sobota, 23 sierpnia 2008

Maja Włoszczowska - Pszczółka gna po medal

2008-08-03, ostatnia aktualizacja 2008-08-03 23:48

Organizatorzy zawodów krajowych przygotowują trasy pod jej start w Pekinie. Bo to Maja Włoszczowska jest perełką polskiego kolarstwa i kandydatką do medalu na igrzyskach

>> Więcej sportu na Sport.pl

- Mam na swoim koncie medale mistrzostw świata i Europy. Dlaczego więc nie mogę myśleć o medalu? - retorycznie pyta "Pszczółka". W Polsce w dalszym ciągu niepokonana, na świecie zaliczana do ścisłej czołówki. W tegorocznych mistrzostwach świata wVal di Sole była piąta, a do podium zabrakło jej minuty. Jednak jak sama przyznała, we Włoszech nie dała z siebie wszystkiego. Szczyt możliwości ma zaprezentować na igrzyskach.

Z Maja Włoszczowską rozmawia Tomasz Porębski

W Atenach było szóste miejsce, w mistrzostwach świata piąte. Za każdym razem do podium brakowało niewiele. Będzie medal w Pekinie?

-Wiem, że oczekuje się ode mnie naprawdę bardzo wiele. Zdaję sobie jednak też sprawę z tego, jakie są realne szanse i staram się podchodzić do tego ze spokojną głową. Najważniejsze, żeby po wyścigu nie mieć sobie nic do zarzucenia. Wtedy jeżeli nawet nie uda mi się zdobyć upragnionego medalu, to po prostu powiem sobie, że byłam za słaba i nie było mnie na niego stać.

Rywalizacja w kolarstwie MTB jest bardzo wyrównana.

- Dokładnie tak. Jest siedem zawodniczek, które mogą powalczyć o medal. To dwie bardzo mocne Chinki, Margarita Fullana, Irina Kalentieva, Gunn-Rita Dahle, Sabine Spitz i Marie-Helene Premont. I wydaje się, że podium bez każdej z nich po prostu nie może zaistnieć, a przecież mogą stanąć na nim tylko trzy. No i jest jeszcze ósma Włoszczowska z Polski, która także zamierza powalczyć.

Jak wyglądały pani przygotowania do igrzysk?

- Rozpoczęłam je w grudniu ubiegłego roku. Od tamtego czasu byłam na trzech bardzo ważnych zgrupowaniach. Na początku Zakopane, potem Wyspy Kanaryjskie, a na końcu przeniosłam się na południe Hiszpanii do Sierra Nevada. Dalszy tok to ciągłe starty. Startowałam w dużej ilości wyścigów, plan mam zagospodarowany aż do dnia wylotu do Chin. Mam nadzieję, że taki trening jest dobrym rozwiązaniem.

Niektóre trasy w Polsce były przygotowywane specjalnie pod pani występ w Pekinie.

- Tak było na mistrzostwach Polski w Kielcach. Trasę układał trener Andrzej Piątek. Robił wszystko, by była jak najbardziej zbliżona do trasy w Pekinie, którą mamy doskonale rozpracowaną. I jestem pełna podziwu, bo udało mu się to prawie perfekcyjnie. Widziałam wykresy przewyższeń - w Chinach jest 150 metrów, w Kielcach było 140, także różnice były nieznaczne. Inne było podłoże, ale to ukształtowanie terenu jest dla kolarza najważniejsze.

W Polsce w dalszym ciągu nie ma pani sobie równych.

- Bardzo się cieszę ze zwycięstw. Oczywiście każdy start traktowałam jako przygotowanie do igrzysk, ale nie oznacza to, że nie chciałam wygrywać. Szczególnie cieszy wygrana w mistrzostwach kraju, bo dzięki temu kolejny rok będę mogła jeździć w białej koszulce mistrzyni. Taki tytuł daje prestiż na całym świecie.

Świat zauważy start naszej reprezentacji? Polska ekipa poprawi wynik z Aten?

- Dużo dobrego spodziewam się po dyscyplinach wodnych - po wioślarskiej czwórce podwójnej, po Zofii Klepackiej z windsurfingu. Oczywiście pływacy również są kandydatami do medali. Gorąco życzę Otylii powtórzenia rezultatu z Aten. Może trudno będzie aż o trzy krążki, ale stać ją na medal, i to złoty. Poza tym moim wielkim faworytem jest Szymon Kołecki, a także Monika Pyrek, z którą się przyjaźnię od dłuższego czasu.

Jakie będą igrzyska w Pekinie?

- Mam nadzieję, że mimo wszystko spokojne. W końcu zamysłem igrzysk jest utrzymanie pokoju na świecie. Nie można tego zepsuć.

Źródło: Metro

Maja Włoszczowska: Tybet? Myślałam o zgoleniu głowy...

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski
2008-04-21, ostatnia aktualizacja 2008-04-22 12:13

Gdy dopada mnie kryzys, zastanawiam się, dlaczego wybrałam jazdę na rowerze, a nie szermierkę lub szachy - mówi czołowa polska kolarka Maja Włoszczowska, która marzy o igrzyskach i podróży do Tybetu.

Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Maja Włoszczowska
Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Maja Włoszczowska
Zobacz powiekszenie
Fot. Tomasz Wawer / AG
Maja Włoszczowska
Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Maja Włoszczowska
Zobacz powiekszenie
Fot. Kuba Atys / AG
Maja Włoszczowska
Cztery lata temu w Atenach była szósta w wyścigu MTB. Od tego czasu wywalczyła kilka medali mistrzostw świata i Europy. W Polsce kroku dotrzymuje jej jedynie Anna Szafraniec - koleżanka z grupy Halls Professional MTB Team. Obie mają liczyć się w walce o medal na igrzyskach w Pekinie.

Olgierd Kwiatkowski: Jednym z największych pani marzeń jest podróż do Indii i Tybetu. Czy po tym, co się ostatnio dzieje, chęć podróży do Tybetu wzrosła czy zmalała?

Maja Włoszczowska: Jak najbardziej chciałabym tam pojechać, choć to, co się tam ostatnio stało i co się dzieje wokół igrzysk, jest bardzo przykre.

Olimpiada, znicz olimpijski, kojarzą się z pojednaniem i zdrową rywalizacją, ale teraz dominuje atmosfera walki. Wszystko to jest bardzo nieprzyjemne przede wszystkim dla sportowców. Wymaga się od nas różnych deklaracji, poparcia dla Tybetu. Nie tylko sportowcy, ale każdy zdrowo myślący człowiek sprzeciwia się sytuacji, jaka tam panuje. Nie można jednak wymagać, żebyśmy rzucili nagle w diabły cztery lata przygotowań i manifestowali poparcie bojkotem igrzysk. Trzeba było pomyśleć, gdy przyznawało się Chinom organizację igrzysk, bo w stu procentach można było przewidzieć, że narodzą się takie problemy. Jestem zdecydowanie zdania, że igrzyska powinny się odbyć, ale my, sportowcy, możemy wypowiadać swoje opinie.

Będziecie protestować?

- Myślałam o zgoleniu głowy... ale w przypadku mężczyzn to fajny pomysł, dla kobiet chyba jednak nie najlepszy. Ewentualnie wchodzi w grę bojkot ceremonii otwarcia, ale nie muszę się nad tym zastanawiać, bo nas tam i tak nie będzie.

Gdyby doszło do bojkotu igrzysk, poszłyby na marne tysiące przejechanych kilometrów, dziesiątki skasowanych rowerów, pewnie parę razy połamanych rąk i nóg. Potrafi pani powiedzieć, ile tego było przez ostatnie cztery lata?

- Przejeżdżałam rocznie 15 tysięcy, czyli przez cztery lata okrążyłam ziemie półtora raza. Upadków była sporo, blizn na kolanach i łokciach kilkanaście. Do tego wiele straconych spotkań z rodziną i przyjaciółmi, bo 260 dni w roku spędzam poza domem. Oczywiście, nie poszłoby to zupełnie na marne, szykujemy się również do innych imprez, ale w naszym wypadku mówi się głównie o igrzyskach.

Jakim cudem, uprawiając tak czasochłonny sport, udało się pani skończyć trudne studia?

- Dopiero na studiach dowiedziałam się, że jestem na najtrudniejszym wydziale mojej uczelni [Wydział Podstawowych Problemów Techniki Politechniki Wrocławskiej], a na tym wydziale wybrałam najtrudniejszy kierunek - matematykę finansową. Zauważyłam jednak, że im więcej rzeczy mam na głowie, tym lepiej potrafię zorganizować sobie czas. Miałam ciężkie pięć i pół roku, poza szkołą i rowerem nie było kompletnie na nic czasu, musiałam zarywać noce. Studia dały mi jednak satysfakcję. Uważam, że nie powinno się wyłącznie koncentrować na sporcie. Człowiek wraca potem do normalnego życia i nie potrafi się odnaleźć. Ponadto zawsze miałam coś, co odrywało mnie od sportu, przez co mniej stresowałam się wyścigami.

Ale MTB to też jedna z najcięższych dyscyplin sportowych...

- Uważam, że treningi mamy bardzo atrakcyjne. W przeciwieństwie do pływaków, nie musimy przez kilka godzin oglądać kafelków. Fakt, że treningi bywają długie i bardzo wyczerpujące. Kolarstwo jest chyba najcięższą dyscypliną sportu, jeśli chodzi o wysiłek podczas wyścigu, który nie trwa 20 sekund czy dwie minuty, ale dwie godziny. Cały czas się jedzie na maksimum możliwości, do tego w trudno technicznym terenie, gdzie zmęczonemu łatwo o błąd i kontuzje. Przyznaję, że czasami na wyścigach, jak mam kryzys, zastanawiam się, dlaczego wybrałam jazdę na rowerze, a nie szermierkę lub szachy. Mimo wszystko kocham kolarstwo i nie zamieniłabym go na żadną inną dyscyplinę.

Czy na podstawie badań matematycznych można wyliczyć szansę na medal olimpijski?

- Mój kierunek studiów mógłby ewentualnie przydać się do statystyk, do analizy treningu. Wolę jednak skorzystać z matematyki po zdobyciu medalu olimpijskiego. Będę mogła mądrze zainwestować zarobione pieniądze.

Cztery lata temu w Atenach w olimpijskim debiucie była pani szósta. Czy w Pekinie będzie łatwiej o medal?

- Będzie dużo trudniej. Poziom kobiecego MTB bardzo się podniósł. Gdy cztery lata temu zdobywałam srebrne medale na mistrzostwach, miałam od dwóch do czterech minut straty do pierwszej zawodniczki. W tej chwili z taką stratą byłabym na dziesiątym miejscu. W czołówce zrobiło się ciasno.

Do tego trasa w Pekinie jest szybka, podjazdy będą krótkie, praktycznie nie wrzuca się tam najlżejszych przełożeń w rowerze. Nie będzie gdzie uciec. Cały czas będzie mocne tempo, czyli do samej mety będzie ostra walka o pozycje medalowe. W Pekinie nie wystarczy być tylko w dobrej formie fizycznej, ale mieć też mocną psychikę. Nad tym staram się teraz pracować.

