać się ze swoimi przeciwnikami politycznymi, stosować polityczne jujitsu, a dzisiaj znowu pokazuje swoją naburmuszoną twarz, znowu karci i poucza, znowu jest synonimem obciachu.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele zależy od mediów i że zdecydowana ich większość sprzyja PO. Ale po pierwsze, można owe media obchodzić. A po drugie, nie można z nimi wojować. Co do pierwszej uwagi – z mediami można grać i mediami można grać. To nie wymaga nawet specjalnego geniuszu. Można odpowiednimi działaniami i środkami zmusić media do pokazywania naszego przekazu, bez względu na sympatie czy antypatie owych mediów. I w naszej partii jest wiele takich osób, które nieźle sobie z tym radzą i mają tę umiejętność grania z mediami. Jednak dla Pana tego typu osoby są, jak się Pan wyraził, niepewne i niesprawdzone w bojach. Naprawdę dobre relacje z mediami i pewien talent w kontaktowaniu się nimi powinny polityka dyskredytować? A może raczej odwrotnie – powinny być jedną z jego największych zalet? Pan nie lubi mediów i media nie lubią Pana, ale czy nie powinno być tak, że politycy z naszej partii, którzy mają umiejętność komunikowania się z mediami, powinni być promowani, a nie prześwietlani pod względem lojalności i wierności?
Co do drugiej kwestii – nie może być tak, że atakuje Pan dziennikarzy personalnie, że poucza ich Pan, że zarzuca im Pan pisanie haniebnych bzdur i hiperoportunizm, że odnosi się Pan do ich życia osobistego. Zwłaszcza jeśli dotyczy to dziennikarzy, którzy na dźwięk słowa „PiS” nie toczą piany z ust. Jak mamy wygrywać wybory, jeśli Pan jest na stałej wojnie ze światem mediów? Jak mamy zwyciężać, jeśli kolejne stacje radiowe i telewizyjne są obiektem naszych ataków? Czy wyobraża Pan sobie Donalda Tuska rugającego szefów największych mediów?
Żyjemy w czasach telekracji i czy nam się to podoba czy nie, musimy z tego wyciągać wnioski. Musimy nasz komunikat wyborczy, strategię i taktykę podporządkowywać wymogom współczesnego świata, który jest światem mediów. Inaczej pozostaniemy na wieki wieków pozycją – co prawda, mającą moralną i polityczną rację, ale jednak tylko opozycją.
Panie Prezesie,
Pana odwaga, upór, niezłomność, przenikliwość polityczna, charyzma i prawość powodują to, że dzisiaj jesteśmy największą partią opozycyjną w Polce. Ale Pana osobowość, charakter, temperament i sposób prowadzenia partii powodują, że na zawsze możemy pozostać w tej roli. Niezwykle Pana cenię i szanuję, ale nie potrafię przejść obojętnie wobec faktu, że jest Pan zarówno naszym największym kapitałem, jak i największym obciążeniem. Bez Pana nie przetrwamy, z Panem nie wygramy. Doprecyzujmy – z takim Panem, jak obecnie. Bo, przypomnijmy, w czasie ostatniej kampanii wyborczej pokazał Pan, że potrafi Pan zyskiwać dla nas nowych wyborców, potrafi Pan uruchamiać ludzi, którzy w tym zbożnym dziele mogą być użyteczni, potrafi Pan porozumiewać się z elektoratem ponad głowami mediów.
Mam wrażenie, że utrzymanie tamtego języka, tamtego stylu i sposobu komunikowania się z wyborcami gwarantowały nam zwycięstwo w najbliższej elekcji parlamentarnej. Że skazani bylibyśmy na sukces, a Pan już mógłby się przygotowywać do ponownego objęcia funkcji premiera. Że nieunikniony byłby koniec republiki kolesiów z PO. Jednak stało się inaczej – ludzie odpowiedzialni za relatywny sukces, jakim był Pana wynik w wyborach prezydenckich, są odsunięci na boczny tor. Główną twarzą PiS stał się Antoni Macierewicz, a naszym głównym przekazem medialnym – wyjaśnienie tragedii smoleńskiej i walka o krzyż. Chciałbym być dobrze zrozumiałym – wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej uważam za jedno z najbardziej priorytetowych wyzwań stojących przed państwem polskim, ale nie może to być nasz jedyny przekaz medialny (a tak, niestety, teraz jest). Cenię także posła Macierewicza, ale elektorat, dla którego jest on atrakcyjny, już mamy. Jego osoba nie przynosi nam dzisiaj żadnych zysków. Co więcej, organizowanie przez niego prawie codziennych konferencji i wskazywanie na nich winnych katastrofy, wzmacnia wrażenie, iż ta kwestia jest jedyną, na której nam naprawdę zależy oraz obniża wartość ostatecznego raportu zespołu parlamentarnego, którym on kieruje. Raportu, który może okazać się wielce kłopotliwy dla obecnie rządzących, ale nim dojdzie do jego opublikowania wszyscy w kraju już będą mieli wyrobione na ten temat zdanie i niestety okopią się w tej kwestii w swoich politycznych sympatiach. Gdyby więc kwestia katastrofy i krzyża była lepiej prowadzona, gdyby była uzupełniana o przebijające się do mediów nasze komunikaty o podwyższaniu podatków przez obecny rząd, o uzależnianiu nas od rosyjskiego gazu, o mizerii kolejny reformatorskich ustawek – wówczas dzisiaj nie cieszylibyśmy się, że „nam nie spada”, ale radowalibyśmy się przewagą sondażową nad PO i perspektywą przejęcia władzy i wprowadzania naszego programu.
Panie Prezesie,
jako się rzekło, żyjemy w czasach mediatyzacji polityki, dlatego tak ważne są nie tyle programy, manifesty, dokumenty ideowe, co image, wizerunek, opinia, przekonanie. Można nad tym ubolewać, ale trzeba brać to pod uwagę. Dzisiaj to nasi polityczni przeciwnicy mają opinię nowoczesnych, wykształconych, kulturalnych, sprawnych. Że bardzo często jest to przekonanie błędne? Cóż z tego… Cóż zresztą z tego, że my niesprawiedliwie mamy łatkę ludzi chamskich, prymitywnych, niewykształconych, zacofanych i niesprawnych? Najważniejszym w czasach polityki mediatyzowanej jest wizerunek liderów politycznych poszczególnych formacji. Dlatego tak istotnym jest to, co Pan mówi, jak się Pan zachowuje, co Pan robi. Nie przeszliśmy jeszcze jako partia procesu depersonalizacji, więc tym bardziej ważna jest Pana rola. We współczesnej polityce ludzie często głosują na partię, bo wybierają jej lidera. Nie inaczej jest w naszym przypadku – zdecydowana większość wyborców PiS to ludzie, którzy głosują na Pana i dla Pana.
Ale nie możemy stać się ugrupowaniem zwycięskim jeśli poprzestaniemy tylko na tym, jeśli ograniczymy się jedynie do ekspozycji Pana i ludzi do Pana się upodabniających. Partia nie może przypominać grupy nieodróżnialnych od siebie agentów Smithów z Matrixa, którzy byli multiplikacją jednego człowieka. A Pan nie może ogrywać roli Herbertowskiego Damastesa z przydomkiem Prokrustes. Musimy być wielobarwni, wielopłaszczyznowi, wielogłosowi. Jak obecnie PO lub, jeśli Pan woli, jak PiS w czasie, gdy wygrało swoje pierwsze i ostatnie wybory. W 2005 roku byliśmy formacją otwartą i szeroką, zawierającą w sobie różne nurty i różnych ludzie. Byliśmy partią akceptującą wielorakość i wielonurtowość. Dziś taką formacją, aż do przesady, aż do parodii, jest Platforma – od Danuty Hubner po Mariana Krzaklewskiego (z wysuniętymi przyczółkami w postaci Włodzimierza Cimoszewicza i Romana Giertycha).
A my? Jesteśmy partią coraz bardziej się zawężającą, coraz bardziej ekskluzywną. Co z tego, że za chwilę dołączy do nas trzech czy czterech polityków, których wcześniej się Pan pozbył? Co z tego, że jednego doktora zastąpi Pan innym, a jedną panią – drugą panią? Faktem pozostaje, że jesteśmy od pięciu lat ugrupowaniem coraz bardziej się zawężającym. Dlaczego nie jesteśmy w stanie akceptować odmienności i inności u naszych polityków? Dlaczego nie przyciągamy nowych środowisk? Nie wszyscy są tak doskonali, jak Pan. I piszę to bez zbędnej dawki ironii. Ja naprawdę uważam, że jest Pan doskonalszy ode mnie, że Pana życie jest bardziej oddane krajowi i Pana zachowania są bardziej kulturalne i godne szacunku, niż moje. Ale czy to oznacza, że Polska z moich marzeń jest gorsza, niż Pańska? I czy to oznacza, że nie mogę być pomocnym PiS-owi w zdobyciu władzy i w jej sensownym, sprawiedliwym i uczciwym sprawowaniu?