Lubię trasy techniczne, z długimi sztywnymi podjazdami. Start w Pekinie będzie też dla mnie trudny ze względu na zeszły sezon. Kontuzja źle wpłynęła na moją psychikę. Na szczęście badania wydolnościowe pokazały, że mam duże możliwości.

Niektórzy maratończycy wycofali się z igrzysk, bo obawiają się zanieczyszczenia powietrza. Była pani na rekonesansie w ubiegłym roku, czy smog daje się we znaki?

- Nasza trasa jest jakieś 10-15 kilometrów od centrum. Akurat podczas mojego wyścigu na rekonesansie nie było czuć smogu, ale dzień później podczas wyścigu mężczyzn widać było jego skutki. Ciężko im było złapać oddech, przyjeżdżali na metę i dosłownie charczeli powietrzem. Czytałem, że Pekin ma 150 dni z czystym powietrzem, resztę z brudnym. Pojedziemy do Chin później, by nie zmęczyć się tym powietrzem. Mam tylko nadzieję, że na nasz wyścig trafi się ten dzień, gdy smogu nie będzie.

Przed olimpiadą są jeszcze mistrzostwa Europy i świata.

- Tam chciałabym się sprawdzić. Bardzo mi zależy na wyścigu drużynowym. Rok temu zdobyliśmy srebrny medal, przegrywając ze Szwajcarami, którzy są potęgą w kolarstwie górskim. Naszym wielkim marzeniem jest złoty medal.

Wspomniała pani, że liczą się dla pani igrzyska w Pekinie i Londynie. W Chinach zakłada pani porażkę?

- Kiedy planowałem karierę, myślałam o tym, żeby jeździć do igrzysk w Londynie. Do tej pory startowałam na igrzyskach w ciepłych krajach, które Polakom niekoniecznie służą. W Londynie poczujemy się pewnie jak w domu, tym bardziej teraz, gdy mamy tam sporo rodaków. Ale to daleka przyszłość, teraz myślę głównie o tym, jak zdobyć medal w Pekinie.



Maja Włoszczowska, ur. 9 listopada 1983. Zawodniczka Halls Professional MTB Team. Mistrzyni świata w maratonie MTB w 2003 roku, wicemistrzyni Europy i świata indywidualnie w 2004 i 2005 roku, wicemistrzyni świata w drużynie w 2007 roku, brązowa `1medalistka drużynowo w MŚ w 2004 i 2006 roku. Igrzyska olimpijskie w Atenach (2004) - szóste miejsce.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Maja Włoszczowska w brązowej tonacji

28 lipca 2008 - 0:01
Maja Włoszczowska, najlepsza polska zawodniczka w kolarstwie górskim umie podkreślić swoją kobiecość.

Brąz to ulubiony
Brąz to ulubiony kolor Mai Włoszczowskiej. (Archiwum)

Maja Włoszczowska, najlepsza polska zawodniczka w kolarstwie górskim ceni sobie wygodę w doborze ubioru, chociaż nie unika także strojów podkreślających jej kobiecość i świetną figurę.

Delikatny makijaż, spódnica za kolano lub ulubione dżinsy, do tego długie drewniane kolczyki oraz ulubione perfumy - to styl jaki najbardziej odpowiada wielokrotnej złotej medalistce Mai Włoszczowskiej.
Na co dzień podczas spaceru po mieście Maję można spotkać ubraną w koszulkę bawełnianą, nie koniecznie z ogromnym dekoltem, ale bardziej typu polo oraz w wygodnych dżinsach lub damskich spodniach - bojówkach. W takim oto stroju nasza sportsmenka czuje się najswobodniej i najlepiej.

- W mojej szafie dominują stroje praktyczne, chociaż lubię czuć się kobieco w tym, co noszę. Nie unikam zatem spódnic, takich do kolan czy trochę dłuższych. Buty raczej na płaskim obcasie lub sportowe. Najchętniej ubieram się w tonacji brązowej. To mój ulubiony kolor - mówi Maja Włoszczowska.

Intensywne treningi na rowerze, sprawiają że Maja nie musi się martwić o figurę, ale za to musi ukrywać strojem…otarte kolana. - W kolarstwie górskim najczęstszymi kontuzjami są otarte kolana, dlatego też moja słabość do spódnic zakrywających kolana jest całkowicie zrozumiała - śmieje się Maja Włoszczowska. - Dodatkowo strojami trzeba zakryć braki w opaleniźnie. Nasze stroje do treningu umożliwiają nam opalanie tylko przedramion i nóg powyżej kolan, więc muszę myśleć o tym, żeby ubrania nie pokazywały wszystkiego.



Na eleganckie wieczory Maja najczęściej zakłada skromne, kobiece stroje, najlepiej utrzymane w tonacjach ciemnych. - Lubię rozkloszowane spódnice i klasyczne bluzki. Wolę takie połączenie, niż jednolite suknie. Nie lubię wyzywających kreacji, tylko takie które mają w sobie urok i czar. Nie rzucają na kolana swoim wyrafinowaniem, a skromnością - mówi Maja.

Jako typowa kobieta Maja nie zapomina również o dodatkach do strojów. - Zawsze muszą być kolczyki, przepadam zawłaszcza za długimi wpinkami do uszu. Na szyję lubię zawieszać wisiorki, najchętniej wyprodukowane z drewna - mówi. Sportsmenka nie lubi ostrego i wyzywającego makijażu. Jeśli już jest takowy, to najczęściej nie rzucający się w oczy. - Używam błyszczyka do ust i bardzo delikatnie podkreślam oczy cieniami lub kredką. Niewielka ilość podkładu i makijaż gotowy! - dodaje. Maja mówi, ze bardzo długo szukała swojego zapachu perfum i dopiero niedawno znalazła swój ulubiony. - To zapach "Amor Amor” firmy Cacharel. Zawiera wszystko, to czego oczekiwałabym po dobrych perfumach. Bardzo mi odpowiada ten zapach - twierdzi Maja.

Magister inżynier Maja Włoszczowska

kris
2008-08-23, ostatnia aktualizacja 2008-08-23 07:56
Zobacz powiększenie
Maja Włoszczowska
Fot. Tomasz Wawer / AG

Medal olimpijski był jednym z marzeń Mai Włoszczowskiej. Przygotowania do Pekinu były piekielnie ciężkie, ale zawodniczka znalazła czas żeby skończyć studia na Politechnice Wrocławskiej, na bardzo trudnym kierunku - matematyka finansowa.

Włoszczowska wywalczyła medal w upale »

- Zawsze miałam coś, co odrywało mnie od sportu, przez co mniej stresowałam się - mówiła Włoszczowska w wywiadzie dla Gazety Wyborczej i Sport.pl. - Studia dały mi satysfakcję. Uważam, że nie powinno się wyłącznie koncentrować na sporcie. Człowiek wraca potem do normalnego życia i nie potrafi się odnaleźć - uważa wicemistrzyni olimpijska, a zarazem magister inzynier Politechniki Wrocławskiej.

Włoszczowskiej udało się skończyć studia, mimo że uprawia kolarstwo górskie, niezwykle ciężki i czasochłonny sport. Treningi zaczęła w wieku 14 lat, w małym klubie Śnieżka Karpacz. Dwa lata później sięgnęła po pierwsze tytuły Mistrza Polski MTB. Później wielokrotnie powtarzała ten wyczyn. W 2000 roku trafiła do kadry narodowej. Na pierwszy wielki sukces nie trzeba było długo czekać. Na mistrzostwach świata w Sierra Nevada dała się wyprzedzić tylko jednej rywalce i sięgnęła po tytuł wicemistrzowski. To był przełomowy rok w karierze zawodniczki. - Od tamtej pory mój stosunek do sportu zmienił się diametralnie. Zaczęłam na niego patrzeć jak na sposób na życie, a nie tylko zwykłe hobby - pisze srebrna medalistka na swojej stronie internetowej.

Polska reprezentacja z Mają Włoszczowską i Anną Szafraniec szybko awansowała do światowej czołówki. W 2001 Włoszczowska zdobyła mistrzostwo Europy i znów była druga na mistrzostwach świata. Kolejny sezon nie był już tak udany, ale w 2003 roku Polka osiągnęła jeden ze swoich największych sukcesów. W rozgrywanych po raz pierwszy mistrzostwach świata w maratonie pokonała bardziej doświadczone rywalki i sięgnęła po tytuł. Później jeszcze kilka razy zajmowała drugie miejsce w mistrzostwach świata i mistrzostwach Europy - indywidualnie i drużynowo. Startowała też na igrzyskach olimpijskich w Atenach, gdzie zajęła szóste miejsce. W tym roku na mistrzostwach świata we włoskim Val di Sole zajęła piąte miejsce. - Poziom kobiecego MTB bardzo się podniósł- oceniała po zawodach. Gdy cztery lata temu zdobywałam srebrne medale na mistrzostwach, miałam od dwóch do czterech minut straty do pierwszej zawodniczki. W tej chwili z taką stratą byłabym na dziesiątym miejscu. W czołówce zrobiło się ciasno - dodała.

Na igrzyskach Włoszczowska udowodniła jednak, że wciąż należy do ścisłej czołówki kolarstwa górskiego. W morderczym upale, na piekielnie ciężkiej trasie Polka jechała bardzo skoncentrowana i od początku walczyła o czołowe lokaty. Przyjechała na drugim miejscu, podczas gdy kolejne faworytki - Marie-Helene Premont, Margarita Fullana i Gunn-Rita Dahle Flesjaa schodziły z trasy. Włoszczowska wywalczyła pierwszy od 20 lat medal dla Polski w kolarstwie. Teraz będzie mogła zrobić użytek z wiedzy zdobytej na studiach. - Mój kierunek studiów mógłby ewentualnie przydać się do statystyk, do analizy treningu. Wolę jednak skorzystać z matematyki po zdobyciu medalu olimpijskiego. Będę mogła mądrze zainwestować zarobione pieniądze - mówiła przed Pekinem Włoszczowska.

Maja Włoszczowska - 101 pytań do...

Maja Włoszczowska
Maja Włoszczowska

Dobry trening polega na...

Maja: Pełnym zaangażowaniu. Trening jest najważniejszą rzeczą jaką sportowiec ma do wykonania w ciągu dnia. Cała reszta jest mu podporządkowana.

Trening zaczyna się od...

Maja: Przygotowania sprzętu.

Trening spontaniczny czy trening zaplanowany...

Maja: Zdecydowanie zaplanowany.

Trening to siła, kondycja, technika, psychika...?

Maja: Dla mnie trening przede wszystkim ma rozwijać parametry fizyczne - wytrzymałość, siłę i szybkość. Technikę po kilku latach treningu dobry zawodnik ma już we krwi, ale trzeba uważać by nie popaść w "samozachwyt". A psychika to zupełnie odrębna sprawa - nad nią pracujemy non stop.

Kiedy lubisz swój trening i za co (w której minucie, sekundzie, miejscu, dniu)?

Maja: Gdy się na nim dobrze czuję - czuję, że "mam pod nogą" i w każdej chwili mam ochotę jechać szybciej i dłużej.

Kiedy przestajesz lubić swój trening i z jakiego powodu (powody jak wyżej)?