Czy nie za łatwo pozbywamy się cennych osób, nie pozyskując w zamian nowych? Czy nie mogliśmy wybaczyć Marcinkiewiczowi jego infantylności, Sikorskiemu jego pozerstwa, Dornowi jego arogancji, Zalewskiemu jego gaskonady, Jurkowi radykalizmu, a Ujazdowskiemu miłości własnej? Czy ci ludzie dzisiaj nie przynosiliby nam zysku i nie wspomagali nas w dziele odzyskania władzy? Czy wszyscy oni musieli zostać naszymi zaprzysięgłymi wrogami? Czy nie może Pan akceptować ludzi z ich słabostkami i po prostu śmiać się tego, zamiast oburzać i publicznie defenestrować? Czy musiał Pan publicznie mnie obrazić raz to odmawiając mi zdolności moralnych, raz to kwestionując przymioty mojego intelektu? Donald Tusk nigdy nie powiedział publicznie podobnych słów pod adresem senatorów Misiaka i Piesiewicza czy posłów Chlebowskiego i Drzewieckiego (a chyba zrobili gorsze rzeczy, niż krytyka swego szefa). Czy Jarosław Gowin został kiedyś przez Tuska choć w połowie tak brutalnie potraktowany, publicznie, jak ja przez Pana? Tylko jako formacja otwarta na ludzi i ich przywary, na nowe środowiska i ich różnorodność, na krytykę i dyskusje wewnętrzną, możemy odzyskać władzę i odsunąć od niej tych nieudaczników w PO.
Panie Prezesie,
również stosunki w partii, do której co prawda nie należę, ale znam chyba nieźle, wymagają Pana interwencji i zmiany dotychczasowych formuł i zwyczajów. Nie może być tak, że po najwyższe stanowiska można sięgnąć z dnia na dzień i z dnia na dzień także je stracić, tylko dlatego, że taka jest Pana wola. Partia musi być zarządzana jak nowoczesna korporacja, z jasnymi kryteriami awansu i degradacji, z systemem kar i nagród, z transparentnymi mechanizmami zarządzania i kontroli. Nie może się opierać tylko i wyłącznie na Pana decyzjach i na Pana woli. To demotywuje ludzi naprawdę ambitnych i chcących coś sensownego robić, a promuje polityków potulnych, biernych i mających czas na wysiadywanie przed Pana gabinetem i zawracanie Panu głowy plotkami i donosami na innych. Partia zarządzana jak folwark przez surowego ekonoma, a nie jak nowoczesna korporacja, nie ma szans w walce o władzę. A nawet jakby ową władzę przez przypadek zdobyła, to napotka ogromne problemy z jej sprawowaniem, bowiem będzie musiała na gwałt szukać nowych Neztlów, Kornatowskich i Kaczmarków. PiS musi zacząć być nowoczesną, demokratyczną, otwartą, zdepersonalizowaną, pluralistyczną, otwartą na dyskusję, mającą jasne kryteria awansu partią polityczną. Czy tak będzie, zależy wyłącznie od Pana.
Szanowny Panie Prezesie,
niech wolno mi będzie na końcu tego listu na kilka słów natury osobistej. Przed ponad rokiem otrzymałem od Pana możliwość startu do Parlamentu Europejskiego. Chyba nieźle ją wykorzystałem, bo otrzymałem drugi wynik wśród polityków PiS (po Zbigniewie Ziobro), zdobywają prawie 113 tysięcy głosów. Przez ostatni rok ciężko pracowałem, co udokumentowałem w sprawozdaniu wysłanym do Pana oraz opublikowanym na moim blogu. Zawsze będę Panu za to wdzięczny – nie tylko za to, że w ciężkiej dla mnie sytuacji na uczelni dał mi Pan szansę na inne życie i na bardzo godne utrzymanie się. Będę Panu zawsze wdzięczny za to, że tym samym dał mi Pan możliwość oglądania polityki z bliska, już nie tylko jako widz, ale także jako uczestnik. Dzisiaj troszkę podśmiewuję się z moich dawnych kolegów naukowców, kiedy niezdarnie próbują zrozumieć coś, co dla mnie – dzięki właśnie uczestnictwu w polityce – jest oczywistością. To ogromny dar i raz jeszcze mogę Panu powiedzieć – dziękuję.
Ale zapraszał mnie Pan do przyłączenia się do Pana obozu politycznego, jak mniemam, dlatego, że widział Pan we mnie osobę, która potrafi odważnie bronić swoich racji, która nie ulega szantażowi silniejszych i bardziej wpływowych, która ma ochotę i odwagę myśleć samodzielnie. Proszę więc dzisiaj nie mieć do mnie pretensji, że właśnie w ten sposób próbuję pomagać PiS-owi i Panu. Nie najmowałem się do tej pracy jako tępa pałka lub szczekający pies, ale jako samodzielnie myślący człowiek, z podobnymi jak Pan ideałami. Widziałem w swoim życiu profesorów, którzy oddawali swoje niemałe zdolności intelektualne na całkowity użytek politykom i nie mam zamiaru iść ich śladem. Nie potrafię, ale przede wszystkim, nie chcę zrzec się zdolności do myślenia i krytycznej analizy. Nie potrafię i nie chcę zawierzyć w czyjś geniusz i ślepo za nim podążać. Dlatego proszę nie mieć do mnie pretensji, że myślę i że tymi przemyśleniami dzielę się publicznie. I proszę mnie za to nie nazywać osobą, która postępuje niedobrze, by nie rzec niegodnie. Bo godności mi nie brak – co zresztą jest chyba po części przyczyną tego, ze nasze osobiste relacje nie są takie, jakich obaj byśmy sobie życzyli.
To już ostatnia moja publiczna krytyka taktyki naszej partii po wyborach prezydenckich. Jeśli uzna Pan zawarte w tym liście uwagi za sensowne i zasadne, to będę się cieszył, jeśli wraz z innymi osobami będę mógł podzielić się z Panem także refleksjami nad tym, jak tym negatywnym zjawiskom przeciwdziałać i jakie przedsiębrać środki, by wygrać następne wybory (z oczywistych względów uwag tych nie mogłem zawrzeć w publicznym i otwartym liście, bowiem tego typu kwestie winny być przedmiotem debat zamkniętych). Jeśli jednak uzna Pan ten list za kolejny przejaw niemoralności lub bezrozumności z mojej strony, z niepokojem i w smutku będę oczekiwał na wyniki PiS w wyborach samorządowych i parlamentarnych. Ale będę za Pana trzymał kciuki. Mimo wszystko.
Z poważaniem
Marek Migalski
Spełniamy ukryte marzenia gwiazdy szołbizu - tylko u nas Czesław Śpiewa może nakręcić film dla dorosłych i opowiedzieć, dlaczego zawsze chciał to zrobić, ale bał się poprosić.
Bądź na bieżąco. Dołącz do nas na Facebooku.
Panie producencie – zaczynamy?
Czesław Mozil: Pewnie! Pokażmy Polsce, jak się kręci porządnego pornosa! Wkurza mnie, że w naszym kraju erotyka wciąż jest wstydliwym towarem spod lady. Nie mamy wyluzowanego podejścia do seksualności, ten temat traktujemy jak najgorsze tabu. Dlatego polskie porno jest podobnie żałosne, jak polska polityka – rządzi w nim przaśność oraz nieautentyczność. Brzydkie dziewczyny uprawiają seks z brzydkimi zdesperowanymi kolesiami na brudnych wersalkach. Są spięci, często smutni. I, co najgorsze, widać, że nie sprawia im to żadnej przyjemności. A ja w porno chcę widzieć radość i autentyzm, dobre aktorstwo seksualne. Muszę wierzyć aktorom, że jest im razem dobrze, że jest chemia.
A dobra fabuła?
Błagam! Fabuła zabija porno. Prawdziwy facet przewija takie momenty, skupiając się tylko na bzykaniu. Dłużyzny są fajne u Ingmara Bergmana, nie u Rocca Siffrediego. Oczywiście świetnie, jeśli w filmie jest jakiś fabularny patent, zwłaszcza gdy jest zabawny i z przymrużeniem oka, ale niech nie zdominuje tego, co naprawdę ważne – bzykanka.
Jaką fabułę pamiętasz najlepiej?
Pierwsze niemieckie erotyki pokazali mi w Danii nieco starsi kumple, gdy miałem jakieś 7–8 lat. Było to jakoś w okolicach roku 1986, jeszcze przed erą VHS. Filmy były na kasetach systemu Betamax. Oczywiście w tym wieku nie było to podniecające. Chodziło raczej o reakcję "Kurczę! O co chodzi?". Oglądałem to trochę jak horror. Ale kilka lat później widziałem już mocniejsze rzeczy i do końca życia nie zapomnę dwóch fabuł – "Sex Trek", czyli pornoparodii "Star Treka" o dzielnych kosmonautach lecących na planetę Anus. No i mój ulubiony – "Pornocchio". Jak łatwo się domyślić, była to wariacja na temat bajki o Pinokio. Świetne! Kiedy Pornocchio kłamał, nie rósł mu nos, ale coś innego. "Kłam, kłam, Pornocchio", a on krzyczał "Możesz przeżyć trzecią wojnę jądrową!" (śmiech).
I takie rzeczy chciałbyś kręcić?
Niekoniecznie. Takie filmy to dla mnie ciekawostki. Ale, jak mówiłem wcześniej, jestem fanem prostych patentów – do nakręcenia dobrego porno nie trzeba przecież wspaniałych dekoracji. Wystarczą fajni ludzie, po których widać, że wspólne uprawianie seksu sprawia im frajdę. I dlatego kocham internet – czy to w kwestii muzyki, czy pornosów. Dziś każdy za niewielką forsę może nagrać coś fajnego. Spójrzmy, jakie wspaniałe pornosy powstają w Czechach i na Węgrzech! A pomyśleć, że mamy rewelacyjny potencjał – Polki są przepiękne, seksowne i zadbane. No, ale na razie żyjemy w zakłamanym kraju; pełnym rasizmu, homofobii i strachu przed seksem.