Maja: Gdy mam problem z jego wykonaniem i przez dwie czy trzy godziny muszę "zaginać się" by osiągnąć odpowiedni poziom tętna.

Opisz przebieg swojego treningu...

Maja: Oj, długo by pisać. Każdy trening jest inny, ale zawsze (z wyjątkiem zimy) jeżdżę na rowerze ;). Realizuję odpowiednie założenia treningowe w oparciu o pomiar tętna i mocy.

Ulubione przyrządy treningowe...?

Maja: Rower :)

Ulubione miejsca do treningu...?

Maja: Włochy, Livigno.

Trening z muzyką, czy trening w ciszy...?

Maja: Jeśli długi i żmudny to z muzyką. Krótki a intensywny w ciszy.

Z trenerem ćwiczy się lepiej, niż bez trenera...?

Maja: Zależy od zawodnika. Mnie zdecydowanie lepiej.

Co i dlaczego trener wie lepiej od zawodnika?

Maja: Przede wszystkim ma większą wiedzę dot. treningu, potrafi go lepiej - długoterminowo - zaplanować. Poza tym ma "chłodne" podejście. Nie myśli jak zawodnik: "ładna dziś pogoda, fajnie mi się jedzie to potrenuję dłużej", czy "oj, jak mi się dziś nie chce, może by tak skrócić?". A zawodnikowi jest łatwiej wykonać plan rozpisany przez trenera - jest napisane, trzeba zrobić. Wówczas modyfikuje trening tylko i wyłącznie wtedy gdy naprawdę jest to konieczne (choroba, przemęczenie..).

Nad czym pracować, gdy po raz setny na zawodach jest się ostatnim?

Maja: Jeśli po raz setny jesteśmy na końcu, to zastanówmy się czy na pewno mamy predyspozycje do tego sportu. Bo jeśli rozsądnie trenujemy (systematycznie, ale z umiarem) taka sytuacja jest mało możliwa. Najlepiej odstawić wszystko na tydzień czy miesiąc i zacząć od początku.

Nad czym pracują świeżo upieczeni mistrzowie, czy muszą coś poprawiać i ulepszać, skoro okazali się najlepsi...?

Maja: Są najlepsi w danej chwili, ale reszta pracuje i szuka nowych rozwiązań, więc szybko mogą ów mistrza doścignąć. Warto trzymać się sprawdzonego systemu, ale jednocześnie szukać możliwych rezerw. Prawdziwy mistrz nigdy nie spoczywa na laurach.

Nad czym pracuje zawodnik, który był o krok od sukcesu?

Maja: Sprawdza, czy popełnił jakiś błąd w przygotowaniach, jeśli tak, wyciąga wnioski na przyszłość. Jeśli wszystko zrobił w 100%, a mimo to nie osiągnął celu to stara się coś zmienić.

Kiedy się odczuwa, że trening był dobrze wykonany i przepracowany...?

Maja: Kiedy w 100% wykonaliśmy założenia treningowe.

Dobry trening to sprawa fizyczna czy psychiczna?

Maja: Dla mnie sprawa fizyczna, z psychiką nie mam problemów podczas treningów. Nie wykonam go tylko wtedy gdy nie pozwala na to mój organizm.

Wymień specyficzne elementy treningu dla Twojej konkurencji?

Maja: W okresie przygotowawczym długie treningi wytrzymałościowe o umiarkowanej intensywności. Im bliżej sezonu tym treningi intensywniejsze. Duży nacisk na rozwój siły (tempówki na stromych podjazdach). Przed zawodami ważny trening na trasie wyścigu - poznanie trudności technicznych.

Czym się różni Twój trening z czasów gdy rozpoczynałaś karierę zawodniczą od tego, który dziś realizujesz?

Maja: Gdy zaczynałam jeździć trening był zabawą. Na ogół nie zaplanowana jazda dla czystej przyjemności. Teraz każdy na każdym treningu muszę wykonać określoną pracę. Patrzę cały czas na pulsometr, jadę tam gdzie najlepiej mi wykonać dane założenia treningowe. Czasami to już nie jest przyjemność a obowiązek, choć jeśli jestem w dobrej formie to każdy trening sprawia mi frajdę.

Jak wygląda Twoja rozgrzewka?

Maja: Na treningu jest to po prostu 10-15 minut spokojnej jazdy. Przed wyścigiem pół godzinna jazda z coraz większą intensywnością (aż do submaksymalnej) najczęściej na trenażerze (urządzenie w które zapinamy rower, na którym się ścigamy).

Kiedy treningi są nudne, a kiedy pasjonujące? Na czym to polega?

Maja: Pasjonujące gdy z każdym treningiem czuję, że forma idzie do góry. Jeśli natomiast mam kiepskie samopoczucie a muszę jeździć 2-3 godziny w jednostajnym tempie, to bez muzyki ciężko byłoby mi taki trening przetrwać.

Za czym bardziej się tęskni, za startem w czasie treningów, czy za treningiem w czasie startów?

Maja: Jedno i drugie. Często jeśli treningi nie sprawiają mi przyjemności chciałabym wystartować w wyścigu, gdyż to też jest forma treningu. Z drugiej strony gdy świetnie się czuję, chciałabym sprawdzić formę, powalczyć na ważnym wyścigu o podium. Jeśli jednak jestem w trakcie okrutnie ciężkiego wyścigu, po godzinie jazdy nie potrafię już znaleźć pokładów energii w organizmie, a do przejechania jeszcze przynajmniej raz tyle, marzę o spokojnym okresie treningowym, bez stresu i takiego bólu w nogach...

Trening jest cyklem zajęć ściśle zaplanowanych i zorganizowanych. W jaki sposób udział w treningach organizuje twoje życie ?

Maja: W chwili obecnej całe moje życie jest podporządkowane treningowi. Oczywiście jest jeszcze szkoła, ale zajęcia tam staram się tak zorganizować, by każdego dnia mieć odpowiednią ilość czasu na ćwiczenia. Jeśli miałabym wybrać między pójściem na wykład a zrobieniem treningu, oczywiście będzie to trening.

Czy zdarza się, że trzeba przytyć?

Maja: Tylko w wyjątkowych przypadkach (sportowcy, którzy popadli w anoreksję). Pozostali wiecznie chcą chudnąć.

Często walczy się z nadwagą?

Maja: Wagi trzeba cały czas pilnować - prawie zawsze jest coś do zrzucenia.

Wiatr, zimno, deszcz, upał...co doskwiera najbardziej?

Maja: Na treningu wiatr, na wyścigu upał.

Trening w mieście, na plaży, w górach, w lesie...?

Maja: W górach.

Trening w grupie, trening w samotności?

Maja: I jedno i drugie, zależy od samopoczucia i specyfiki treningu.

Co można jeść, co trzeba jeść, co można pić, a czego nie w trakcie cyklu treningowego?

Maja: Oj, to jest temat "rzeka". Sportowiec musi przestrzegać cały czas określonej diety. Przede wszystkim wyklucza ona słodycze, potrawy bardzo tłuste i ciężkostrawne. Dla kolarza górskiego bardzo istotna jest niska waga, więc często "liczymy kalorie" (zwłaszcza kobiety - panowie mają lepszą przemianę materii). Oczywiście wykluczony jest także alkohol. Lampka wina nie zaszkodzi, ale imprezy z dużą ilością "procentów" są całkowicie zakazane.

Kiedy trening cieszy najbardziej?

Maja: Gdy dobrze się na nim czuję. Największą przyjemność sprawiają mi długie treningi w górach przy ładnej pogodzie i oczywiście przyzwoitej formie...

Jak to jest, kiedy na treningu osiąga się o wiele lepsze rezultaty, niż w trakcie ważnych zawodów?

Maja: Nie wiem. Ja na szczęście zawsze mam odwrotnie - na treningach często czuję się kiepsko, a podczas zawodów dobrze. I taki układ jest idealny. Jeśli lepiej prezentujemy się na treningach niż na zawodach znaczy, że problem tkwi w psychice. Być może zbyt duży stres blokuje nasz organizm. To niestety trudna przeszkoda do pokonania.

Po treningu najbardziej lubisz...

Maja: Uczucie, że dobrze wykonałam swoją pracę. I takie "pozytywne" zmęczenie, a po wyścigu uczucie "wyjechania", gdy nie mam nawet siły ręki podnieść - wówczas wiem, że dałam z siebie wszystko.

Maja Włoszczowska - 100 pytań do...

Maja Włoszczowska
Maja Włoszczowska

Pierwszy dzień w szkole?

Maja: Ekscytujący (teraz sama się sobie dziwię :)

Pierwsze lanie od ojca?

Maja: No, gdzie by mnie tata bił! Nigdy w życiu!

Pierwsza ważna książka?

Maja: Dużo było ważnych, pierwszej nie pamiętam. Na półce honorowe miejsce dla "Alchemika" Paolo Coehlo.

Pierwszy idol?

Maja: Whitney Houston (sportowy Paola Pezzo)

Pierwszy przyjaciel?

Maja: Moja mama.

Pierwsza randka?

Maja: W podstawówce - o ile to można nazwać randką. Zabawna i krępująca.

Pierwsze pieniądze?

Maja: 10zł od mamy za mycie samochodu.

Pierwszy sukces?

Maja: 2 miejsce w Amatorskich Mistrzostwach Polski w kolarstwie górskim (Family Cup) - jako młodziczka.

Pierwsza porażka?

Maja: Taka prawdziwa to juniorskie srebro na Mistrzostwach Świata MTB w Vail (200m do mety miałam złoto i pomyliłam trasęg)

Pierwsza łza?

Maja: W kołysce.

Za 10 lat chciałabym być

Maja: Mistrzynią Olimpijską i szczęśliwą żoną.

Najbardziej lubię jeść ...

Maja: Słodycze :

Trening sukcesu według mnie to....

Maja: Dobrze słuchać swojego organizmu.

Relaksuję się, kiedy...

Maja: Słucham spokojnej muzyki, np. Ani Dąbrowskiej, Smolika czy wrocławskiego Radia Ram

Wymarzona podróż to...

Maja: Indie, Tybet

Twój ulubiony film jest o...

Maja: Walce o marzenia i wierze we własne możliwości ("Za wszelką cenę" Clinta Eastwooda)

gdy mam Czas wolny to...

Maja: Jadę do domu :. Jeśli mam go mniej, to spotykam się z przyjaciółmi, idę do kina, czytam książkę lub surfuję po kolarskich stronach internetowych.

Nigdy nie zrobiłabym...

Maja: głupoty w miejscu publicznym (brak mi spontaniczności...).

Sport jest dla mnie...

Maja: Całym moim życiem.

Nie lubię, gdy ludzie ...

Maja: Oceniają innych po pozorach.

Co bardziej lubisz od czosnku?

Maja: Np. świeżą bułeczkę z masełkiem i z czosnkiem ;).

Smak dzieciństwa?

Maja: Pierogi ruskie mojej babci.

Największy kompromis w życiu?

Maja: Pozostanie w grupie CCC w 2002 roku.

Co bardziej lubisz od skoku ze spadochronem?

Maja: Skok ze spadochronem to jedno z moich marzeń. Nie skakałam, więc nie wiem czy lubię coś bardziej.

Moje motto na życie?

Maja: Cały czas go szukam. Ostatnio podoba mi się powiedzenie mojej przyjaciółki: "Rzeczy niemożliwe trzeba załatwiać od razu, na cuda trochę poczekać".

Najbardziej zabawna chwila w życiu?

Maja: Pewnie były zabawniejsze... Teraz przychodzi mi do głowy sytuacja związana z kolarstwem: Kiedyś na stacji benzynowej, gdy brałam fakturę na Polski Związek Kolarski Pan obsługujący kasę pyta mnie: "a zna Pani może Maję Włoszczowską?".

Jaka jesteś od dobrej i tej słabszej strony?

Maja: Od dobrej - zawsze chcę aby wszyscy byli zadowoleni i łatwo idę na ugody, od słabszej - w pewnym momencie mam tego dosyć i odreagowuję na jakiejś niewinnej osóbce (mój biedny braciszek...).

W jakiej epoce historycznej chciałabyś żyć i w jakiej roli?

Maja: Dobrze mi tu i teraz.

gdybyś była zwierzęciem lub rośliną, to jakim?

Maja: Pszczółką ;).

Z kobiecej odzieży najbardziej lubisz.........................., a z męskiej....................?

Maja: ...Z kobiecej koszule, a z męskiej... koszule.

Miasto, wieś, willa, dom, ranczo...?

Maja: Mieszkanie w mieście i domek w górach.

Jaki dystans w górach przejdziesz w ciągu jednego dnia z 30 kilogramowym plecakiem?

Maja: Wyzwanie na jesień...

Twój ulubiony stopień wojskowy?

Maja: Nie jestem fanką armii. Jeśli miałabym wybierać, to tylko i wyłącznie ze względu na walory "językowe" - fajnie brzmi "admirał".

Kiedy wstajesz lewą nogą, to...

Maja: Nie zauważam tego.

Kiedy wyłączasz telewizor, nie idąc jeszcze spać...?

Maja: Przede wszystkim rzadko jest włączony... Zdecydowanie wyłączam, gdy muszę się uczyć.

Co to będzie, kiedy pojedziesz na igrzyska olimpijskie? A co to będzie, jeśli nie pojedziesz?

Maja: Szansa na walkę o medal. Jeśli nie pojadę? Nie biorę takiej możliwości pod uwagę.

Czy sport to zawód?

Maja: Jak najbardziej. Zawód i pasja w jednym.

Kiedy ostatni raz tańczyłaś tango?

Maja: Oglądając "Taniec z gwiazdami"... Kurs tanga niestety dopiero przede mną ;).

Który z europejskich narodów lubisz najbardziej, a który najmniej?

Maja: Najbardziej - zdecydowanie Włosi (otwarci, przyjacielscy, podchodzący na luzie do życia), najmniej - Francuzi (nie potrafią zrozumieć, że ktoś nie mówi w ich języku).

W czasach dzieciństwa na swoim podwórku byłeś:
a) ciamajdą,
b) łobuzem,
c) przywódcą,
d) łamagą,
e) beksalalą,
f) mądralą,

Maja: Wszystko oprócz ciamajdy.

Jaki tatuaż sobie zrobisz w najbliższym czasie?

Maja: Nie zrobię.

Czy zgodziłabyś się, gdyby prywatna korporacja wynajęła Cię na firmową imprezę w celu pobicia rekordu świata - w domyśle za bardzo wysokie honorarium ?

Maja: W kolarstwie górskim nie ma rekordów do bicia. Ale gdyby była możliwość, to czemu nie? W końcu to mój zawód.

Jacy ludzie są fajni według Ciebie?

Maja: Pozytywnie nastawieni do życia i innych. Ideał to moja przyjaciółka Ola Jochymek.

Którzy trenerzy ( charakter, osobowość) są najtrudniejsi we współpracy?

Maja: Jak do tej pory trafiłam na samych dobrych. Najtrudniejszy jest chyba trener-rodzic.

Jaki zawód jest według Ciebie niegodny?

Maja: Nie ma zawodów niegodnych. No, może prostytutka.

Czego w sporcie nie lubisz?

Maja: Kontuzji, kryzysów na wyści...u i gdy rywalizacja przenosi się do życia codziennego. Na szczęście jest więcej rzeczy, które w sporcie lubię.

Którym z pojazdów chciałbyś sobie pojeździć?
a) traktorem,
b) deskorolką
c) strażą pożarną,
d) innym......

Maja: Strażą pożarną.

gdyby nie sport, to ...

Maja: Zostałabym analitykiem finansowym albo dziennikarką. Kto wie, może to jeszcze przede mną?

gdyby, nie mama, to...

Maja: Nie byłabym tym kim jestem.

Od taty wiesz, że...

Maja: trzeba korzystać z życia.

W życiu bardziej się wygrywa, czy przegrywa ?

Maja: Wygrywa, ale trzeba temu życiu trochę pomóc.

Czy znasz jakąś Kolędę, pieśń patriotyczną , kołysankę, przyśpiewkę lub hymn państwowy na pamięć?

Maja: Kolędy i hymn oczywiście.

Maja Włoszczowska - jeszcze raz o sobie

O mnie (10.04.2007)

Imię i nazwisko: Maja Włoszczowska
Pseudo: Pszczółka
Wzrost: 169 cm
Waga: 52-56kg (w zależności od okresu przygotowawczego)
Grupa Sportowa: HALLS Professional MTB Team,
Trener: Andrzej Piątek
Uczelnia: Politechnika Wrocławska, Wydział Podstawowych Problemów Techniki, kierunek: matematyka finansowa i ubezpieczeniowa
Poprzednie kluby: Śnieżka Karpacz, CCC Piechowice, CCC Polsat
Pierwszy trener: Zdzisław Szmit
Ulubiona trasa XC w Polsce: Szczawno Zdrój
Ulubiona trasa XC na świecie: Sierra Nevada
Sportowy idol: Gunn Rita-Dahle
Ulubiony film: "Za wszelką cenę" Clinta Eastwooda
Muzyka: spokojne rytmy, m.in. Ania Dąbrowska, Smolik,
Książka: "Kod Leonarda da Vinci" Dan Brown, wszystko Paulo Coehlo
Ulubiona potrawa: generalnie kuchnia włoska i zawsze czekolada z orzechami
Cel: złoty medal olimpijski
Moja zaleta: spytajcie moich przyjaciół :)
...i wada: niecierpliwość.

Od kiedy pamiętam sport był moim hobby. Tego bakcyla zaszczepiła we mnie moja mama, dla której wszelkie formy ruchu są nieodłącznym elementem życia. W czasach swojej edukacji uprawiała wszystkie dostępne dyscypliny sportu i oczywiście w każdej z nich była najlepsza :). Gdy pojawiły się dwa diabełki, czyli mój brat Michał i ja, nie miała innego wyjścia jak zabierać nas ze sobą na wszystkie sportowe eskapady. I tak, zimą jeździliśmy na nartach, a latem oczywiście na rowerkach. Nie zawsze byłam do tego chętna, ale nie było zmiłuj się - każdej niedzieli zdobywaliśmy nowe szczyty i penetrowaliśmy ścieżki okolicznych gór :). Wkrótce z niedzieli zrobiły się całe weekendy, potem też środy, czasem wtorki... Wreszcie, jeżdżąc całkiem regularnie, całą rodzinką postanowiliśmy wystartować w Amatorskich Mistrzostwach Polski Family Cup, które rozgrywały się w Karpaczu. W 1997 roku wygrałam te zawody (w swojej kategorii oczywiście :)), a razem z mamą stanęłyśmy na najwyższym stopniu podium w klasyfikacji rodzinnej. Wtedy podszedł do mnie trener klubu Śnieżka Karpacz - Zdzisław Szmit, wręczył mi koszulkę teamową i kazał przyjechać następnego dnia na trening. Na poważne trenowanie wcale nie miałam ochoty, ale za namową mamy oraz nauczycielki w-f z mojej szkoły - ówczesnej Mistrzyni Polski MTB Beaty Sałapy, postanowiłam spróbować. Jak sami widzicie... opłaciło się :).

Od tamtej pory wszystko zaczęło kręcić się samo, ja musiałam tylko kręcić pedałami. W klubie mieliśmy fantastyczną ekipę, więc trenowanie i startowanie w wyścigach było dla mnie czystą przyjemnością. Szybko zaczęłam wygrywać poważne zawody i w 1999 roku jako juniorka młodsza zdobyłam dwie koszulki Mistrza Polski (MTB i szosowego "górala"). W międzyczasie zmieniłam barwy klubowe na PTS CCC Piechowice, gdzie naszym szkoleniowcem został były kolarz szosowy Dariusz Bigos. Do nowego klubu przeszedł praktycznie cały skład "Śnieżki", więc tak naprawdę nic się nie zmieniło :).

Moje pierwsze wielkie sukcesy przyszły w 2000 roku, gdy trafiłam do kadry narodowej i ćwicząc pod okiem trenera Andrzeja Piątka zdobyłam srebrny medal na Mistrzostwach Świata w Sierra Nevada. Od tamtej pory mój stosunek do sportu zmienił się diametralnie. Zaczęłam na niego patrzeć jak na sposób na życie, a nie tylko zwykłe hobby. Wtedy powstała Zawodowa Grupa Kolarska MTB LOTTO PZU S.A., jednak nie byłam jeszcze gotowa, aby wstąpić w jej szeregi. Bałam się, że zbyt mocno ucierpi na tym moja edukacja, która w owym czasie była ciągle ważniejsza od kolarstwa. Mimo iż zostałam na swoim podwórku to kolejny sezon potraktowałam bardzo ambitnie. Miałam jeden cel - wygrać Mistrzostwa Świata. Droga prowadząca ku niemu była dla mnie bardzo trudna i obfita w różne nieprzewidziane przeszkody. Ostatnia z nich to płotek, na którym zatrzymałam się na sto metrów przed metą wyścigu o Mistrzostwo Świata juniorek... Zdobyłam srebrny medal i była to największa... porażka mojego życia. Na szczęście szybko się z niej otrząsnęłam i dwa tygodnie później do swojego worka medali dorzuciłam brąz na światowym czempionacie na szosie. Po tych sukcesach byłam przekonana, że moje miejsce jest w grupie trenera Andrzeja Piątka, jednak z różnych powodów znów do niej nie trafiłam...

W 2002 roku jeździłam w barwach Zawodowej Grupy CCC Polsat. To był mój pierwszy sezon w kategorii elite i niestety nie należał do udanych. Ale na pewno nie był stracony. Kilka błędów i ciągle powracające choroby sprawiły, że mogłam więcej uwagi poświęcić zbliżającej się maturze i egzaminom na studia. Na tym naukowym polu nieskromnie przyznam, że poszło mi całkiem nieźle :). Bezboleśnie zdałam maturę i dostałam się na jeden z najbardziej obleganych kierunków Politechniki Wrocławskiej - matematykę (stosowaną) na Wydziale Podstawowych Problemów Techniki! Studia bardzo mi się spodobały i nawet byłam bliska odstawienia roweru na boczny tor. Wtedy jednak znów pojawił się trener Andrzej Piątek i dostałam trzecią szansę na to aby trafić do najlepszej polskiej grupy MTB. Tej szansy już nie zmarnowałam.