Powoli coś się w tej kwestii rusza. Jestem kolesiem, który ledwie przekroczył trzydziestkę, ale gdy patrzę na Polki i Polaków młodszych ode mnie o dekadę, już widzę dużą różnicę. Moi młodzi fani są fajnie wyluzowani. To ludzie z otwartymi umysłami, także w kwestii podejścia do swej seksualności.
W tej kwestii rzeczywiście możesz być wzorcem!
No pewnie! Widzisz, nie rozumiem, czemu ludzie boją się mówić o masturbacji. Przecież niezależnie od normalnego życia seksualnego to supersprawa! Gdy jestem w trasie koncertowej ze swoimi muzykami, to pierwsze, co robimy po wejściu do pokoju hotelowego, to odpalamy laptopy i włączamy ostre filmiki. Bo jak najlepiej się odstresować i wyluzować przed występem? Zwalić sobie konia! Robimy to, nawet jeśli mamy wspólny pokój. To jest podstawa!
A gdzie leżą granice otwartości na porno?
W internecie można znaleźć naprawdę ostre zabawy. Jednak dopóki osobom przed kamerą nie dzieje się krzywda i robią to, co lubią, wszystko jest OK. Wiesz – mnie np. nie kręcą praktyki takie jak pissing czy zoofilia, ale jeżeli ktoś to lubi, nie ma sprawy. Tak więc akceptuję wszystko oprócz pedofilii. Choć, jak większość facetów, lubię lolitkowate klimaty. Wiesz – dorosłe dziewczyny, ale wyglądające dziewczęco. Polecam wszystkim zwłaszcza niejaką Little April. Zajrzyjcie do internetu. A! I nie zapomnijcie też wyguglować Madison Scott. Genialna jest również Cytherea – królowa kobiecych wytrysków!
Masz wysublimowany gust...
Gdzie tam! Napalony facet przeleci każdą. Zwłaszcza że świadomie nie fantazjujemy przecież wyłącznie na temat superlasek. Miałem na przykład senne fantazje na temat uprawiania seksu z Pia Kjarsgaard – polityk z ultraprawicowej Duńskiej Partii Ludowej, rocznik 1947! Babka jest przerażająca, nietolerancyjna, nienawidzę jej! A jednak śniłem o tym, że uprawiałem z nią seks. Podkreślam: o polityce nie rozmawialiśmy.
No, ale to był tylko sen...
Ale w realu też nie powinno się szukać wyłącznie idealnie wyglądających laleczek. Trzeba próbować hardkorowych rzeczy. Wiesz, jakiś czas temu poprzez duńskie portale randkowe umawiałem się na seks z różnymi kobietami. Z premedytacją wybierałem oferty bez zdjęć. Chodziło o efekt zaskoczenia. I dochodziło do niesamowitych historii. Zjawiam się, a drzwi otwiera mi 55–latka albo panna ważąca 90 kg.
Uciekałeś w popłochu?No co ty! Prawdziwy facet nigdy nie ucieka (śmiech). A kończąc temat – często mam tak, że jeżeli panna jest zbyt piękna i zbyt mocno mi na niej zależy, stresuję się, jestem zbyt nieśmiały, wrażliwy i przez to nieporadny. I zapominam, że każda kobieta jest po części masochistką. Czasami chce być suką, a każdy facet czasem chce i powinien być zimnym sukinsynem. Ty skupiasz się na romantyzmie, wierszach i kwiatach, a ona chce, żebyś nie marnował czasu na takie głupoty i po prostu porządnie ją wziął!
A jak wygląda kwestia seksualnych wspomagaczy?
To świetna sprawa. Od filmów porno, które zdarzyło mi się kilkakrotnie oglądać wspólnie z kobietami, po różne gadżety i dziwne wynalazki. Kiedyś znajomy metalowiec dał mi taki dziwny różowy żel, po zjedzeniu działający jak viagra. Będąc z panienką, użyłem go. Pół godziny nic się nie działo. I nagle się zaczęło! O rany! Byłem łóżkowym bogiem! Seksualnym american psycho! (śmiech) Po kilku razach błagała mnie, byśmy już przestali. Cudowne, że żyjemy w takich czasach. Pomyśl tylko, że dzięki viagrze będziesz miał fajne życie seksualne po sześćdziesiątce. To jest piękne! Niech ludzie się kochają, niech się pieprzą!