Wielkie sukcesy w nowej ekipie przyszły bardzo szybko. W 2003 roku zostałam pierwszą (historyczną!) Mistrzynią Świata w maratonie rowerowym, a rok później stanęłam na drugim stopniu podium Mistrzostw Europy oraz Mistrzostw Świata tuż za niesamowitą norweżką Gunn Ritą Dahle. Sukcesy te powtórzyłam w 2005 roku i już się zaczęłam przyzwyczajać do tych medali, w związku z czym w minionym sezonie...ich nie zdobyłam. Otarłam się o podium Mistrzostw Świata zajmując najgorsze dla sportowca, czwarte miejsce. Były jednak inne sukcesy, jak brąz w wyścigu drużynowym czy podwójne Mistrzostwo Polski na szosie, które mobilizują mnie do dalszej pracy i dają wiarę w to, że "złote lata" mojej sportowej kariery są ciągle przede mną. Nie będą już mi towarzyszyły żółte barwy Totalizatora Sportowego, z którym po 2006 roku zakończyliśmy współpracę, za którą wszyscy jesteśmy bardzo wdzięczni. Nową historię MTB będziemy tworzyli z marką HALLS, która mam nadzieję pomoże nam zajść na sam szczyt - czyli podium Igrzysk Olimpijskich. Nowy sponsor jak dotąd wywarł na mnie olbrzymie wrażenie, przede wszystkim zaangażowaniem i energią z jaką podchodzi do swojej ekipy. Wierzę, że razem uda nam się zrealizować każdy zamierzony cel.

Kolarstwo jest moją olbrzymią pasją, bez której nie wyobrażam sobie swojego życia. Dlatego z całym sercem podchodzę do każdego treningu. Jednak nawet najcięższa moja praca nie przyniosłaby mi sukcesów gdyby nie pomoc sponsorów, całej ekipy z trenerem Andrzejem Piątkiem na czele i bliskich mi osob - zwłaszcza mojej mamy i brata oraz przyjaciół, wspierających mnie w trudnych chwilach. Wiele zawdzięczam także kibicom, dzięki którym wiem, że nie jeżdżę w kółko tylko dla własnej satysfakcji i moje sukcesy sprawiają przyjemność także innym. Wam wszystkim gorąco dziękuję i obiecuję dać z siebie wszystko by spełnić nasze wspólne sportowe marzenia.

Poza sportem dużą wagę w swoim życiu zawsze przywiązywałam do nauki. Od szkoły podstawowej moimi ulubionymi przedmiotami były w-f i matematyka. Dlatego po maturze zdecydowałam się rozpocząć studia na Wydziale Podstawowych Problemów Techniki Politechniki Wrocławskiej. Moją specjalnością jest matematyka finansowa i ubezpieczeniowa po której mogę zostać tzw. specjalistą od wyceny ryzyka, bądź zdać np. egzamin na doradcę inwestycyjnego albo aktuariusza. Jest to bardzo prężny kierunek, po którym żaden absolwent nie powinien mieć problemu ze znalezieniem pracy (już teraz dostaję średnio dwa razy w miesiącu ogłoszenia z dużych polskich i zagranicznych firm chcących zatrudnić studentów naszej specjalności). Ale te studia to dla mnie nie tylko zapewnienie sobie „furtki” na wypadek gdyby w sporcie coś mi nie wyszło (kontuzja itp.), to jakby drugie życie, które pomaga mi się rozwijać i poszerzać horyzonty. Na Politechnice poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi – zarówno wśród studentów jak i pośród kadry naukowej. Mimo iż w tej chwili raczej jestem pewna iż w swoim zawodzie pracować nie będę to w żadnym razie nie żałuję swojego wyboru i mam nadzieję, że mimo iż moje studia dobiegają już końca to kontakt ze „środowiskiem matematyków” będę miała jeszcze przez długi okres.

Maja Włoszczowska - mix o sobie

Maja Mix
... była sparaliżowana
Maja Włoszczowska

Majka Włoszczowska, srebrna medalistka mistrzostw świata uważana za jedną z najładniejszych polskich sportsmenek.

Co do błota, to wszyscy mówią, że mam przechlapane, ciągle w tym błocie. A ja to lubię, bo to takie hardcorowe, jest to też pokonywanie własnych barier - mówi Maja.

Kocha błotko! ... nadal czeka na złoto olimpijskie.....Moja mama była zawsze nastawiona do życia "pro sportowo". Kolarstwo to piękny sport. Pierwsze zawody? Pojechałam i wygrywałam. ...... Po drodze między startami zdałam maturę prawie na samych piątkach....Lubię kolarstwo ..... nie muszę przez cztery godziny pływać w basenie i oglądać kafelków. .... tylko jadę do lasu, mam kontakt z naturą, oglądam zwierzątka, łykam świeże powietrze. Mój sport doskonale kształtuje sylwetkę, jest idealny do gubienia tłuszczu. Wszyscy się dziwią, że jestem taka smukła i szczupła, według wielu powinnam wyglądać jak wielka herod-baba :). Dzięki kolarstwu górskiemu mięśnie robią się bardziej smukłe, a sylwetka jest niemal doskonała. Na rowerze można robić całe eskapady, zjeździłam niemal całą Francję. Kiedyś nawet potrącił mnie samochód, ale to był starszy Pan.

Mnie osobiście kolarstwo górskie kojarzy się z błotem, siniakami, odrapaniami i upadkami. I jakoś nie mogę dopasować do tej wizji młodej ładnej dziewczyny. Gdybym pokazała kolana, to faktycznie mam na nich trochę blizn, ale mój sport jest dla t w a r d z i e l i ...... a ja uwielbiam wyzwania. Rower na którym jeżdżę kosztuje około 30 tysięcy złotych. Trudno zresztą to określić, bo kupujemy rowery na części, a potem skręcamy do kupy. Chłopaków? Czasami trochę odjeżdżam. Często podczas treningów uczepia mnie się na kole jakiś amator, który stara się udowodnić, że jest lepszy. Wygrać z wicemistrzynią świata to dla niego rarytas. Choć ja uważam siebie za stuprocentowego sportowca, a często mówi się tak - ładna dziewczyna, a przy okazji uprawia sport. Czasami oczywiście pojawiają się propozycje matrymonialne. To miłe, jednak odrzucam je, bo zabrakłoby mi czasu na trening.

Rywalki z którymi się ścigałam w Atenach były oswojone z atmosferą olimpiady, a ja tydzień przed imprezą panicznie się stresowałam. Był płacz, totalna panika. W samych Atenach byłam po prostu sparaliżowana.

Na lotnisku przed wylotem dziennikarz powiedział mi, że na razie trwa kiepska passa naszych sportowców - same czwarte, piąte miejsca i spytał: Czy Pani to w końcu przełamie? Gość mnie rozwalił - czwarte, piąte miejsce, złe? Poczułam nagle ogromną presje. Ale .. nie udało się. Mam więc jeszcze sporo czasu przed sobą, z roku na rok cały czas idę do przodu. Kolarstwo to koszmarny wysiłek, w dodatku cały czas trzeba walczyć o pozycje.

Studiuje matematykę finansową, a konkretniej zajmuję się liczeniem i oceną ryzyka w bankowości i ubezpieczeniach. Jednak nie widzę się w przyszłości, gdzieś na zapleczu banku, raczej chciałabym być blisko sportu. Mój wykładowca od procesów stochastycznych nauczył nas jednego: nie ma zdarzeń niemożliwych. Jednak ja myśli, że nie zdobędę medalu nie dopuszczam do siebie. Jeśli nie w Pekinie, to może w Londynie.

Uprawianie sportu to nie tylko ciężkie treningi, zawody i wyrzeczenia, które są nagradzane zwycięstwami. To także podróże będące nieodłącznym elementem życia każdego sportowca.

Co prawda nasze podróże często ograniczają się do lotniska, hotelu i trasy wyścigu, to jednak z każdego wyjazdu udaje się coś uszczknąć. Dzięki kolarstwu odwiedziłam mnóstwo wspaniałych miejsc, przede wszystkim w Europie, gdyż to ona jest kolebką kolarstwa górskiego.

Kocham podróże dla samego podróżowania. Po mamie odziedziczyłam uwielbienie do życia w ciągłym ruchu i nie potrafię usiedzieć długo na jednym miejscu. Zza kierownicy mojej dwukołowej maszyny odwiedzam naprawdę piękne i fascynujące miejsca. W październiku br. byłam na pierwsze od 4 lat prawdziwe wakacje :) na Teneryfę (przy okazji zrobiłam rekonesans przed przyszłorocznym zgrupowaniem na tej wyspie). Było wspaniale.

Maja Włoszczowska (ur. 9 listopada 1983r.) studentka matematyki, według wielu znawców kolarstwa najbardziej utalentowana zawodniczka MTB w Polsce. Historyczna, pierwsza mistrzyni świata w maratonie rowerowym MTB (2003), wicemistrzyni świata MTB juniorek (2000), mistrzyni Europy MTB juniorek (2001), wicemistrzyni Europy (2004, 2005) i świata MTB (2004, 2005), szósta zawodniczka igrzysk olimpijskich w Atenach 2004. Jest profesjonalistką w każdym calu. Jej ulubione kolory to żółty i niebieski. Uwielbia czekoladę z orzechami. Nie lubi polityki. Mieszka we Wrocławiu gdzie studiuje matematykę na Politechnice Wrocławskiej, Wydział Podstawowych Problemów Techniki.

Maja Włoszczowska - sylwetka i wymiary

Maja Włoszczowska

Wzrost: 169 cm
Waga: prawidłowa (52 kg - 56 kg zależnie od okresu przygotowań)
Kolarstwo uprawia: od 1996 roku
Pierwszy trener: Zdzisław Szmit
Klub: LOTTO-PZU S.A.
Poprzednie kluby: Śnieżka Karpacz, CCC MAT Giant Piechowice, CCC POLSAT

Ulubione trasy XC:
Polska - Polanica Zdrój
Świat - Sierra Nevada, Hiszpania

31 sierpnia 2003 roku w Lugano po raz pierwszy zagrano Mazurka Dąbrowskiego po wyścigu elity w kolarskich mistrzostwach świata. Historyczną, pierwszą tęczową koszulkę założyła wtedy Maja Włoszczowska.

Na liczącą 78 km trasę maratonu kobiety wyruszyły razem z mężczyznami. Włoszczowska nie od razu zorientowała się, że jest liderką. Na trasie było mnóstwo kibiców i kiedy zaczęli do mnie krzyczeć: "Erste Frau, erste Frau" uświadomiłam sobie, że prowadzę. Uwierzyłam po 48. kilometrze, że mogę wygrać, gdy minęłam najtrudniejsze wzniesienie. Do mety zostało 30 km, ale raczej po płaskim. Do końca jednak nie wiedziałam, jaka jest sytuacja, gdzie są rywalki, i mocno się denerwowałam. Nie wiedziałam też, że druga jedzie Magda Sadłecka - opowiadała Włoszczowska.

Na mecie miała przewagę blisko 5 minut nad Sadłecką. Brązowa medalistka, Niemka Sandra Klose straciła do Mai prawie 10 minut. Włoszczowska była bardzo zaskoczona zwycięstwem, bo - jak przyznała - po prostu bała się tego startu. Praktycznie nie znała trasy (oglądała ją tylko na mapie) i obawiała się, że nie wytrzyma kondycyjnie tak długiego dystansu. Zwycięstwo jest dla mnie niespodziewane z dwóch powodów. Po pierwsze, z niechęcią podchodziłam do tej konkurencji, bo rzadko jeżdżę maratony, a po drugie, w tym tygodniu ja i Magda byłyśmy lekko przeziębione - mówiła krótko po zwycięstwie.

Maja Włoszczowska długo zastanawiała się co wybrać: kolarstwo górskie czy szosowe, do którego ma równie wielki talent. Zaczęła od górskiego. W 1996 roku rozpoczęła treningi w Śnieżce Karpacz pod okiem Zdzisława Szmita. Po czterech latach została wicemistrzynią świata juniorek.

Jeszcze lepszy okazał się sezon 2001, gdy zdobyła trzy medale, wciąż w kategorii juniorek. Rozpoczęła od złota w mistrzostwach Europy. Potem w amerykańskim Vail zanosiło się na złoty medal mistrzostw świata, ale musiała się zadowolić srebrnym, bo pomyliła trasę kilkaset metrów przed metą. Na zakończenie sezonu, w październiku, pojechała na światowy czempionat szosowców do Lizbony. I znów wypadła świetnie, najlepiej z całej licznej polskiej reprezentacji. Zdobyła brąz.

O sezonie 2002 Maja może jak najszybciej zapomnieć. Stanęła w miejscu, podobno przechodziły jej przez głowę myśli o zakończeniu kariery. W roku 2003 karta znów się odwróciła. Już jako seniorka wygrała Grand Prix MTB w Głuchołazach, w Kielcach była druga w mistrzostwach Polski (za Anną Szafraniec), a w niemieckim Sankt Wendel - czwarta w zawodach Pucharu Świata. Wreszcie w Lugano została mistrzynią świata elity w maratonie MTB. Kilka dni później w wyścigu cross country, właśnie tym, który miał decydować w dużym stopniu czy do Aten pojadą dwie czy trzy Polki, Włoszczowska zajęła siódme miejsce.

W zawodach przedolimpijskich w Atenach, które odbyły się w połowie maja, Włoszczowska była czwarta. Lepiej pojechała Sadłecka, zajmując drugie miejsce i przegrywając tylko z najlepszą zawodniczką na świecie w tym sezonie Norweżką Gunn-Ritą Dahle. Włoszczowska była też druga, a Anna Szafraniec trzecia w zawodach Pucharu Świata w austriackim Schladming.

To był najtrudniejszy wyścig w moim życiu - powiedziała po wyścigu podczas igrzysk olimpijskich w Atenach, w którym była szósta. Niezwykle trudna trasa i panujący w Atenach upał sprawiły, że to był najtrudniejszy wyścig w życiu. Polewałam się co chwila wodą, ale to nie pomagało. Nigdy wcześniej nie jechałam w takich zawodach. Jestem potwornie zmęczona.

W niektórych miejscach słońce tak bardzo parzyło w twarz, że bałam się, że dostanę udaru. Nic nie pomagało. Upał był po prostu niewiarygodny. Jednak to nie zaważyło na wynikach, bo warunki były identyczne dla wszystkich - dodała.

Od początku wyścigu jechałam na piątym, szóstym miejscu - mówiła o rywalizacji na trasie. - Na ostatniej pętli próbowałam gonić ze wszystkich sił wyprzedzającą mnie Holenderkę, ale nie dałam rady. Jestem zadowolona z szóstego miejsca, bo wiem, że dałam z siebie wszystko i na więcej mnie dziś stać nie było. Rywalki były lepsze.

Maja podkreśliła, że w ostatnim czasie ona i koleżanki z reprezentacji zrobiły duże postępy. Dwa lata temu olimpiada była tylko w strefie marzeń. Ostatnio notujemy stały progres. Nasze dobre wyniki nie są przypadkowe. Dlatego trzeba się cieszyć z rezultatów na igrzyskach. Przygotowane byłyśmy optymalne, pojechałyśmy na tyle, na ile potrafimy - uważa niespełna 21-letnia Włoszczowska.

O olimpijskiej trasie powiedziała: Była bardzo sucha, niemal piaszczysta. Na zakrętach "podcinało" koła i wiele dziewczyn miało z tym problemy. Cały czas trzeba było w związku z tym mocno trzymać kierownicę, dobrze panować nad rowerem. Jednak chyba najwięcej kłopotów sprawiły wszystkim słońce i temperatura.

Według niej Norweżka Gunn-Rita Dahle, które wygrała wyścig, jest w tej chwili bezkonkurencyjna na świecie. W każdych zawodach potwierdza, że jest najlepsza. Wygrywa co się da. Jednak ma już 31 lat i mam nadzieję, że większych postępów nie zrobi. A my będziemy szły do przodu, będziemy się rozwijać. Mam nadzieję, że już za cztery lata w Pekinie ją pokonam - powiedziała i dodała, że marzy o tym, by się jak najszybciej wykąpać i położyć się spać. Ledwo stoję na nogach - zakończyła.

Włoszczowska twierdzi, że jej największą zaletą jest odwaga, a wadą - niecierpliwość. Za sportowy wzór do naśladowania uważa chodziarza Roberta Korzeniowskiego. Jej ulubioną potrawą jest łosoś z grilla z gotowanymi warzywami. Słucha różnej muzyki, a jej ulubioną piosenkarką jest Tina Turner.

Najważniejsze osiągnięcia:

  • Rok 2003
    - 1 m. Mistrzostwa świata w maratonie w Lugano
    - 3 m. Ranking UCI za rok 2003
    - 2 m. Ranking PZKol za rok 2003
    - 1 m. Kolarka roku 2003 wg mediów w Polsce
    - 2 m. MP w wyścigu indyw. seniorek i orliczek
    - 2 m. Puchar Polski
    - 2 m. Skoda Auto Grand Prix MTB
    - 4 m. Puchar Świata w Niemczech
    - 6 m. Mistrzostwa Europy w Grazu
    - 7 m. Wyścig cross country na MŚ w Lugano
    - 8 m. Puchar Świata Szkocja
    - 9 m. Puchar Świata w Austrii
    - 8 m. Klasyfikacja generalna Pucharu Świata

Rok 2004
- 3 m. Vuelta a Catalana
- 2 m. SkodaAuto GP MTB - Głuchołazy
- 3 m. SkodaAuto GP MTB - Polanica
- 4 m. Rekonesans olimpijski - Ateny
- 2 m. Puchar Czech
- 2 m. Puchar Świata Schladming - Austria
- 1 m. SkodaAuto GP MTB - Bukowina Tatrzańska
- 2 m. Mistrzostwa Europy w Wałbrzychu
- 6 m. Igrzyska Olimpijskie - Ateny

2008-08-23
2010-10-19

wtorek, 1 lipca 2008

Wywiad z Jego Ekscelencją Kaczyńskim (1-VII-2008)


Jest przeciw temu, co sam wynegocjował w czerwcu 2007 i dlatego nie ratyfikuje traktatu, co może być teoretyczną przesłanką do zdjęcia go z urzędu.

wywiad dla Dziennika (1-VII-2008)

a po lewej w koszuli wakacyjnej :)




wtorek 1-VII-2008 12GW


Prezydent: Traktat jest martwy. Nie podpiszę go fot. Igor Morye

Prezydent Lech Kaczyński w wywiadzie dla DZIENNIKA po raz pierwszy mówi, że na razie nie podpisze traktatu lizbońskiego. "Sprawa traktatu jest bezprzedmiotowa" - tłumaczy. I uznaje za niepoważne argumenty, że bez tego dokumentu Unia nie może dalej istnieć. "Traktatu nie ma, ale Unia jest" - mówi DZIENNIKOWI prezydent.

czytaj dalej...
REKLAMA

Co prezydent ma do powiedzenia tym, którzy szybkie zakończenie procesu ratyfikacji traktują jako sygnał niezbędny dla partnerów w Unii Europejskiej? "W Europie politykę uprawia się za pomocą rozmów, często telefonicznych, a nie sygnałów" - mówi.

Kiedy prezydent byłby skłonny zmienić zdanie i złożyć podpis pod traktatem? Lech Kaczyński wyraźnie daje do zrozumienia, że dopiero wówczas, gdy zmieni się stanowisko Irlandii. Ale musi to być decyzja suwerenna, a nie podjęta pod naciskiem innych członków UE. "Jeżeli zasada jednomyślności raz zostanie złamana, to już jej nie będzie nigdy" - mówi. Dodaje, że Polska jest „za słaba, by móc przyjąć tego rodzaju rozwiązania”. I podkreśla: "Traktatu nie ma, ale Unia jest".

Lech Kaczyński przypomina, że identyczny sposób myślenia jak dzisiaj, był po odrzuceniu we Francji i w Holandii traktatu konstytucyjnego. "Unia działała, działa i dalej będzie działać. Oczywiście, nie jest idealna, ale struktura o tym stopniu skomplikowania nie może być idealna" - mówi Lech Kaczyński.

Piotr Gursztyn, Mikołaj Wójcik: Historia prawdziwa Lecha Wałęsy. Ten temat zdominował ostatnie debaty. Czytał pan już książkę?
Lech Kaczyński: Nie, dostałem ją dopiero niedawno. Przyznam nawet, że nie jestem jej szczególnie ciekaw. Mam odpowiednią wiedzę o przeszłości Lecha Wałęsy. Zdarzenia początku lat 70. dlatego mają znaczenie, że odegrały kluczową rolę w pierwszej połowie lat 90. i w znacznym stopniu zaciążyły na jego prezydenturze. To jest moja teza od wielu lat. Od chwili, kiedy w mieszkaniu państwa Wałęsów zobaczyłem jesienią 1990 r. pewną osobę niewidzianą od lat.

A to był Mieczysław Wachowski.
Tak. Chociaż nie doceniłem późniejszej roli Wachowskiego, nie miałem wątpliwości, co się zaczyna dziać. Nie przypuszczałem jednak, że Wałęsa, który wtedy miał instynktowną umiejętność gry na różnych fortepianach, będzie korzystał tylko z tego jednego. A okazało się, że to główny fortepian i pierwsze skrzypce naraz. I do dziś nie mogę zrozumieć, jak ktoś mógł tego nie widzieć. Lech Wałęsa został prezydentem pod hasłami dokończenia solidarnościowej rewolucji, rozumianej w pewnym wymiarze społecznym. Tak, by w walce o własność szeroko rozumiana nomenklatura nie miała przewagi nad resztą społeczeństwa. Został wybrany, żeby zbudować państwo, które nie jest po prostu nadbudową nad PRL. Wygrał wybory, po czym natychmiast zmienił kurs. I to najgorsza część nomenklatury, esbecka, stała się jego bazą.