FAKTOLOGIA
Czesław Mozil (lepiej znany jako Czesław Śpiewa), najzdolniejszy artysta w naszym kraju, urodził się w 1979 r. w Zabrzu, aby w wieku 5 lat wyemigrować z rodzicami do Danii. W 28. roku swego żywota wrócił do Polski i nieźle zamieszał na rodzimej scenie albumem "Debiut". Nowym krążkiem "Pop" postawił poprzeczkę jeszcze wyżej.








Zaloguj się |
10 kwietnia tego roku Antoni Macierewicz był w delegacji, która na uroczystości katyńskie jechała pociągiem. Prezydent Kaczyński widać uznał, że nie jest on godzien tego, aby się znaleźć w wąskim składzie delegacji lecącej samolotem. W sumie nic dziwnego; przy reputacji jaką miał i ma Macierewicz to trochę wstyd mieć kogoś takiego wśród poważnych osób. Kiedy więc szef pisowskiego zespołu dowiedział się o tragedii był ok. 14 km od miejsca katastrofy. I jaka była jego reakcja?
Można by oczekiwać, że osoba, która przedstawia siebie jako niezłomnego lustratora, antykomunistę, likwidatora WSI, bojownika o prawdę smoleńską, że tego typu osoba bez chwili zastanowienia ruszy na miejsce katastrofy, aby sprawdzić naocznie czy to prawda, czy rzeczywiście się "to" zdarzyło. Więcej, taka reakcja jest poniekąd bez uzasadnienia – jedzie się na miejsce i już!!! To przecież ukochany Lech Kaczyński zginął – został zamordowany – więc czym prędzej do Smoleńska! No tak – ale nie dla tchórza, jakim jest Macierewicz! Ten bez chwili zwłoki zapakował się do pociągu i blady ze strachu, bez oglądania katastrofy, z zamkniętymi oczami ruszył do domu.





Ośmiornica z oceanarium w Oberhausen celnie typowała zwycięstwa Niemiec z Australią, Ghaną, Anglią i Argentyną oraz porażki z Serbią i Hiszpanią.
1) śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej,
2) zrzeczenia się urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej,
3) stwierdzenia nieważności wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej lub innych przyczyn nieobjęcia urzędu po wyborze,
4) uznania przez Zgromadzenie Narodowe trwałej niezdolności Prezydenta Rzeczypospolitej do sprawowania urzędu ze względu na stan zdrowia, uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 głosów ustawowej liczby członków Zgromadzenia Narodowego,
5) złożenia Prezydenta Rzeczypospolitej z urzędu orzeczeniem Trybunału Stanu.
Tymczasem od katastrofy smoleńskiej i śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego to marszałek wypełnia obowiązki głowy państwa. Czy przejmie je Grzegorz Schetyna (PO), który jutro ma zostać wybrany na miejsce Komorowskiego?
Część prawników uważa, że zrobić tego nie może.
Zwolennicy tego stanowiska wskazują art. 131 ust. 2 konstytucji, który mówi, że po śmierci prezydenta (ale też np. zrzeczeniu się urzędu) „marszałek Sejmu tymczasowo, do czasu wyboru nowego prezydenta”, wykonuje jego obowiązki.
– „Wybór” nastąpił 4 lipca, co uchwała PKW tylko potwierdziła, i od tego dnia nikt nie może wykonywać obowiązków prezydenta aż do zaprzysiężenia Bronisława Komorowskiego – twierdzi dr hab. Jerzy Ciapała, konstytucjonalista z Uniwersytetu Szczecińskiego. – Jest luka prawna w konstytucji, znana od dawna, była wskazywana np. na majowej konferencji konstytucjonalistów w Międzyzdrojach.
Tę lukę prawną dostrzegł m.in. zespół do opracowania przygotowanej na przełomie roku nowelizacji konstytucji autorstwa Platformy Obywatelskiej. W projekcie tym sformułowanie „do czasu wyboru nowego prezydenta” zastąpiono słowami: „do czasu objęcia urzędu przez nowo wybranego prezydenta”.
Według ekspertów w obecnej sytuacji wypełnianie obowiązków prezydenta przez nowego marszałka grozi tym, że np. podpisane przez niego ustawy mogłyby być skutecznie kwestionowane przed Trybunałem Konstytucyjnym.
– Gdyby mnie pytano, czy mamy teraz pełniącego obowiązki prezydenta czy nie, odpowiedziałbym, że nie mam pewności – wskazuje z kolei dr Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Prawnicy zauważają, że w związku z tymi zastrzeżeniami wypełniać obowiązków nie może również prezydent elekt. – Być może Komorowski właśnie dlatego tak szybko i niespodziewanie rezygnuje z wykonywania obowiązków prezydenta, żeby nie mieć z tymi konstytucyjnymi problemami nic wspólnego – zastanawiają się.
Część ekspertów widzi jednak rozwiązanie tej trudnej sytuacji. Zdaniem prof. Piotra Winczorka, konstytucjonalisty z UW, zwrot „do czasu wyboru” można i należy zinterpretować w ten sposób, że oznacza on wybór i zaprzysiężenie prezydenta elekta. Według niego przemawia za tym wykładnia celowościowa oparta na założeniu, że państwo musi mieć głowę (państwa).
Przy takiej interpretacji prawa obowiązki prezydenta wypełnia marszałek Sejmu, a jeżeli on nie może ich wykonywać, marszałek Senatu.
– Pierwszy raz jesteśmy w takiej sytuacji. Twórcy konstytucji nie przewidzieli wszystkiego i musimy sobie poradzić z tym problemem najlepiej, jak tylko potrafimy – mówi Krzysztof Brejza, poseł PO, prawnik, członek Sejmowej Komisji Ustawodawczej. – Konstytucja nie jest idealna, wymaga przeglądu, co Platforma wielokrotnie podnosiła. Natomiast teraz nie możemy blokować funkcjonowania państwa. Sytuacja, w której p.o. prezydenta w pewnym momencie zostaną Grzegorz Schetyna czy marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, jest moim zdaniem dopuszczalna, a przepisy konstytucji nie są aż tak precyzyjne, by to uniemożliwiały. Przy wątpliwościach powinniśmy kierować się wykładnią funkcjonalną, czyli troską, by państwo sprawnie działało.
Stanisław Rydzoń, poseł Lewicy, prawnik i członek tej samej komisji: – Żeby prezydent elekt objął urząd, ważność wyborów musi stwierdzić Sąd Najwyższy. Do tego czasu, i do złożenia przysięgi, nie ma możliwości działania jako prezydent. Przez ten czas obowiązki prezydenta sprawuje marszałek Sejmu. Jeśli więc Sejm wybierze na marszałka Grzegorza Schetynę, to zgodnie z prawem będzie pełnił obowiązki prezydenta.
– PO wykorzystuje nadzwyczajną sytuację i pewne braki w konstytucji do przedłużenia prezydenckiej władzy, jaka obecnie pozostaje w rękach tej partii – krytykuje Karol Karski, poseł PiS, prawnik, członek komisji ds. poselskich projektów konstytucji. – Trzeba sprawnie interpretować konstytucję, ale widzimy, że następuje maksymalne odsunięcie w czasie zaprzysiężenia nowego prezydenta. Już słyszymy, że miałoby to nastąpić 17 czy 18 sierpnia, a to oznacza obchodzenie przepisu o pięcioletniej kadencji prezydenta. Przedłuża się w ten sposób władzę PO na tym urzędzie.
Powyższe uwagi każą powątpiewać, czy możemy utożsamiać wybór z objęciem urzędu. Niestety, przemawia przeciwko temu wykładnia
Ocena profesora Piotra Winczorka wskazująca, że marszałek Sejmu powinien zastępować prezydenta do czasu objęcia urzędu, jest zrozumiała na
Poczynione uwagi każą kontestować prawidłowość sekwencji zdarzeń prawnych i politycznych – obecności „trzech prezydentów” w jednym dniu. Stwarzają ryzyko kwestionowania czynności prawnych nowego marszałka Grzegorza Schetyny w zakresie, w którym będzie zastępował prezydenta RP.





- Zanim zostaje się ojcem, trzeba wiedzieć, jak się do tego zabrać. Często opisuje się pana jako chłopaka z podwórka. O "tych sprawach" dowiedział się pan też od kolegów z podwórka czy inną drogą?
- Miałem to szczęście, że mogłem się wszystkiego dowiedzieć od rodziców. Mogłem zawsze przyjść i zapytać wprost. I pytałem. Moja rodzina nigdy nie była pruderyjna. Nie było dulszczyzny i zakłamania. Rodzice, a nawet dziadkowie nie obawiali się do siebie przytulić, okazać uczucie. Widać było, że się kochają. Zapewne brało się to z wiejskich tradycji rodziny. Jako dzieci nieraz widzieli, w jaki sposób pojawia się na świecie źrebak. I otoczka tego świata zmysłowego nie była dla nich tabu. W moim przypadku jest podobnie. Zawsze dobrze czułem się w towarzystwie kobiet i zawsze mnie interesowały.
- Pańscy rówieśnicy przyznają, że olbrzymie znaczenie dla ich relacji męsko-damskich miało ukazanie się książki Michaliny Wisłockiej "Sztuka kochania".