Autorzy książki dowodzą, że Wałęsa urywa się SB w latach 70. W latach 80. jest niepodatny na jej naciski. I nagle w latach 90. znów do tego wraca.
O tym co było w latach 80., nie wiem wszystkiego, choć niewątpliwie wtedy Lech Wałęsa był przywódcą ogólnonarodowej walki. Nie będę się więc wypowiadał. Wiem, co było wcześniej i później. Moim zdaniem wykorzystano i umacniano w nim przekonanie, że jeśli się przeciwstawi tym siłom, to one go skompromitują. Z drugiej strony sugerowano mu, że jeśli przymknie oczy, to będzie rządził Polską bez przeszkód przez wiele lat. To na pewno nie była jedna rozmowa. Osiągnięto to małymi krokami.

Dlaczego po 1991 r. w Kancelarii Prezydenta, poza zmarłym już Andrzejem Zakrzewskim, nie było nikogo spoza służb i wojska?
Bo takimi ludźmi najłatwiej się steruje. To bardzo prosty mechanizm. Oczywiście, było to w dużym stopniu chaotyczne, bez wielkiego planu, który w okresie rozpadu systemu moim zdaniem nie istniał. Ale dawało efekty.

Jak to ktoś przeczyta, to zaraz krzyknie: to czemu Kaczyńscy popierali Wałęsę w 1990 r.?
Bo wówczas stał na czele tej części społeczeństwa, która chciała radykalnych zmian i trudno było przewidzieć, że wydarzenia z początku lat 70. wpłyną w takim stopniu na jego postawę. Że ja coś o Wałęsie wiedziałem? Tak, od niego samego! Wiedziałem, że coś jest z nim nie w porządku. Nie wiedziałem jednak, że był "Bolkiem". Nie zdawałem sobie także sprawy, że dokona takiego zwrotu. Potem szybko mój brat się zorientował, jak jest naprawdę. Ale trwała walka polityczna i trzeba było przetrwać do wyborów parlamentarnych. 30 października rozstaliśmy się.

A pan kiedy się dowiedział o Wałęsie?
Gdy w 1981 r. Andrzej Kołodziej roznosił taką wiadomość, to absolutnie w to nie wierzyłem, choć byłem przeciwnikiem Wałęsy. On sam mi potem coś sugerował. Znałem Wałęsę od 1978 r., ale w tamtym okresie trzymałem raczej z grupą Andrzeja Gwiazdy. Trwałem przy nich prawie jak Charłamp przy Radziwille, jednak z czasem nasze relacje osłabły. W 1982 r., gdy Wałęsa wyszedł z internowania, ja też zostałem uwolniony. Wtedy jeden z kolegów, Jerzy Trzciński, przyprowadził mnie do Wałęsy, który zaproponował mi bliską współpracę. Trwała ona osiem lat.

To wtedy była ta "wódka z gwinta"?
Zdarzały się sytuacje, gdy wyciągał butelkę czystej, a mi - jako inteligentowi - proponował brandy. Czasy były ciężkie. W takich sytuacjach Wałęsa mi opowiadał o sobie dużo ciekawych rzeczy. Wspominał, że w roku 1970 był głupi, chociaż wcześniej zachowywał się mądrze. Nie zdradzał jednak szczegółów owej głupoty.

Książki pan nie czytał. Ale jak ocenia pan prezydent debatę wokół niej?
Ona ma dwie płaszczyzny. Gdyby prezydentura Wałęsy inaczej się potoczyła, to tamten incydent sprzed wielu lat, błąd, grzech, nie miałby żadnego znaczenia. Ale stało się inaczej. Wałęsa jako autorytet dla grupy, która go broni, jest niezwykle istotny. Dobry jako ikona i dowód na to, że autorytet to jest rola społeczna. Dla środowiska, któremu moralnie można by wiele zarzucić, tego rodzaju sytuacja jest niezmiernie wygodna. Proszę zwrócić uwagę, że ci sami ludzie, którzy dziś uchodzą za największych obrońców autorytetu Wałęsy, w czasie jego prezydentury krytykowali go, a czasem wręcz wyśmiewali. I wreszcie musi paść pytanie o status prawdy w Polsce. Czy jeżeli ktoś pełni rolę społeczną autorytetu, to nie można o nim napisać prawdy? Czy odwrotnie, jeśli ktoś nie ma takiej pozycji, to można o nim pisać nieprawdę? To elementarny spór moralny.

Ten podział w sprawie Wałęsy przebiega jednak niemal identycznie jak podział polityczny. Niewielu jest ludzi takich jak Andrzej Czuma, którzy się z niego wyłamują.
Bo obecny rząd wygrał wybory dlatego, że się związał z establishmentem. Dawny program Jana Rokity - szarpnięcia cugli, oczyszczenia państwa - był niejednokrotnie bardziej radykalnie antyestablishmentowy od programu PiS. A na czym polegała polityka PO w latach 2005 - 2007? Na wiązaniu się z tą grupą. Więc jeśli dziś ma tam bazę, przecież nie będzie z tego rezygnować. Tym bardziej że w tych kręgach olbrzymią rolę grają osobiste ambicje.

To tam generowany jest pogląd, że publikacja powstała na zamówienie obozu politycznego związanego z PiS?
To jest nieprawda. Powstała na zamówienie ludzi IPN, których albo nie znam, albo znam bardzo mało. Moja opinia na temat pana Sławomira Cenckiewicza jest dość krytyczna, choć osobiście wcale go nie znam. Wydaje się bardzo radykalny. Pana Gontarczyka też nie znam. IPN nabrał pewnej dynamiki, co jest zasługą prezesa Janusza Kurtyki. Nie ma tu żadnego naciskania. To dynamika własna, nawet z pewną niechęcią do polityków. I olbrzymią podejrzliwością tych 30-letnich historyków wobec ludzi mojego pokolenia, co mi się nie podoba.

Ale może panu przypaść rola obrońcy IPN.
To będę go wtedy bronił. Na razie jeszcze nie widzę powodów. Widzę tylko, że to być może ostatnia szansa w Polsce na walkę o elementarną zasadę: o prawdę. To prawo ludzi, którzy żyją w demokracji. Oni mogą uznać, że to nie miało żadnego znaczenia. Ja sądzę inaczej. Jeżeli czegoś nie rozumiałem, to do momentu, kiedy byłem ministrem stanu w Kancelarii Prezydenta. Po tym, co tam przeszedłem, rozumiałem już bardzo wiele.

Minął półmetek pańskiej prezydentury. Jak samopoczucie, panie prezydencie?
Dziękuję, dobrze. Zdaję sobie sprawę, jaką ocenę mi się wystawia, ale mam też swoją własną. Oczywiście, nie jest celująca, ale wydaje mi się, że w tych sprawach, na których mi zależało, to cele zostały zrealizowane.

To co się udało?
Mówię o pewnej reformie polskiej polityki zagranicznej, o likwidacji WSI. O dbaniu, by nie dochodziło do konfliktu społecznego. To bardzo długo mi się udawało - ja i moja kancelaria braliśmy w tym bezpośredni udział. Aż do protestu pielęgniarek, który miał czysto polityczne podłoże, panował spokój społeczny. Mówię o wspieraniu ekspansji polskiego kapitału, na ogół rządowego, bo inny na tę skalę w Polsce nie istnieje. Tu mam na myśli np. Możejki. W 2006 r. udało mi się doprowadzić do zmiany premiera, który wówczas na tym stanowisku moim zdaniem nie sprawdzał się. Zdołałem też doprowadzić do wymiany dwóch ministrów, którzy okazali się niewłaściwymi ludźmi na niewłaściwym miejscu. Niewątpliwym błędem był Janusz Kaczmarek.

Ale były też drobne lapsusy, typu "małpa w czerwonym".
Chodziło o osobę, którą kiedyś znałem i lubiłem, ale potem zachowała się bardzo nielojalnie. Może również niepotrzebnie oceniałem moją, skądinąd niezwykle cenioną koleżankę z roku, panią sędzię Małgorzatę Mojkowską. Były też takie sprawy, jak torebka mojej żony, odwrócona flaga, sprawa Huberta H. czy ostatnio karetki, która przecież nigdy nigdzie nie stacjonowała. Wszystkie takie drobne sprawy są nieproporcjonalnie nagłaśniane przeciwko mnie. Takich przykładów jest zresztą więcej. Do tego dochodzi nieustanna krytyka wobec ludzi, którzy ze mną współpracują. A nie byłoby reformy polityki zagranicznej bez twardego charakteru oraz inteligencji i lojalności Anny Fotygi. Ona pierwsza potrafiła mocno nadkruszyć tzw. "gmach". Moja kancelaria funkcjonuje dobrze, co przejawia się większą ilością projektów ustaw, inicjatyw, wyjazdów. Bez inteligencji, zręczności w nawiązywaniu kontaktów i zjednywaniu ludzi przez Małgorzatę Bochenek, bez Michała Kamińskiego, Macieja Łopińskiego, Ewy Ziomeckiej i wielu innych moich współpracowników nie byłoby to możliwe.

Jakość "opakowania" też jest ważna. Jest problem z pańskim wizerunkiem.
Tylko jaki mogę mieć wpływ na to, że na mój temat pojawia się ciągle mnóstwo nieprawdziwych informacji? Proszę postawić się w mojej sytuacji. Co mogę zrobić, gdy pojawiają się informacje, że nadużywam alkoholu, że mam poważne kłopoty ze zdrowiem, że osobiście angażuję się w działania przeciwko jakiemuś bezdomnemu? Pewne fakty są wymyślane, innym nadaje się wielką rangę, mimo że są drobne i nieistotne. Media mają olbrzymią siłę: siłę nadawania sensu. Ze zdarzenia bez znaczenia można zrobić olbrzymią aferę. Tak samo ze zdarzeniem nieprawdziwym. Nic nie wiedziałem o Hubercie H. Co więcej pani prokurator apelacyjna też nic nie wiedziała. To była sprawa na szczeblu prokuratury rejonowej. Domyślam się, że była to osoba pod wpływem alkoholu, z którą policjanci nie mogli dać sobie rady, naubliżała także braciom Kaczyńskim i dzięki temu mieli lepszą podstawę, aby ją zatrzymać. Taki był mechanizm tej sprawy.

Pana przeciwnicy rozumieją tę zasadę. I z niej korzystają.
Ale jaki mam wpływ na to, że przez kilkanaście dni mówi się nieprawdę? Oczywiście, jestem osobą bardzo niewygodną z punktu widzenia pewnego układu sił, establishmentu, który ukształtował się w pierwszej połowie lat 90. Krytycznie odnosiłem się do ówczesnej rzeczywistości. Szczególnie z pozycji prezesa NIK. Tacy jak ja wywołali poczucie zagrożenia. Ponad miarę, bo moja działalność na stanowisku ministra sprawiedliwości była walką tylko z kryminalną przestępczością. Ale ja sam nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak niewiele dzieli zorganizowaną przestępczość od świata biznesu i pewnej części świata polityki. Ta wiedza przychodziła z czasem. Na przykład o tym, że biznesmen, który jest znajomym premierów, potrafi siedzieć przy jednym stole z zawodowym mordercą i omawiać sprawę zabójstwa szefa policji. Tak było. I jestem przekonany, że "Dramat w trzech aktach" i temu podobne bzdury były związane z poczuciem zagrożenia tych, którzy sądzili, że ja wiem więcej, niż rzeczywiście wiedziałem.