- Znałem tę książkę, ale nawet nie musiałem po nią sięgać. Mama była socjologiem rodziny i zajmowała się także sprawami roli seksualności w małżeństwie. Te tematy były obecne w rozmowach rodziców.
- Na co podrywał pan dziewczyny? Raczej nie na harcerstwo.
- W szkole i na studiach zawsze byłem trochę szefem. Podrywałem na opiekuńczość, intelektualność, zainteresowanie światem. I chyba na poczucie humoru...
- I jak szło? Był pan skuteczny?
- Powiem tyle, że mam bardzo miłe wspomnienia.
- W tej kampanii chyba pierwszy raz otwarcie mówiono o seksualności. Podpadł pan lewicy, zbywając sprawę formalnych związków homoseksualnych jako marginalną.
- Ależ to jest sztucznie postawiony temat. Świat się zmienił, można ze sobą mieszkać i nie trzeba tego ukrywać. Istnieją w Polsce mechanizmy prawne pozwalające na zagwarantowanie sobie opieki czy dziedziczenia. Gdyby istniały tu jakieś problemy prawne dla par homoseksualnych, należy je oczywiście rozwiązać w imię równości praw obywatelskich i zasad tolerancji. Mam jednak wrażenie, że chodzi tu bardziej o wymachiwanie sztandarami. Są trzy sprawy, które budzą mój opór. Pierwsza to adopcja dzieci przez homoseksualistów. Druga to chęć nazywania takich par małżeństwem, co kłóci się z polską tradycją i konstytucją. Trzecią jest sprawa podatkowa. Państwo inwestuje w małżeństwa, licząc na to, że pojawią się kolejni obywatele, którzy będą płacili podatki na nasze emerytury i leczenie. Wyłączając te trzy sprawy, nie widzę żadnego problemu w przyjęciu całościowej regulacji ustawowej adresowanej do tego typu związków. Mam znajomych żyjących w takim związku i wiem, że dla nich ostentacyjne i polityczne rozgrywanie tych spraw jest równie przykre jak oznaki nietolerancji.
- Wróćmy do pańskich dzieci. Był pan surowy jako ojciec?
- Zdarzały się klapsy, ale każdego z nich się wstydzę i uważam za porażkę wychowawczą, odreagowywanie własnych nerwów. Sam byłem też wychowywany ostro, w przypadku moich dzieci rozłożyło się to jakoś na piątkę.
- Podpisując ustawę zakazującą karcenia dzieci, nie miał pan wątpliwości?
- Nie miałem. Jak już mówiłem, świat się zmienia i obecnie liczy się bardziej "dogrzewanie emocjonalne" dzieci niż klapsy. Kara cielesna nie zmienia niczego w procesie wychowania dzieci poza krótkotrwałym rozładowaniem własnego złego nastroju.
- Dwójka pańskich dzieci jeszcze studiuje, ale została w domu. Skoro jest pan dobrym ojcem, zapewne wie, jakiej muzyki słuchają?
- Słuchają jej w słuchawkach i to mi umyka.
- Ale tak bardziej Modern Talking czy raczej Behemoth?
- Rozmawiają między sobą, ale nie wchodzę w ich fascynacje muzyczne. Z satysfakcją odnotowuję jednak, że słyszę czasami z ich pokoju choćby Kabaret Starszych Panów. Nie sądzę, żeby kierowali się jakimś podziałem pokoleniowym.
- Pańskie życie ułożyło się tak, że mało bywał pan w domu. Dzieci nie reagowały na to wzmożonym buntem pokoleń?
- Raczej nie. Kiedy rodzeństwo jest liczne, dzieci mają często oparcie w sobie nawzajem. Gdzieś jest ta ostateczna instancja w postaci rodziców, ale wiele spraw rozwiązywanych było między nimi. Zapewne to łagodziło też ten naturalny pokoleniowy bunt. Były spory światopoglądowe, polityczne... Różne ostentacje związane z modą. Ale nie stawialiśmy tych spraw jako najistotniejsze w życiu, co pozwalało zawsze w porę rozładować sytuację.
- W tej kampanii znalazł się pan pod ostrzałem mediów w większym stopniu niż kiedykolwiek wcześniej. Irytują pana plotki, które pojawiają się na pański temat?
- Plotka to odwieczna towarzyszka działalności publicznej. Czymś innym jest jednak czarny PR organizowany przez przeciwników politycznych. W swoim czasie kursowało zdjęcie z rzekomo moim domem na Bemowie. Krążyła też plotka o tym, że jestem współwłaścicielem firmy Bakoma - w rzeczywistości był nim człowiek o tym samym nazwisku, z którym jednak nie mam żadnego związku. Szkoda czasu i energii, żeby się takimi rzeczami przejmować. Ludzie mają to do siebie, że odróżniają realny świat, który decyduje o ocenie polityka, od plotek na jego temat.