"Dramat w trzech aktach" wówczas obu panom zbytnio nie zaszkodził.
Nasze notowania w sondażach spadły wtedy do 6 proc.

Dziś też są bezlitosne.
W życiu miałem różne sondaże. Gdy byłem prezydentem Warszawy, zarzucono mi, że dołączywszy PIT do oświadczenia majątkowego, nie wpisałem jako dochodu dodatkowego, tak jak 85 proc. innych prezydentów miast, swojej gaży poselskiej, o której wszyscy zresztą wiedzieli. To był mój podstawowy i jedyny dochód, więc nie uznałem go za dodatkowy. Była wtedy parotygodniowa akcja z panem Sławomirem Jeneralskim na czele, który wówczas okazał się wysoce obiektywnym dziennikarzem. Moje notowania spadły wówczas do poziomu gorszego niż obecne. To było latem 2003 r. Co było 2 lata później, jesienią 2005, to sami panowie pamiętacie. Trudno więc przewidzieć, co będzie w 2010 r. Może pojawi się jakaś nowa wielka indywidualność na polskiej scenie politycznej? Zobaczymy.

To ciekawe. Kim będzie ten trzeci?
Na dziś to byt czysto teoretyczny. Wśród osób, które znam, widzę tylko jednego polityka, którego indywidualność uważam za przeważającą w stosunku do mnie.

Pański brat na prezydenta 2010?
Nie, nie sądzę, by ten polityk był moim konkurentem (śmiech).

Czyli podjął pan decyzję o starcie w następnych wyborach?
Każdy w połowie kadencji, będąc w wieku, który w Europie jest nieco niższy od średniej wieku innych prezydentów, chociaż jest też wielu młodszych ode mnie, ma tego rodzaju perspektywę. Natomiast jaka będzie decyzja za dwa lata, trudno mi na razie powiedzieć.

Jako pierwszy sukces prezydentury wymienia pan przedefiniowanie polityki zagranicznej.
Dla Polski podstawową płaszczyzną jest Unia Europejska. Moja polityka jest drogą, która ma doprowadzić do tego, by numer telefonu polskiego prezydenta czy premiera był często używany przez polityków z Berlina, Paryża czy Londynu lub innych stolic.

A nie jest używany?
Moja polityka dawała rezultaty, ale wielu się nie podobała. Musiała się nie podobać, bo my robiliśmy to, co w naszym interesie. Ale czy ja w UE nie byłem solidarny? Przecież zgodziłem się, na przykład na politykę klimatyczną z punktu widzenia Polski ryzykowną. To był mój gest w stosunku do pani kanclerz Angeli Merkel. Niestety nie zawsze mogliśmy liczyć na podobne gesty pod naszym adresem.

Złoży pan podpis pod ratyfikacją traktatu lizbońskiego?
W tej chwili to bezprzedmiotowe.

W Polsce podnoszony jest argument, żeby szybko podpisać. To ma być sygnał dla Unii.
W Europie nie uprawia się polityki wysyłaniem sygnałów czy znaków tylko za pomocą rozmów, często właśnie telefonicznych. To w tym systemie trzeba istnieć na wielką skalę. A żeby istnieć, trzeba być silnym. Jeżeli nie własną siłą, to siłą porozumień, umów i wpływów. A przy tym być możliwie sympatycznym.

Mówi pan o Unii jako podstawowej płaszczyźnie. A sojuszników szukamy głównie poza nią.
Istotnym elementem polityki południowo-wschodniej jest bezpieczeństwo energetyczne, czyli dążenie do częściowego uniezależnienia się od Rosji. Częściowego, bo nie da się w pełni uniezależnić. Biorąc pod uwagę sposób myślenia tamtejszych elit, tego rodzaju związek gospodarczy ma olbrzymią siłę. Moim zadaniem jest zbudowanie takich więzi, które będą trudne do zerwania i przyniosą wspólny pożytek.

Ale po co to wszystko?
Trudno być krajem najsłabszym wśród silnych, do tego tak położonym. Dlatego często lepiej być najsilniejszym wśród słabszych. To nie romantyzm, tylko czysta kalkulacja naszych interesów. W UE trzeba się liczyć, bo inaczej przegrywa się swoją szansę. Jak to określił Bronisław Geremek, na którego rzadko się powołuję, trzeba zrozumieć konkurencyjny charakter stosunków międzynarodowych w Unii. Polska nie jest w stanie wszystkiego zbudować w oparciu o współpracę z Niemcami, bo często nasze interesy są odmienne. Oni odbudowują swoje stosunki z Rosją. I jeżeli jakiś polski polityk uważa, że to wspaniałe, to przestaje być już polskim politykiem. Jestem za zbliżeniem z Niemcami, ale trzeba być też realistą.

Mamy być blisko Niemiec w stanowisku wobec Irlandii i traktatu lizbońskiego?
W tej chwili sprawa traktatu jest bezprzedmiotowa. Trudno jednak powiedzieć, jak to się skończy. Natomiast twierdzenie, że skoro nie ma traktatu, to nie ma też Unii, jest niepoważne. Weźcie panowie pod uwagę, że ten sposób myślenia był też wtedy, gdy przepadł traktat konstytucyjny. A Unia działała, działa i dalej będzie działać. Oczywiście, nie jest idealna, ale struktura o tym stopniu skomplikowania nie może być idealna. To dziesiątki instytucji o bardzo silnej własnej dynamice tworzących nową rzeczywistość niejako obok polityki.

Duże państwa UE naciskają na Irlandię, by jednak w jakiś sposób przyjęła traktat.
Marszałek Michaił Kutuzow mawiał: "czas i cierpliwość". Tu obowiązuje zasada jednomyślności. Traktat lizboński, a dzisiaj raczej projekt traktatu, tę zasadę zachowuje, choć w zmniejszonym obszarze. Jeżeli zasada jednomyślności raz zostanie złamana, to już jej nie będzie nigdy. Jesteśmy za słabi, by móc przyjąć tego rodzaju rozwiązania. Jesteśmy w UE szóstym państwem, ale to nie oznacza, że możemy swoją siłę porównać z większymi od nas. Tutaj trzeba prowadzić nieporównanie bardziej skomplikowaną grę. Kiedy trzeba działać kolektywnie w ramach Unii, a kiedy indywidualnie? Stanowczo broniłem naszego indywidualnego, dwustronnego charakteru rozmów z Amerykanami w sprawie obrony przeciwrakietowej. Tutaj żaden kolektywizm nie jest dla nas korzystny. Odmawiałem wielu, którzy starali się w tej sprawie na mnie naciskać. Ale już na przykład w niektórych sprawach związanych ze stosunkami Unii z Rosją, kolektywizm jest dla nas korzystny. Wszystkie państwa tak postępują.

Naprawdę tak da się grać?
Tak, tylko trzeba umieć. Tak było w Bukareszcie na szczycie NATO. Przysłano mi ostateczny tekst komunikatu i widziałem, że jest do uzyskania znacznie więcej. I uzyskaliśmy dużo więcej.

Obecny rząd twierdzi, że w sprawie tarczy antyrakietowej byliśmy nader sympatyczni dla Amerykanów. I co będzie? Fiasko?
Poprzedni rząd zdecydowanie, ale z dobrą wolą prowadził rokowania z Amerykanami. Tarcza jest ważna dla Polski ze strategicznego punktu widzenia. O tym między innymi rozmawiałem z prezydentem George’em Bushem i panią Condoleezzą Rice w Izraelu, gdzie specjalnie dla tej rozmowy zostałem trochę dłużej, niż planowałem. Sprawa tarczy jest dla Polski kluczowa. Chodzi mi o to, żeby Amerykanie byli bardziej zainteresowani bezpieczeństwem naszego kraju.

Mówi pan o ratowaniu tarczy. To już ten etap, że trzeba ją ratować?
Oczywiście.

Zostało jeszcze dwa i pół roku tej kadencji. Wyznaczył pan sobie cele na ten czas?
Najważniejszy to polska polityka zagraniczna. Będę walczył o to, by była kontynuowana, a nie zmieniana. Drugą kwestią jest obrona równowagi społecznej w Polsce. Niewątpliwie to dotyczy przede wszystkim ochrony zdrowia i edukacji. Nie mogę pozwolić dalej zakłócać tych resztek równowagi, którą mamy. Reformy są potrzebne, ale nie w stronę, w którą w tej chwili próbuje je prowadzić rząd. Zdaję sobie sprawę, że tu jest wiele paradoksów. Choćby taki, że dzisiaj znaczna część bogatej młodzieży studiuje bezpłatnie, a duża część biedniejszej odpłatnie na prywatnych uczelniach.

Panie prezydencie, to argumenty liberałów.
Zdaję sobie z tego sprawę. Ale czy jeśli ktoś nie jest liberałem, to musi uważać, że wolność nie jest żadną wartością? Nie, tylko rozumie, że poza wolnością są jeszcze inne wartości. Znam ten argument i go doceniam. Ale zdaję też sobie sprawę, że zasada płacenia za studia jest niekonstytucyjna i będzie pogłębiała nierówności. Nie mogę zgodzić się na przyjmowanie takich rozwiązań ustawowych.

Jest pan alibi dla rządu Donalda Tuska. Liderzy PO mówią: nie będzie najważniejszych reform, bo prezydent je wetuje.
Poza drobną nowelizacją kodeksu cywilnego za rządów PiS, gdzie był błąd, zawetowałem tylko ustawę medialną. Więc twierdzenie premiera, że ja paraliżuję prace rządu, jest absurdem. Nie podejmuję żadnych działań o takim charakterze. Natomiast nie kryję swoich przekonań. Jeśli się traktuje wielomiliardowy majątek jako kolejną masę upadłościową do nabycia za 10 procent jego wartości, to nie ma na to mojej zgody. Jeśli dzisiaj służba zdrowia działa źle, to wówczas będzie działać jeszcze gorzej. Aleksander Kwaśniewski w swojej kadencji miał 23 udane weta. I to w kluczowych sprawach. Wówczas nie kwestionowano tego uprawnienia prezydenta. W ogóle pierwsze miesiące nowego rządu to próba redefiniowania prezydenckich uprawnień. To, co było bezdyskusyjne, dzisiaj jest kwestionowane.

Pojawiły się pomysły zmian w konstytucji.
Jestem gotów poprzeć zmiany dotyczące doprecyzowania uprawnień rządu i prezydenta. Ale na pewno nie poprę takich pomysłów, które miałyby prowadzić do klasycznego liberalizowania Polski. Nigdy się nie przedstawiałem jako liberał. Nigdy nim nie byłem. I nigdy nie będę. Kiedyś uznawałem takie poglądy, jakie prezentowała grupa moich trójmiejskich znajomych, za niegroźne i oryginalne. Później, w latach 80. z nimi dyskutowałem. Ale zawsze były to spotkania polemiczne. Nic się nie zmieniło.